mandalay – miasto zła i pa pa myanmar

Już w Bagan ludzie ostrzegali nas przez przyjazdem do Mandalay. Mówili o nocnych walkach między muzułmanami, a buddystami. Kiedy usłyszałem, że mogę dostać kulkę w łeb, nabrałem dystansu do tego miasta. Mimo wszystko pojechaliśmy, Asia chciał zobaczyć najdłuższy most  z drewna tekowego U Bain Bridge, a Michał miał samolot do Bangkoku. Znaleźliśmy się w na dworcu autobusowym w Mandalay, OOO nie!!! powrót do przeszłości – Yangonu. Duże miasto, chodniki służące ze przedłużenie lokalnego biznesu, a ty sam stajesz się częścią ruchu drogowego łykając wszystkie spaliny, przyjmując na stopy czerwoną śliną po Betelu, a twoje ciało staje się brudne od pyłu mieszającego się z twoim własnym potem.

DSC_0053  DSC_0015  DSC_0007

Olek w dalszym ciągu był chory, stwierdził, że zostaje w hotelu, Asi, Michał i ja ruszyliśmy w kierunku U Bain. Pojechaliśmy tam miejskim autobusem, który wyglądał jak powiększony świnobus. Dzięki młodej, zakochanej parze zaoszczędziliśmy 100 Kjatów ( Birmańska waluta). Tubylcy powiedzieli nam, że powinniśmy już wysiąść (nie widzieliśmy mostu). Dwie kobiety, stwierdziły, że pokażą nam drogę, wiec skorzystaliśmy z ich usług. Skręciliśmy w małą alejkę i wtedy szczęka mi opadła, widziałem już wcześniej biedne dzielnice Azji ale to było apogeum. Domy ledwo trzymały się kupy, wszędzie leżały śmieci, na których siedziała brudna dziewczyna, która czesała sobie włosy palcami i wpatrywała się w nas swoimi czarnymi oczami, które nie miały dna. Dokoła nas spływała woda, która śmierdziała jak z jakiegoś szamba, a zaraz obok kobiety ubrane w podarte ciuchy sprzedawały jedzenie. Nie pierwszy raz chciałem puścić pawia (smród) ale pierwszy raz poczułem współczucie dla ludzi, którzy mieszkają w takich warunkach.

DSC_0054 DSC_0002 DSC_0130

Po 30 min. wędrówki, pytaniu o drogę dotarliśmy na miejsce. Ludzi było od groma, a sam most zawiódł nas. Po zachodzie słońca, czarna szata zakryła niebo, drogę zaczęły oświetlać nam pobliskie stragany i knajpy. Minęła godzina odkąd wyruszyliśmy z mostu, udało nam się złapać  transport za rozsądną cenę. Jechaliśmy z czwórką Ladyboyów, którzy bardzo zaoszczędzili na swojej transformacji. Chłopaki byli ubrani w sukienki, z włosami do ramion, a biustonosze najprawdopodobniej mieli wypchane skarpetami. Nie mówili po angielsku, szeptali do siebie swoim własnym językiem, starając się naśladować głosy kobiet, które nie wychodziły im za dobrze. Kiedy opuszczali nasz pojazd wszyscy ładnie pomachali, wydając przy tym okrzyk BYE BYE.

DSC_0117  DSC_0124  DSC_0127

Następnego dnia pozwiedzaliśmy trochę świątyń, które były naprawdę interesujące. Niestety słońce sprawiło, że kafelki nagrzewały się do takich temperatur, że można by było zrobić sobie jajka sadzone. Skacząc od cienia do cienia, dając przyjemność naszym stopom, zrobiliśmy parę zdjęć i ruszyliśmy w stronę hotelu.

