ellora – małpy strażnicy i kamienne świątynie

Góry, strażnice i zieleń, królowały w otaczającym nas krajobrazie podczas podróży do Ellory. Świątynie wydrążone w miejscowych górach, zrobiły na mnie ogromne wrażenie. Kiedy dojechaliśmy, miejscowi proponowali nam swoje usługi i produkty, z których zrezygnowaliśmy. Zapłaciliśmy za wejście 200 rupi (cena dla białasów) i poszliśmy zwiedzać.

Zaczęliśmy zwiedzać od numeru 16 (co było, złym wyborem, budowla byłą najładniejsza). Świątynia, wyglądała niesamowicie duża, pełna malowideł, płaskorzeźb, rzeźb słoni i hinduskich bogów, którzy nie spuszczali nas z oczu niczym „Dama z łasiczką” Leonara Da Vinciego. Chodziliśmy po surowych pomieszczeniach koloru szarego, których sufity podtrzymywały kolumny, w wydrążonymi napisami lub płaskorzeźbami. Roiło się oczywiście od turystów i nie zabrakło mnichów odzianych w pomarańczowe szaty, korzystających z urządzeń współczesnej techniki ( komórek, i padów). Jaskinia numer 10 była drugą najlepszą. Na końcu jaskini siedział wielki kamienny Budda, przed nim znajdowała się pusta przestrzeń, której boki wypełniały wysokie kolumny, na suficie znajdowały się wydrążone poprzeczne paski, które przecinał jeden poziomy, wyglądało to jak szkielet wieloryba, a ja czułem się jak Pinokio, którego właśnie połknął. Zwiedzieliśmy resztę świątyń, ale żadna nie była już tak imponująca. Cały kompleks wygląda niesamowicie, na pewno warto jest tam pojechać.

W drodze powrotnej, podziwialiśmy małpy, które były wszędzie, na drzewach, samochodach, ulicy. Prawdziwi strażnicy świątyń – geneza planety małp. Jedna z kobiet starał się nam sprzedać banany, żeby je nakarmić ale zrezygnowaliśmy. Olek zaczął wydawać z siebie dziwny dźwięk, który zdenerwował jednego z futrzaków (pokazał nam swoje żółte, ostre, cienkie jak igły zęby), po ostrzeżeniu udaliśmy się do wyjścia.

chochin – sieci rybackie i walka z insektami

Dojechaliśmy na zachodnie wybrzeże Indii. Chochin przywitał nas żarzącym słońcem, chodziliśmy z plecakami od hostelu do huest housu ale w wielu z nich nie było nikogo z obsługi, po drodze natknęliśmy się na kierowcę Tuk tuka, który zaproponował nam tani nocleg. Za pokój zapłaciłem 300 rupi, jak do tej pory był to najtańszy nocleg w Indiach. Moje lokum było niestety bardzo duszne i nawet gówniany wentylator nie pomagał, wiec często chodziłem z mokrym ręcznikiem na głowie. Każdego wieczoru przemieniałem się w bezwzględnego rycerza, uzbrojony w tarczę (sprej przeciwko komarom), miecz (różowa szczotka do kibla), hełm (biały mokry ręcznik), stawiałem opór atakującym mnie komarom i karaluchom (z rana zawsze znikały zwłoki tego drugiego).

Kiedy zdecydowałem się opuścić pokój wybrałem się w kierunku plaży. Nie była piękna, nie spodziewałem się rewelacji, bo Chocin to miasto portowe. Na białym piasku, gdzieniegdzie rosła trawa, na której znajdywały się „skarby” wyrzucone przez morze (buty, japonki, owoce, butelki po lekach). Można by śmiało stwierdzić, że byłem w galerii handlowej: apteka, sklep z butami, spożywczy. Tubylcom jednak to nie przeszkadzało, kąpali się w oceanie, puszczali latawce i grali w cricket. Wzdłuż plaży rozłożone były sieci rybackie na wielkich bambusowych kijach, można by dodać trochę ozdób i wyglądałby jak łapacze snów. Obok deptaku, po którym chodziło dużo turystów, znajdowało się dużo straganów, z lodami, kolorowymi lodami, słodyczami i świeżymi, śmierdzącymi rybami.

W parku zobaczyłem kolorowe drzewo, było pomalowane wszystkimi kolorami tęczy, może jeszcze innymi, paszcze zwierząt widniały na każdej gałęzi i spoglądały w różne strony. Kilka metrów dalej znajdował się budynek z plakatami (prawdopodobnie malowane przez dzieci), na których były postacie z Palestyny, nawołujące to pokoju, obrazki przedstawiające szkodliwość palenia. Idąc dalej przedzierałem się przez warstwy turystów, przez chwilę stałem się częścią korku ulicznego, gdzie ludzie na motorach i skuterach czekali na prom. Maszerując przed siebie, słuchając „Born to be wild” Steppewolf w oddali ujrzałem białą dziewczynę, która macha w moim kierunku. Z początku myślałem, że to pewnie nie do mnie, odwróciłem się za siebie, patrząc czy nie ma za mną jakiś innych białych, ale nie było. Nagle usłyszałem Kazik, Kazik !!! przyjrzałem się, a to była Ewelina, koleżanka, z dawnych lat. Uściskaliśmy się, przywitałem się z jej chłopakiem Michałem, przez jakiś czas nie mogliśmy w to uwierzyć. Podekscytowani, poszliśmy dalej razem i rozmawialiśmy o przygodach, które nas spotkały i przyszłych planach podróży. Usiedliśmy na jednej z ławek, gdzie kontynuowaliśmy naszą rozmowę, kiedy w pewnym momencie grupa przechodzących tubylców, zapytała się czy nie mogą zrobić sobie z nami zdjęcia, nie zdążyliśmy odpowiedzieć, a już zaczęli się do nas dosiadać , obejmować, jeden robił zdjęcie, żeby zaraz się zmienić z kolegą. Nie był to pierwszy i pewnie nieostatni raz, stwierdziłem, że mógłby być to dobry zarobek, wystawiając kratkę z napisem 10 rupi za zdjęcie z białasem. Po długim dniu wybraliśmy się na wspólną kolację do której dołączyła Asia. Zjedliśmy Dosy, owoce morza i inne dobroci serwowane w tutejszej kuchni. Umówiliśmy się na następny dzień i z Asią zaczęliśmy wracać do naszego guest housu PARADISE (wciąż nie mogę uwierzyć, że tak nazwali to miejsce). Po drodze mijaliśmy jakiś obrządek. Kobiety były ubrane w biało-złote siri, a u ich stóp, leżały świece na metalowych podstawkach, towarzyszyli im panowie, którzy nieśli mały ołtarzyk ozdobiony w żółte wieńce, kiedy panie, podniosły świece do góry, wszyscy ruszyli i zaczęli śpiewać. Ruszyliśmy żwawym krokiem, bo chcieliśmy zdążyć na finał siatkówki. Niestety nie było możliwości obejrzenia meczu na żywo, więc śledziliśmy mecz na Onecie. BRAWO POLACY !!! Byłem tak szczęśliwy, że do 4.30 nie mogłem zasnąć albo przez to, że było tak gorąco w pokoju.

Następnego dnia wybrałem się na zwiedzanie miejscowych zabytków. Kościół katolicki, nie zrobił na mnie większego wrażenia, nie miał szans równać się z europejskimi budowlami. Holenderski cmentarz okazał się zamknięty, był bardzo mały więc wszystko dało się zobaczyć przez bramę. Stare, szaro-czarne, porośnięte mchem nagrobki, wyglądały jak zabetonowane trumny, a dookoła rosły drzewa, wszystko to otoczone było kamiennym murem. Po drodze do synagogi mijałem boisko, gdzie młodzi hindusi, grali w hokeja na trawie (tylko, że na piasku) i w cicketa. Dojście do żydowskiej świątyni zajęło mi trochę czasu. Każdy tubylec, mówił coś innego, a ja krążyłem w kółko, w końcu stwierdziłem, że czas skorzystać z GPS-u, zostałem zlokalizowany i ruszyłem w kierunku wskazane przez urządzenie. Po drodze mijałem restaurację, w której ujrzałem Ewelinę i Michała, byliśmy jak magnesy, które się przyciągają. Zostawiłem ich na chwilę, ruszyłem w kierunku zabytku. Gdy zbliżałem się do celu, uliczka robiła się węższa, napisy na budynkach były po hebrajsku, kiedy miejscowi sprzedawcy mnie zobaczyli, rzucili się na mnie jak hieny na widok padliny. Szybko sobie z nimi poradziłem i przed moimi oczami zobaczyłem biały budynek, z dużą bramą na której znajdywały się gwiazdy Dawida wraz ze menory, oczywiście tablica z napisem informującym, że zwiedzanie do 17, spóźniłem 5 min. Wróciłem do znajomych, razem poszliśmy coś zjeść, chwilę później do wieczerzy dołączyli Olek z Asią. Umówiliśmy się na następny dzień na dojazd autobusem na lotnisko. Ewelina z Michałem mieli lot do Kuala Lupur 0 23.30, a my do Mumbaju o 22.00.