DSC_0019  DSC_0033  DSC_0042

Gdy rozstania nadszedł czas, łzy polały się po policzkach. Opuściliśmy Michała, który miał samolot następnego popołudnia, a nasza wielka trójca udała się w drogę powrotną do Tajlandii. Podróż okazała się chyba najgorszą ze wszystkich. Najpierw długa12 godzinna podróż autobusem, później 6 kolejnych w świnobusie, gdzie towarzyszyło nam 15 tubylców plus kilkoro na dachu (w Polsce siedziało by w nim max 6). Nasze cudowne pupy poobijały się strasznie od drewnianych siedzeń, nogi drętwiały od ścisku i od trzymania w jednej pozycji. W trakcie drogi poszło nam koło i straciliśmy sporo czasu. Kiedy dojechaliśmy do Hpa An była godzina 12:00 mieliśmy 6 godzin, żeby przedostać się do Tajlandii przed zamknięciem granicy. Na stacji oczywiście dopadli nas pośrednicy i taksiarze, nie było się w stanie z nimi dogadać, co chwila zmieniali cenę (od osoby, za wszystkich). Olek z Asią ich zagadywali, a ja w tym czasie chodziłem od autobusu do biur, niestety jeden z naciągaczy chodził przez cały czas za mną ZASRANY „Rzep” nie chciał się odczepić. Najbardziej wkurzające było jednak to, że kiedy miałem już dogadaną cenę z biurem podchodził „Rzep” i gadał coś po birmańsku – nagle słyszałem odpowiedz od kasjera – nie ma dzisiaj miejsc. AAA KURWA !!! jaki byłem zły, ten palant miał jeszcze taki wredny ryj, że chciałem mu przywalić (wcześniej taką nienawiść do tych ludzi widziałem tylko u Olka, który znosi do już od roku). Powoli traciliśmy nadzieję na dojazd do granicy. Ceny transportu były wysokie i nie chcieliśmy być jedynymi białymi w taksówce, gdzie przy punktach kontrolnych dzieciaki z karabinami, domagały by się łapówki, zależało nam na busie wypełnionym przez tubylców. Na dodatek „rzep” ciągle chodził za nami i sprowadzał inny samochód, który nas zabierze. Kiedy facet odpuścił poszedłem szukać hotelu, który mógłby nam załatwić jakiś sprawdzony transport i dowiedzieć się paru rzeczy o punktach kontrolnych. UFFF udało się, znalazłem hostel gdzie dziewczyna udzieliła niezbędnych informacji i zamówiła nam sprawdzony transport. Cena mieściła się w naszym budżecie i komfort jazdy był bardzo dobry (potrzebowaliśmy go bardzo po ostatnim świnobusie).

DSC_0005  DSC_0008 DSC_0024

Dojechaliśmy do granicy, UDAŁO SIĘ!!! Kolejka była strasznie długa i jeszcze koleś sprawdzający paszporty był tak flegmatyczny, że przekroczenie granicy zajmowało wieki. Gdy znaleźliśmy się po Tajskiej stronie, na twarzy Olka pojawił się uśmiech (Olo jako jedyny nie polubił Birmy), tak właśnie zakończyła się nasza przygoda z Birmą.

Podsumowując Birma bardzo mi się podobała: zielone góry, piękne widoki, mili, uśmiechnięci ludzie (większość), Bagan wraz z  Inle mnie oczarowały. Kobiety w tym kraju są bardzo ładne ale niestety nakładają na twarz tę żółtą maź(Thanaka) i ich urok pryska (Michał stwierdził, że dodaje im uroku). Wydają się też strasznie cnotliwe, nie zobaczysz za dużo ciałka, bo nawet w telewizji kiedy kobieta ma większy dekolt jest to ocenzurowane, nie jest to miejsce na podryw. Można za to liczyć na bardzo ładny uśmiech z ich strony. Jeżeli będzie się omijało duże miasta, Birma na pewno otworzy się przed tobą i pokaże piękne zakątki, które na długo pozostaną w pamięci.