Na przystanku okazało się, że autobus nam uciekł, ale niedługo powinien być następny. Nasz środek transportu nas zaskoczył, czysty, klimatyzowany, w miarę nowy autobus jak na Indyjskie warunki – 5 gwiazdek. Pan kanar skasował nas za bilety, ale zaraz wrócił, kazał nam zapłacić dodatkowo za bagaże (nikt z nas nigdy w tym kraju, za bagaż nie płacił), kiedy się nie zgodziliśmy na pierwszą cenę pan zaczął ją obniżać, wtedy stwierdziliśmy, że już chce na białaskach zarobić. W końcu nie zapłaciliśmy nic, a kanar z naburmuszoną miną odszedł. Z każdym przystankiem robiło się tłoczniej. W którymś momencie szarpnęło i na mojej ręce wylądowała ręka starszego kolesia. Ok, trzeba się za coś złapać, stwierdziłem, ale jego ręka pogłaskała mnie delikatnie, spojrzałem na kolesia wzrokiem ala CO PAN?! Chwilę później jego ręka dłoń wylądowała na moim kroczu, chwyciłem za rękę, zdjąłem ją ze mnie i ścisnąłem mówiąc do niego głośniej ? EJ, WHAT ARE YOU DOING? Facet się wyrwał podniósł ręce do góry, powiedział SORRY SORRY i zniknął w tłumie. Doświadczyłem  pierwszego molestowania w Indiach, Michał stwierdził, że na północy dzieje się to częściej, a Ewelina opowiedział historie o starej kobiecie, która się obudziła w pociągu z dwiema różnymi rękami na piersiach. Później zaczęliśmy przytaczać historie z wiadomości na tamat molestowania, gwałtów w Indiach. Na lotnisku spędziliśmy trochę czasu razem, a później wsiedliśmy do samolotów i pofrunęliśmy w przeciwnych kierunkach.

alappuzha – kurast z diablo II i kanały black water

Z Munnaru pojechaliśmy autobsem do Kottayam, gdzie przesiedliśmy się na łódź, która dowiozła nas do Alappuzy. Nasza niebieska łajba wypełniona była dziećmi, które właśnie skończyły zajęcia w szkole. Przez całą podróż małe gnojki biegały po pokładzie, krzyczały, płakały – prawdziwa szkolna wycieczka. Asia znalazła małego, hinduskiego modela, który był przeszczęśliwy, kiedy robiła mu zdjęcia. Oczywiście, zabawa ustała gdy, jeden z chłopców rozwalił sobie tył głowy, tubylcy chcieli dzieciakowi wycierać ranę szmatą, którą zamoczyli wcześniej w zasyfionej rzece, którą płynęliśmy. Ja wyciągnąłem szybko bandaż z plecaka, a Asia plaster i zaczęła zakładać młodemu opatrunek.

Płynęliśmy czarnymi wodami kanałów, na których rosło dużo zieleni i pływały śmieci (worki, puszki, japonki itp.) Otaczały nas palmy, a między nimi co jakiś czas, wyrastał domek z małym pomostem i przycumowaną mała łódeczką. Nad głowami latały czarne ptaki (chyba wrony), a dookoła nas pływały inne statki turystyczne i prywatne. Nad brzegami kanałów, panie robiły pranie, trzepiąc mokrymi ciuchami o pobliskie kamienie, niektóre z nich brały również kąpiel, myły naczynia. Panowie, łowili ryby, używając prostych wędek (kij, żyłka, haczyk), a niektórzy pływali i bawili się w wodzie, do której trafiał mocz i odchody z łodzi i z pobliskich rur.