bagan – kraina 4tys. świątyń i safari

Po 6 godzinach podróży autokarem w trakcie, której oglądaliśmy birmańskie telenowele dotarliśmy do Bagan. Złapaliśmy świoniobusa  wraz z para Hiszpanów i Japończyków pojechaliśmy do miasta. Przed samym wjazdem, punkt kontrolny, 15 dolców ucieka z portfela. Kiedy rozpakowaliśmy się w pokojach była godzina 5 rano. Ja, Asia i Olek stwierdziliśmy, że może uda nam się zobaczyć wschód słońca nad świątyniami. Nie rozmyślając za dużo wypożyczyliśmy rowery, którymi ruszyliśmy w stronę starego Bagan. Właścicielka hostelu powiedziała nam, że dojedziemy w jakieś 25 min. Jedziemy, jedziemy, a tych świątyń nie ma, chciałbym powiedzieć, że było zajebiście ale nie było. Po drodze mijaliśmy watahę psów, która uwzięła się na jednego biednego psa. Szarpały nim niemiłosiernie, biedak latał do góry, w dół, później szarpały nim na prawo i lewo wycierając biedakiem drogę, słychać było piski, które stawały się co raz cichsze . Nie mogliśmy nic zrobić, nie chcieliśmy, żeby te wilkołaki rzuciły się na nas. Chwilę później przez drogę przebiegł nam pies z dwiema nogami (nogi miał tylko po lewej stronie – PIES BYŁ LEWO STRONNY JAK RUCH ULICZNY), który kicał jakby nic mu się nie stało. To się nazywa chęć do życia. Zmęczeni, przepoceni stwierdziliśmy, że wybieramy pierwszą lepszą świątynie i wdrapujemy się na nią. Niestety przybyliśmy za późno, nie dane nam było oglądać wschodu słońca. Po powrocie do pokoi udaliśmy się spać.

DSC_0025  DSC_0017  DSC_0008

Tego samego dnia wstaliśmy koło 15, niestety dwóch naszych towarzyszy rozłożyła choroba i zostali w pokojach. Ja z Asią dosiedliśmy nasze stalowe rumaki i pędziliśmy szosą ku zachodzącemu słońcu.  Kiedy zjechaliśmy z głównej drogi wjechaliśmy do piaskownicy, co bardzo utrudniało jazdę. Nie poddaliśmy się jednak, brnęliśmy dalej przez pomarańczową pustynię. Z każdej strony wyrastały palmy, a obok nich stały małe, jak i duże świątynie. Nasza trasa przypominała safari z filmów przyrodniczych, mijaliśmy stado garbatych krów i czarno białych kóz. Widoki sprawiały nam dużą radość. Jesteśmy, wreszcie udało nam się dotrzeć do świątyni, którą polecała nam właścicielka hostelu. Ogromna budowla z czerwonej cegły, którą otaczały małe pagody, a na samym szczycie masa turystów, chcących zobaczyć to co my. Przed nami czekało nas jednak nie lada wyzwanie, przy schodach nie było barierek, co dla ludzi z lękiem wysokości, nie jest fajną zabawą. No cóż do odważnych świat należy, udało nam się pokonać strach i czekaliśmy razem z innymi na zachód słońca.  WOW wielka pomarańcza zaczęła się rozkładać i wylewać swój pomarańczowy kolor na wszystkie strony, ogarniając przy tym inne świątynie oraz góry. Dla takich widoków człowiek żyje.  Po zachodzie słońca nastały egipskie ciemności, ale nasze mądre główki wzięły ze sobą czołówki i gnaliśmy po ciemnych drogach Baganu do hotelu, gdzie opowiadaliśmy chłopakom co przegapili.

Kazik Bagan-2  DSC_0030  DSC_0046

Następnego ranka zmotywowaliśmy Michała, żeby pojechał z nimi oglądać wschód słońca, który przegapiliśmy pierwszego dnia. Jechaliśmy ciemną nieoświetloną drogą mijając pielgrzymkę mnichów ubranych w bordowe szaty, dzierżących srebrne misy na dary od miejscowej ludności. Tym razem wybraliśmy inną świątynię, pod którą stały ryksze, świniobusy oraz dzieci, które sprzedawały obrazki i tkaniny. Chodziły dookoła, patrzyły na ludzi swoimi wielkimi, czarnymi jak smoła oczami prosząc, żebyś coś kupił. Jeden chłopiec zaskoczył mnie, gdy zapytał mnie skąd jestem, opowiedziałem, że z Polski odpowiedział mi „komu komu bo idę do domu” i „kup obrazek” całkiem niezłym akcentem. Niestety trzeba przełknąć współczucie, bo tego typów dzieciaków jest w Azji sporo. Kiedy słońce zaczęło wschodzić, czarne pagody zaczęły nabierać swoich naturalnych kolorów, czerń na niebie zaczęła ustępować błękitowi i bieli. Pięknie ale jeżeli miałbym porównywać to zachód był o wiele ładniejszy. Michał źle się czuł, postanowił nas opuścić, razem z Asią ruszyliśmy odkrywać nowe zabytki. Kiedy przechadzaliśmy się wnętrzami świątyń, oglądaliśmy posągi Buddy, wraz z naściennymi malowidłami, muszę przyznać, że momentami czułem się jak Indiana Jones, brakowało mi jednak kapelusza i bicza.  Jeździliśmy tak przez parę godzin napajając się widokami, niestety słońce stało się naszym wrogiem, zmusiło nas do powrotu do naszej nory. Byliśmy jednak zadowoleni z tego co mogliśmy zobaczyć.

DSC_0053  DSC_0076  DSC_0081

Bagan jest moim ulubionym miejscem w Birmie, świątynie są niesamowite i jest ich od groma. Zachód słońca jak i wschód są warte grzechu. Widok małego safari na wszystkich zrobi wrażenie. Ludzie są bardzo mili i uśmiechnięci. Dla każdego coś dobrego.

Kazik Bagan-1  DSC_0024  DSC_0112

inle – birmańska wenecja

Nareszcie opuściliśmy Yangon. Ratunkiem dla nas był pociąg państwowych kolei, który dowiózł nas do jeziora Inle. Nasz niebiesko beżowy, stary waż  na samym początku nas zachwycił, obracane fotele, które można było rozłożyć w wygodniej pozycji do spania, wyznaczone miejsce do palenia między wagonami. Wszystko pięknie, prześpimy całą podróż i będziemy mieć siły na zwiedzanie nowego miejsca. BUM,  siedząc sobie wygodnie w fotelu, mój tyłek podskoczył o 20 cm do góry i tak później jeszcze kilka razy. Stwierdziliśmy, że długo nie pośpimy, rzucało nami na wszystkie strony. Musieliśmy poradzić sobie z tym problemem, jedynym rozwiązaniem na przywrócenie równowagi w pociągu była pomoc przyjaciela Changa. Te małe puszeczki piwa nas uratowały, z naszych twarz zniknął grymas i zawitał uśmiech. Oczywiście nie robiliśmy tego tylko z myślą o nas, wspomagaliśmy przy tym tubylców, którzy latali z wiklinowymi koszyczkami, wypełnionymi napojami chłodzącymi i jedzeniem. My białe człowieki cieszyliśmy się z piwa, dzieląc się z nimi naszymi uśmiechami, a oni nie byli nam dłużni.

Yangon-50  DSC_0317 DSC_0296

Po paru godzinach mieliśmy przesiadkę, niestety ,ja nie pamiętam z tej stacji za dużo. Byłem tak „zmęczony”, że pomogłem tylko jakiejś birmańskiej dziewczynie wrzucać ciężkie worki do samochodu (za co dostałem mango), a później udałem się na spoczynek w śpiworze na posadce dworca kolejowego. Kiedy otworzyłem oczy zobaczyłem wysokie, zielone góry i błękitne niebo nad nimi, jeden z najpiękniejszych widoków jakie widziałem po przebudzeniu, oczywiście nie równa się porankowi przy pięknej kobiecie. Wygramoliłem się szybko ze swojego śpiwora, rzuciłem się w kierunku okna aby nie przegapić tych widoków.

20140801_040327 DSC_0333  DSC_0309

Tuk, tuk, tuk, tuk  jedziemy i jedziemy z prędkością 20-30 km/h. Parę razy musieliśmy zwalniać do 10 km,  bo tory były okupowane przez  stada białych, garbatych krów. W ten sposób mijały godziny – tylko się zastrzelić. Po 24 godzinach nareszcie, stacja docelowa, już przez okna do pociągu wpadały głowy taksiarzy, krzyczących my friend where are you going. Kiedy wysiedliśmy we czwórkę na peronie obskoczyło nas dziesięciu facetów w spódnicach, przekrzykujących się nawzajem.  Wybraliśmy jednego z nich. Od jeziora dzieliło nas 7 km na piechotę z plecakami –  raczej rady nie damy. Dojeżdżaliśmy już do miasta, a tu nagle bramka, gdzie każą zapłacić 10 dolarów od osoby za wjazd. Długo się zastanawialiśmy, czy to nie jakiś przekręt, sprawdziliśmy legitymację wraz tablicą informacyjną , wszystko wyglądało legalnie, niestety jeden gnojek był bardzo wkurzony na nas  i powiedział, że jak nie chcemy zapłacić to mamy stąd odjechać  w trybie natychmiastowym (w bardziej wulgarnym stylu). Każdy z nas miał na twarzy wyraz niesmaku, a w głowie (zaraz zaje..e gnojowi ). Zapłaciliśmy ten haracz, pojechaliśmy szukać hostelu. Kiedy znaleźliśmy nocleg zrzuciliśmy graty i poszliśmy spać.