Na przystani wychaczył nas tubylec o czarnych dredach i zaproponował nocleg (był nam polecany w poprzednim miejscu w Munnarze). Po drodze dowiedzieliśmy się, że jakiś czas temu podróżował po Europie i był też w naszym ojczystym kraju. Brama naszego guest housu pomalowana była, na typowe „Bob Marleyowe” kolory (czerwony, żółty, zielony). Chłopaki, z obsługi byli bardzo mili i zeszli nam trochę z ceny. Wieczorem poszliśmy do centrum miasta, gdzie znaleźliśmy miejscową restaurację Hot Kitchen, jedzenie było bardzo dobre.

Następnego dnia, przyszedł czas na zwiedzanie miasta. Alappuzha wyglądała tak, jakby swoje lata świetności miała już za sobą. Wiele poniszczonych budynków, zarośnięte kanały, które otaczają całe miasto. Stare, obdrapane ściany, porastające mchem, zniszczone pomosty, pozatapiane małe łódki, to wszystko przypominało mi Kurast z aktu 3 Diablo II (gra). Kiedy przechadzałem się brzegiem, co jakiś czas zaczepiał mnie właściciel łodzi, który proponował wycieczkę po kanałach za 1000 rupi ( wcześniej płynęliśmy tramwajem wodnym przez 2h za 18 rupi), kiedy mówiłem dziękuje, proponowany był haszysz. Jak to zawsze dobrze zrobić, zgubiłem się w mieście, dzięki temu trafiłem na cmentarzysko łodzi i do małej wioseczki, w której wszyscy się uśmiechali i zagadywali po angielsku.

Wieczory, spędzałem gównie na samej górze naszego guest housu. Zadaszone pomieszczenie, w którym znajdywała się kuchnia, pralka, stoły przy, których siedzieli goście. Dookoła było porozwieszane pranie, a na ścianach wisiały plakaty Boba Marleya, któremu towarzyszyły wydziergana na materiale słonie. Na stole, znajdywały się fajki do palenia haszu, czaski zwierząt i innego rodzaju potrzebne narzędzia. Wieczorami zbierali się tam ludzie, którzy grali w różnego rodzaju gry planszowe, pili piwo, wymieniali się informacjami i doświadczeniami z podróży. W powietrzu unosił się zapach palonego haszyszu, a z głośników wydobywał się dźwięk indiańskiej muzyki, która czasami mieszała się z Red Hot Chili Peppers. Wszyscy cieszyli się z towarzystwa, malutkiego, białego kota, którego nazywałem Filemonem. Maluch jadał strasznie dużo, pewnie za jakiś czas wyrośnie na wielkiego tygrysa bengalskiego, niestety nocami często miałczał do księżyca, co utrudniało zaśnięcie.

Przez kolejne dni, tułałem się po różnych częściach miasta. Ulice wypełnione były straganami z jedzeniem, owocami, przyprawami gdzie sprzedawcy podsuwali je prawie pod nos namawiając do zakupów, co kilka metrów znajdował się sklep ze złotymi wyrobami, które są w Indiach bardzo popularne. Fajnym miejscem okazała się przystań, gdzie cumowały większe statki dla turystów, niektóre z nich były przerobione na hotele, a między nimi tubylcy brali kąpiele. W czasie tej wycieczki, chodząc, cienkimi, piaszczystymi uliczkami, poznałem miejscowego chłopaka, który opowiadał mi o tutejszych kontaktach z kobietami i kulturze aranżowania małżeństw, nie obeszło się oczywiście o zaproponowanie mi haszyszu.