20140801_120102  DSC_0073  DSC_0065

Następnego dnia wynajęliśmy łódkę i popłynęliśmy zwiedzać największą atrakcję Inle. Całe jezioro otaczały góry, których wierzchołki pokryte były mleczną mgłą, niebo wydało się być strasznie nisko, myślałem, że zaraz spadnie nam na głowy. Na wodzie pływało dużo rybaków, którzy łowili ryby w dziwaczne siatki w kształcie stożka, stojąc na dziobie łodzi i trzymając wiosło owinięte noga. Nie jestem jakimś wielkim znawcą wędkowania ale czegoś takiego jeszcze nie widziałem. Na jeziorze pływało wiele motorowych łodzi podobnej do naszej, spiętrzająca woda wydobywająca się spod silników dawała efekt małych fontann, co wyglądało fantastycznie na całym jeziorze.

DSC_0460  DSC_0455  Inle-30

Po przedostaniu się na drugi koniec jeziora, wypłynęliśmy do wiosek. Otaczały nas domy wzniesione na drewnianych palach, co jakiś czas nad naszymi głowami pojawiał się prymitywne małe mosty, znaleźliśmy się w birmańskiej Wenecji. Krążyliśmy małymi kanałami, których strony były porośnięte wodną zielenią, co jakiś czas zawijaliśmy do sklepów i małych fabryk (oczywiście jeżeli coś kupiliśmy nasz sternik dostawał bonus). Pierwsze miejsce,  które odwiedziliśmy było fabryką biżuterii i figurek, musze przyznać, że niektóre wyroby wyglądały na prawdę nieźle, w przeciwieństwie do cen, które były to nich przypięte. Dookoła nas skały dziewczynki opisujące cały proces produkcji, zachęcając nas przy tym do zakupów, this is good pirce kiedy odpowiadałem, że nie mam na to pieniędzy z ust wychodziły słowa you are my friend i give you discout. Kolejnym przystankiem był dom z wyrobami włókienniczymi:  torby, dywany, chusty, ubrania, gdzie Asia z Michałem kupili trochę rzeczy. Mnie i Olka nic nie zachwyciło ale kiedy dotarliśmy do fabryki tutejszych papierosów, postanowiłem, że trochę kupię. Kiedy weszliśmy do domostwa, na bambusowej podłodze siedziały młode dziewczyny, które skręcały papierosy. Oczywiście, każdy z nas mógł sobie takiego zapalić, słuchając przy tym chłopca opowiadającego o pozyskiwaniu składników do ów papierosów. Na sam koniec nasz „kapitan” woził nas po miejscowych świątyniach, które nie zrobiły na nas większego wrażenia.  W drodze powrotnej widzieliśmy dzieci kąpiące się w rzece, dziewczyny, które myły w tej samej wodzie naczynia, a kilka kanałów dalej kobiety robiące pranie, co wzbudziło u mnie smutek, a chwile później śmiech (przypomniały mi się teksty z liceum twoja stara … – twoja stara pierze w rzece).

DSC_0425 DSC_0383 DSC_0412

Spędziliśmy w Inle trzy dni, kosztowaliśmy różnych kuchni (birmańskiej, chińskiej, indyjskiej), pewnego dnia dostaliśmy zaproszenie na kolację od jednego z tubylców do jego rodzinnej restauracji na typowe birmańskie jadło (oczywiście musieliśmy za jedzenie zapłacić), najedliśmy się do syta, plus panująca rodzinna atmosfera sprawiły, że wieczór był bardzo udany. Mieliśmy wybrać się na wycieczkę rowerową, niestety deszczowa pogoda pokrzyżowała nasze plany.