Po długim dniu udałem się na górę hotelu i poznawałem innych turystów. Najdłużej przesiedziałem jednak z rumuńską parą. Siedzieliśmy sobie przy zimnym piwie, rozmawiając o Nepalu, który strasznie zachwalali, ale nie obeszło się oczywiście bez tematów politycznych na temat Ukrainy. Po miłym wieczorze udałem się na spoczynek, następnego dnia pojechaliśmy do Kochi.

munnar – za górami, za palmowymi lasami i green label

Z samego rana wsiedliśmy do musztardowego, rozklekotanego autokaru, który miał nas dowieźć do Munnaru. Ku naszemu zdziwieniu pojazd był w połowie pełny, więc mogliśmy się wygodnie rozsiąść. Z początku droga nie była zbyt interesująca, co jakiś czas przejeżdżaliśmy przez jakieś miasto, w którym dosiadali się ludzie i robiło się coraz ciaśniej. Po jakimś czasie na horyzoncie zaczęły pojawiać się wzgórza, droga zaczęła robić się węższa. Gdy wjechaliśmy na krętą, ciasną, szarą, górską drogę widok zapierał dech w piersiach. Czubki wysokich gór pokryte były białymi jak mleko chmurami, pod nami zielone palmowe lasy przypominały rozwinięty dywan. Co jakiś czas mijaliśmy robotników (pracownicami były również  kobiety), którzy ciężko pracowali, żeby zarobić na jedzenie. Panie pracowały przy betoniarkach i nosiły kosze z narzędziami, niektóre poszerzały jezdnię, waląc kilofami w skały. Kiedy przejechaliśmy granice stanu i wjechaliśmy do Karali, na górach zaczęły pojawiać się krzaki herbaty, a gdzieniegdzie małe i duże wodospady.

Po 5 godzinach dojechaliśmy do Munaru. Jeden z kierowców Tuk tuka, powiedział, ze zna dobry, tani hostel z ładnymi widokami na herbaciane wzgórza dwa kilometry od miasteczka. Nim się zorientowaliśmy byliśmy już przez różowym domkiem „JJCOTTAGE”, gdzie przywitał nas bardzo sympatyczny pan, mówiący bardzo wyraźnie po angielsku. Pokoje były bardzo ładne i czyste, w łazienkach nie było grzyba ani robactwa WOW!!! Zdecydowaliśmy się zostać tutaj parę dni. Pogoda nas nie rozpieszczała, lało prawie przez cały czas, z kilku minutowymi przerwami. Większość czasu spędzaliśmy w pokojach, oglądając „HBO” i czytając książki. Jednego dnia postanowiłem ruszyć swoje cztery litery, wybrałem się do miasta. Deszcz nie odpuścił nawet na chwilę, przemoczony tułałem się po 4 ulicach tego niewielkiego miasteczka. Stare budynki, skąpane w szarym kolorze nieba, wraz z ulicami pełnymi kałuż nie napawały optymizmem. Po jakimś czasie znalazłem sklep monopolowy, była to chyba najgorsza melina jaką w życiu widziałem, blaszane ściany, ledwo, trzymały się kupy, półki były poobdzierane, butelki wyglądały jakby  przeleżały wieki, w jakiejś winiarni. Byłem jedynym białasem, który stał miedzy tubylcami, od sprzedawców rozdzielała nas krata. Nie wiedziałem, co chcę kupić, więc obserwowałem miejscowych. Najbardziej popularna była whisky Green label, zakupiłem ćwiartkę (koszt 230 rupi czyli jakieś 15zł) i poszedłem w kierunku hotelu, po drodze dużo ludzi pytało się mnie gdzie kupiłem alkohol (chyba wszyscy mieli poczucie, że dzisiejszego dnia, nie ma nic innego do roboty, jak tylko, rozgrzać się procentowym trunkiem).

Mokre ciuchy zostały zrzucone, prysznic z gorącą wodą wzięty (ciepła woda należy do rzadkości), ubrany w ciepły dres zszedłem do małego pomieszczenia, gdzie turyści korzystali z dostępu do internetu. Poznałem tam parę z Izraela ( Jonasz I Galle), rozmawialiśmy o podróżach, naszych rodzinnych krajach i nieco o Śląsku Wrocław, okazało się, że mój żydowski znajomy jest fanem piłki nożnej i był we Wrocławiu (świat jest mały). Po jakimś czasie do naszego grona dołączył Jasin, francuz, muzułmanin pochodzenia marokańskiego. Śmiechy i ciekawe rozmowy sprawiły, że pochmurny, z początku smutny dzień stał się świetny (pewnie ohydna whisky, też pomogła). Muzułmanin, Żydzi i „Katolik” siedzieli wspólnie przy jednym stole, bez dżihadu, czy krucjaty i spędzali miło wieczór.

madurai – indie welcome i świątynia tysiąca kolumn

Podróż z Colombo do Madurai była jak dotąd, najkrótszym przelotem w moim życiu. Trwało to całe 40 min. stewardessa o czekoladowym kolorze skóry, ubrana w niebieskie sari, zdążyła podać ciastka i sok, a chwile później usłyszeliśmy komunikat, że zaraz lądujemy w Madurai. Na lotnisku, przepytywał nas strażnik (gdzie będziemy spać, czy byliśmy w Afryce przez ostatnie 6 tygodni itp.), później prześwietlali nasz bagaż podręczny i na samym końcu musieliśmy wypełnić jeszcze jedną kartkę informacyjną (jedną wypełnialiśmy jeszcze w samolocie). Kiedy wyszliśmy na zewnątrz słońce grzało, było duszno, około 36 stopni. Musieliśmy wybrać pieniądze, ale na lotnisku międzynarodowym znajdował się jeden bankomat, który jak na złość, nie chciał wypłacić pieniędzy z Olka karty , jak i z mojej. Ok, nie jest źle, mamy jeszcze funty i dolary więc zaczęliśmy szukać kantoru, a tu KLOPS – nie było żadnego. Asia poszła zapytać strażnika przy wyjściu z hali przylotów, ale ten, na samym początku pogroził jej karabinem, a później zawołał kierowcę Tuk tuka (dużo wiedzą i mogą pomóc), z którym dokonaliśmy transakcji po całkiem niezłym kursie. Musieliśmy dostać się już tylko do miasta. Niestety nie było łatwo uzyskać informację o przystanku autobusowym,  każdy mówił coś innego, albo żebyśmy wzięli taksówkę. Po jakimś czasie udało mi się zlokalizować przystanek wraz z autobusem „10A” (znajdował się kilka metrów na lewo od bramy wyjazdowej). Wsiedliśmy do rozklekotanego, szaro -żółtego pojazdu bez klimatyzacji i ruszyliśmy w kierunku miasta. Indie przywitały nas zapachem szamba i krowiej kupy, aby później wynagrodzić nas aromatem przypraw i kadzideł.

Na szukaniu noclegu zeszło nam trochę czasu. Kiedy się zakwaterowaliśmy, poszliśmy się posilić do jednej z miejscowych restauracji. Jedzenie było przepyszne, podane na liściach , smakowało mi bardziej niż to na Sri Lance, a był to dopiero pierwszy posiłek. Po srogiej uczcie wybraliśmy się na spacer po okolicy. Po rozświetlonych ulicach chaotycznie jeździły samochody, autobusy, żółte Tuk tuki, motory i skutery, a między nimi chodzili piesi (kto posiadał większy pojazd, miał pierwszeństwo) Obok drogi znajdowały się stragany z zabawkami, ubraniami, biżuterią, figurkami. Chodniki otaczające świątynie, oświetlone były przez latarnie i kolorowe neony, które wisiały nad sklepami. W każdym rogu wielkiego kwadratu znajdowała się wieża policyjna, a z niej funkcjonariusze pilnowali porządku. Zmęczenie dało się nam we znaki, robiło się późno, więc udaliśmy się do hoteli, odpocząć przed następnym dniem.

Słońce znów nie żałowało swoich promieni, na ulicach było gorąco i ciężko było znaleźć schronienie w cieniu. Mimo to poszliśmy zwiedzać świątynię Meenakshi Amman, która posiada tysiąc kolumn i jest miejscem pielgrzymek hindusów z całych Indii. Otoczona czterema wielkimi ścianami, na środku każdej z nich znajduje się wejście z wielką wieżą, którą zdobią hinduskie bóstwa i zwierzęta o pastelowych kolorach. Kiedyś podobne, lecz mniejsze hinduskie świątynie na Sri Lance wydawały mi się tandetne, ale teraz, zaczęły wzbudzać we mnie podziw – wyglądały przepięknie. Za wejście, musieliśmy zapłacić 50 rupi (ważne cały dzień) i zostawić na zewnątrz wszystkie rzeczy. Do środka nie można wnosić aparatów, laptopów, papierosów, zapalniczek, ostrych narzędzi i wielu innych rzeczy. Przed wejściem prześwietlany jest plecak, a później zostajemy przeszukani. Nie można mieć na sobie butów, nogi muszą być zakryte. W świątyni znajduje rzeczywiście dużo pięknych kolumn i posagów, przed, którymi modlą się wierzący (wiele miejsc jest dostępnych tylko dla hindusów). W samym sercu budowli znajduje się muzeum, które kosztuje 5 rupi. W środku otaczały nas figurki bóstw i malowidła naścienne, a do naszych nosów wpływał zapach kadzideł. Zwiedzanie zajęło nam ponad 30 min, po drodze do wyjścia natknęliśmy się na słonia, który za 10 rupi udzielał błogosławieństwa poprzez dotknięcie głowy swoją wielką, ciężką trąbą (słoń wystawiał trąbę, do której wrzucało się monety, później Dumbo podawał pieniądze właścicielowi, a następnie muskał trąbą głowy płacącego). Było mi żal biednego, umalowanego w hinduskie znaki słonia (miał smutne oczy i mordę) ale pokusa dostania błogosławieństwa przez to cudowne zwierzę była większa.