DSC_0429  DSC_0346 DSC_0384

Inle na pewno na długi czas pozostanie w mojej pamięci, piękne widoki, dobre jedzenie, uśmiechający się ludzie, całkiem niezłe pokoje za przystępną cenę. To miejsce zmyło mój niesmak po Yangonie.  Ja Kazimierz Wielki zastałem Inle drewniane i takim je zostawiłem –  bo takie jest piękne.

yangon – krew na ulicach i naftalina

Załatwiliśmy wizy do Birmy w ambasadzie w Bangkoku i ruszyliśmy w kierunku granicy. Po całonocnej podróży wylądowaliśmy w Myawaddy ,gdzie wypełniliśmy niezbędne dokumenty,  następnie złapaliśmy transport do Yangonu (jedno z największych miast w kraju). Przy przekroczeniu granicy ciarki pojawiły się na mojej skórze. Widziałem już biedne dzielnice w Azji , lecz w tym przygranicznym miasteczku było jeszcze gorzej: stare zniszczone budynki, smutni ludzie, śmieci mieszające się z błotem na dziurawych ulicach. Do tego wszystkiego dziwne czerwone plamy na chodnikach przypominające krew, było ich tak dużo jak po jakiejś  niezłej bijatyce. Później okazało się, że to przez tutejszy specyfik, bardzo popularny wśród męskiej społeczności zwany Betelem. Zero napisów w języku angielskim i widok samych googlowych napisów (tak nazwaliśmy alfabet Birmański, w którym znajduje się wiele okrągłych liter i towarzyszących im ogonków), sprawiało, że czułem się bardziej nieswojo.

DSC_0165   DSC_0168

W oka mgnieniu otoczyła nas zgraja wampirów z czerwonymi zębami w spódnicach (Lungi) proponując transport. Kiedy dotarliśmy na stację autobusową (podwórko z autokarem), przy pomocy jednego z tubylców (oczywiście za opłatą) zostaliśmy poinformowani, że musimy zrobić kilka kopii paszportów, które będą potrzebne przy punktach kontrolnych w głębi kraju. Gdy ruszyliśmy, poczułem się dużo lepiej opuszczając to miasto.  Kiedy wjechaliśmy na krętą górzystą drogę, widok pól ryżowych u stóp zielonych gór cieszył moje oczy. Uroku dodawały niewielkie wodospady, które powstawały po intensywnych opadach deszczu. Oczywiście wszystko co piękne nie może trwać wiecznie, gdy zjechaliśmy z gór znów pojawiły się zniszczone domy, watahy bezpańskich, pogryzionych psów, bieda i punkty kontrolne, na których stały wychudzone dzieci w obdartych ciuchach z karabinami na plecach. W głowie zrodził mi się pomysł sfotografowania czternastolatka (nie wyglądał na więcej) ale wizja ciężej kontroli lub kulki w moim ciele –  powiedziałem sobie nie.

DSC_0251   DSC_0292

Yangon, złapaliśmy taksówkę, przemierzaliśmy ulice miasta, które powoli kładło się spać. Pokoje i cena w naszym hotelu dobiły nas, chcieliśmy znaleźć coś innego, wiec z Olkiem wybraliśmy się na spacer, po bezowocnych poszukiwaniach stwierdziliśmy, że nie mamy innego wyjścia i zostaliśmy w beznadziejnym hostelu, gdzie wszędzie było czuć naftaliną (ten zapach nie chciał nas opuścić do końca pobytu w Birmie). Następnego dnia znaleźliśmy inne lokum gdzie cena do jakości była przystępna. Pokój był obskurny, zapadające się łóżko, ściany koloru wyblakłej zieleni, w niektórych miejscach grzyb i gratisowy współlokator w postaci karalucha. Po zrzuceniu plecaków, zaczęliśmy podbijać miasto. Odwiedziliśmy parę świątyń, pojeździliśmy miejscowymi autobusami, gdzie ludzie śmiali się z Michała bo biedny biały chłopak był za duży do autobusu. Świątynie były bardzo piękne złociste pagody, które otaczały mury z chroniącymi ich lwami i innymi, zwierzętami. Czasami można się poczuć jak w ZOO figur gipsowych. Zmęczeni zwiedzaniem, dotarliśmy do dworca kolejowego gdzie kupiliśmy bilety do Inle, które było następne na naszej liście.

DSC_0201   DSC_0228  DSC_0225

Yangon jest miastem bez uczuć. Rzadko widać uśmiechniętych ludzi, wszyscy trzymają głowy spuszczone w dół, mężczyźni wyglądają jak Tom Cruz ze wścieklizną z „Wywiadu z wampirem” przez rzucie Betelu. Nie widać par chodzących pod rękę, za rękę, całujących się, przynajmniej wśród par damsko męskich. Chłopcy w spódnicach okazują sobie dość bliską przyjaźń obejmując, trzymając się blisko siebie. Miasto jest szare, smutne, wszystkie budynki są stare i zniszczone, ulice zaśmiecone pokryte czerwonymi harami. Nie poleciłbym nikomu tego miasta, jeżeli ktoś się tam znajdzie i nie chce popaść w depresję, niech szybko  stamtąd  ucieka.

DSC_0266   DSC_0191

krabi – nie zawsze niebiańskie plaże i easy rider

Po wielu godzinach spędzonych w pociągu i autobusach dotarliśmy do Krabi na południu Tajlandii. Piękne widoki zaczęły się jeszcze przed dotarciem na plaże. Dookoła nas znajdowały się góry, a z niektórych miejsc pojedynczo wyrastały skały obrośnięte roślinnością, palmy z niedojrzałymi jeszcze kokosami dodawały uroku. Kiedy znaleźliśmy „ świnobus” (samochód typu pick up z dorobionymi siedzeniami na pace, otoczoną metalowymi rurami ) udaliśmy się na plażę w poszukiwaniu jakiegoś taniego hostelu.

DSC_0098   Krabi-46

Hotel, który znaleźliśmy był przy plaży, więc długo się nie zastanawiając ruszyliśmy w kierunku wody. What the Fuck!!! – na pięknym żółtym piasku masa śmieci: kartonowe pudełka, porozbijane butelki, stare klapki, resztki jedzenia, które wyjadały bezpańskie psy. Bez paniki. Mimo pierwszego złego wrażenia wbiegłem do upragnionej wody. Wchodząc do morza, coś nowego, ciepło ale tak ciepło, że nie muszę się trzymać za jajka, śmiało z uśmiechem na twarzy wchodziłem głębiej. Płynąc i rozkoszując się widokami skał wyrastających z wody dostałem po twarzy pierwszym workiem po jakimś napoju – ok nic strasznego ale zaraz następny, kolejny. KONIEC- jeszcze nigdy w swoim życiu nie dostałem po twarzy jakimś odpadami . Było tylko jedno wyście z tej sytuacji  ZIMNE PIWO.  W czasie oddawania się przyjemnościom alkoholowym do głowy przychodziły nam nowe pomysły, jednym z nich było wypożyczenie skuterów i udanie się w poszukiwaniu czystszych miejsc, które zaspokoją nasze oczekiwania. Poszliśmy więc wcześnie spać, aby mieć do dyspozycji cały następny dzień.

Krabi-27     20140723_205046

UFF JAK GORĄCO – z samego rana słońce i powietrze nas nie oszczędzało, po 10 min. koszulka przykleja się do ciała, a twarz atakuje słony pot.  Udaliśmy się w kierunku wypożyczalni skuterów, gdzie zaoferowano nam automatyczne skutery za 20 zł na dobę, nie zastanawiając się długo ruszyliśmy w drogę. Wiatr w twarz, słońce w kark i my way on the highway.  Jeździliśmy sobie od plaży do plaży i czerpaliśmy przyjemność z kąpieli w ciepłej wodzie o kolorze błękitu.

20140721_160925   Krabi-19

Następnego dnia wybraliśmy się na wycieczkę łódką po okolicznych wyspach. Posejdon nie był dla nas zbyt łaskawy i zafundował nam wysokie fale. W górę, w dół, na lewo i w prawo ale ciągle do przodu, brnęliśmy wytrwale do niebiańskich plaż. Gdy dotarliśmy na ląd, złocisty piasek wdzierał się pomiędzy nasze palce, a błękitna woda zapraszała nas do kąpieli. Na jednej z wysp znaleźliśmy jaskinię, w której znajdowały się drewniane penisy przeróżnych rozmiarów – niektóre dla bardzo wymagających pań albo panów.