Bardzo ciekawym miejscem okazał się bazar, który mieścił się zaraz obok. W środku, znajdowały się stragany z kolorowymi tkaninami (kaszmiry, jedwabie itp.), właściciele strasznie naganiali na zakupy produktów „Good stuff”, „Good price”. Głębiej panowie szyli na starych maszynach, a kobiety pletły wianki, całe pomieszczenie oświetlone było żółtym światłem, które świetnie komponowało się z szarymi kolumnami, ozdobionymi w wojowników na koniach i starożytnymi stworami.  Wracając do hotelu przechodziliśmy przez targowisko pełne owoców, warzyw, zapachy były piękne, ale co dobre, nie może trwać wiecznie, kiedy weszliśmy głębiej zaczęły się stoiska rzeźnickie i stoiska z rybami. Widok kozich, odrąbanych głów, wraz z wnętrznościami, mieszający się z zapachem ryb powodował u mnie odruchy wymiotne, a głód, który czułem od jakiegoś czasu szybko zniknął.

Wieczorem wybrałem się na spacer po mieście, spacerując ulicami co jakiś czas byłem zaczepiany przez tubylców. Każda rozmowa zazwyczaj wyglądała tak samo:

T: Halo where are you from?

Ja: Hi, Poland

T: aaaa Holland

Ja: No Holland, Poland

T: Where are you going?

Ja: Just walking around.

T: „I have good place to sleep” albo „Tuku tuk” lub jeszcze inaczej „I have good hasz”

Dziękowałem i szedłem dalej, starałem się dłużej nie przeciągać rozmowy. Kolorowe neony rozświetlały drogę, a w uszach słychać były głośne, denerwujące klaksony (tego chyba najbardziej nie lubię w azjatyckich krajach), z których osoba znająca alfabet morsa mogłaby napisać poemat.

Kolejny dzień zapowiadał się bardzo dobrze, z Olkiem wybraliśmy się na stację autobusową, sprawdzić, o której mamy autobus do Mannaru. Po drodze natrafiliśmy na coś w rodzaju procesji. Kobiety i mężczyźni ubrani w żółte stroje, niosący kosze z owocami na głowach, śpiewali (raczej buczeli), niektórzy skakali do muzyki wydobywającej się z bębnów, zaraz z boku chodziły krowy i małe konie. Pod wieczór poszliśmy na ostatni spacer po mieście, nie trwał on zbyt długo, ze względu na ulewę. Jasne niebo pokryło się ciemnymi chmurami, z których lunął deszcz. Wszyscy ludzie schowali się pod dachami i czekali jak brzydka pogoda ustąpi. Trwało to jednak trochę dłużej niż myśleliśmy, ulice zmieniły się w strumyki, które gdzieniegdzie sięgały za kostki, różnego rodzaju śmieci spływały razem z kolejnymi warstwami wody, z rynny naszego dachu spływał niemały wodospad. Wszyscy ludzie byli mokrzy ale nie wyglądali na nieszczęśliwych, hinduskie dzieci znalazły radość w pluskaniu się i ochlapywaniu wszystkich dookoła. Nie mogliśmy czekać w nieskończoność, wiec ruszyliśmy wchodząc z jednego dachu pod drugi. Tak właśnie zakończył się nasz pobyt w Madurai.