DSC_0011   20140723_154442

Przez następne dni padało, kiedy jednak słońce zawitało, zdecydowaliśmy się na kolejną wycieczkę skuterami. Za cel obraliśmy sobie buddyjską świątynię, która znajdowała się na szczycie pobliskiej góry. Gdy dotarliśmy na miejsce, przywitała nas świątynia otoczona przez tygrysy i smoki, obok stało pozłacane drzewo,  na którym można było wieszać swoje modlitwy (wpisywało się je na na metalowej blaszce w kształcie liścia). Zaczęliśmy iść w stronę schodów, a dookoła nas biegały małe małpki i jak zawsze psy. OK teraz wyzwanie, przed naszymi oczami  ukazała się tablica z informacją, że jeżeli chcesz spotkać się z Buddą musisz pokonać 1237 schodów. Ruszyliśmy, w połowie drogi Olek z Asią podali się. Ja z Michałem ruszyliśmy dalej,  wchodząc po schodach czułem się jak Sylwester Stalone biegający po schodach przed walką. Pot spod pach na schodach syf aż strach, poziom wytrzymałości poniżej 10%,a mnie zaczynają mijać schodzący z góry dzieciaki i babcie, którzy mówią, że warto. Znalazłem w sobie więcej sił i ruszyłem dalej ale już całkowicie odosobniony bo Michał stwierdził, że on nie da rady i schodzi. Z każdym kolejnym krokiem coraz gorzej, schody stają się coraz wyższe, nogi zaczynają się trząść, a mój nałóg tytoniowy chce mnie zabić.

JEST!!! ostatni zakręt 1200 schodek. UDAŁO SIĘ!!! Jestem na górze widok jak z bajki, dołączam do wielkiego, siedzącego , złotego Buddy i podziwiam morze palmowego lasu, wynurzające się z niego obrośnięte zielenią góry, które obejmują chmury, w oddali błękitne wodę łączące się z lądem. O jak się cieszę,  dumny z siebie zapaliłem papierosa, który nie zabił mnie kilka minut temu i odpłynąłem.  Podziwiając świątynie naglę ujrzałem Olka, skubany dał radę i się wspiął. Spędziliśmy na górze około 45 min. Wymieniając się swoimi odczuciami w drodze na górę, stwierdziliśmy jednak, że czas wracać bo Asia z Michałem czekają na nas na dole. Pierwszy schodek w kierunku dołu i japonek ześlizguje mi się ze stopy , spada, nie chce się zatrzymać, zza mojej głowy słychać odgłosy turystów OOO JAK MI PRZYKRO, nie wiem czy to dzięki Buddzie ,czy mojemu szczęściu ale japonek zatrzymał się w ostatnim miejscu gdzie tylko mógł . Myślałem, że nic już nie stoi na przeszkodzie, zaczęło lać, a nasze nogi zaczęły dygotać jak galarety. Zabunkrowaliśmy się z Olkiem w jednym z WCtów i czekaliśmy jak wróg w postaci deszczu przejdzie.  Kiedy opady zaczęły słabnąć zdecydowaliśmy się na wymarsz. Gdy znaleźliśmy się na dole wsiedliśmy na skutery i ruszyliśmy w drogę, nagle dopadał nas ulewa, w chwilę byliśmy cali mokrzy. Wiatr nam nie pomagał, strasznie szybko zaczęło robić się zimno, w ruch poszły zęby, a całe ciało dygotało. Czułem, że  wyglądałem jak Crazy Frog. W drodze złapała nas kolejna tropikalna burza, która zmusiła nas do postoju pod wiatą. Kiedy ściana deszczu zaczęła przypominać wodospad, pojawili się pierwsi goście: ropucha i wielki czarny skorpion. Skorpion wypłoszył nas z nory i zdecydowaliśmy się jechać mimo deszczu. Woda pozalewała ulice, a my wjechaliśmy w wielkie bajoro na drodze i przez jakiś czas Olek nie mógł odpalić swojego skutera.  W Hotelu rozgrzewały mnie dwie najtańsze Tajskie dziewczyny, jakie udało znaleźć w sklepie. Następnego dnia ruszyliśmy w podróż do Bangkoku po wizy do Birmy.

20140726_215245   DSC_0087  DSC_0084  DSC_0082

Krabi jest przepięknym miejscem, które ma dużo do zaoferowania jeżeli ma się pieniądze. Piękne plaże, wyspy, góry,  wycieczki łodzią, trekkingi i wiele innych. Można się zrelaksować i dobrze pobawić. Mimo deszczowej pogody spędziliśmy tam miło czas, znów można było się przekonać, że nie ważne miejsce, czy pogoda, najważniejsze jest towarzystwo.

20140723_154431  20140723_160219   DSC_0067