hikkaduwa, unawatuna – rafa koralowa i pełnia księżyca

Dostaliśmy wizy do Indii i pojechaliśmy do Hikkaduwy. Dość szybko, znaleźliśmy nocleg i poszliśmy zobaczyć wybrzeże. Piaszczysta plaża, wysokie palmy z wielkimi zielonymi liśćmi i koksami, które stawały się wieczorem domem dla zielonych papug, piękna woda spowodowały, że zostaliśmy tutaj do końca pobytu na Sri Lance. Miasteczko typowo turystyczne, wzdłuż ulicy przeplatają się stragany, z maskami, kostiumami, sprzętem do nurkowania i różnymi pamiątkami. Przy plażach hotele, restauracje z zachodnim jedzeniem (z wysokimi cenami). W mieście jak na całej Sri Lance masa rosyjskich turystów, co przyczyniło się do tego, że wiele napisów jest po rusku, czasami nawet menu.

Jednego dnia wypożyczyliśmy maski i nurkowaliśmy w błękitnych wodach oceanu. Rafa została już zniszczona ale na szczęście kolorowe roślinki oplatały podmorskie skały, nie wyglądała jak na filmach przyrodniczych w National Geographic, była nieduża, ale i tak cieszyła oczy. Między skałami pływały różnego rodzaju ryby, widziałem Florka z „Małej Syrenki”, niestety nie dane było mi zobaczyć Nemo. Płynąc dalej natknąłem się na ławicę długich płaskich ryb, których łuski odpijały resztki promieni słonecznych, przepłynąłem obok nich i zobaczyłem, żółwia morskiego o przyzwoitych rozmiarach. Na plaży towarzyszył nam jeden z tubylców, który był instruktorem surfingu i wynajmował nam sprzęt do nurkowania. Zapraszał nas do palenia trawki, opowiadał o tutejszym życiu, mówił co możemy jeszcze zobaczyć w pobliżu. Asia strasznie się poobcierała o rafę, nasz kolega doradził, żeby posmarować to sokiem z limonki. Dziewczynka jak usłyszała, tak zrobiła – ponoć bardzo piecze.

Następnego ranka pojechaliśmy do Unawatuna. Posejdon przywitał nas wielkimi falami, które w czasie kąpieli bardzo nas cieszyły. Były tak samo silne jak w Nagombo, kiedy wchodziło się do wody, nie chciały wypuścić. Po pływaniu, siedliśmy przy barze, strasznie się najadłem, a później przepłukałem sobie gardło złocistym, zimnym, gazowanym napojem. Po jakimś czasie rozdzieliliśmy się i wróciliśmy do naszych hoteli. Dla mnie nie był to jeszcze koniec pięknego dnia. Przy moim guest house spotkałem Katherine, gadająca z kierownikiem i jego kumplem. Dołączyłem się do rozmowy oraz do zabawy z suczką Didi (Katherina, znalazła ją na ulicy, pogryzioną, która później się zaopiekowała). Ta mała zwariowana psina gryzła wszystko co było dookoła, włącznie z moimi palcami i kostkami. Po paru minutach gadki, nagle padło pytanie czy nie chcemy sobie zapalić. Poszliśmy na piętro wyżej i z balkonu oglądaliśmy gwieździste niebo. Były śmiechy, chichy, a później ni stąd ni zowąd, znalazłem się na lekcji historii Sri Lanki i Buddyzmu udzielanej przez rdzennych mieszkańców. Spędziliśmy w czwórkę trochę czasu, utwierdziło mnie to w przekonaniu, że tubylcy są naprawdę fajnymi, sympatycznymi, dobrymi ludźmi.

Nasz plan zobaczenia Galle spłonął na panewce. Słońce wygrało z nami. Po południu wybrałem się na wycieczkę po mieście i ostatnie pływanie w tym cudownym kraju. Kobiety na plaży oczywiście musiały się kąpać w ciuchach DLACZEGO !?!?!? Dziewczęta o ciemnych włosach, pięknych czarnych oczach, nie chciały uchylić kawałka czekoladowego ciałka. Pomyślałem sobie, może to i lepiej, ze dziewczyny chodzą w spodniach, przynajmniej nie widać nieogolonych nóg. Na szczęście na plaży znajdywały się jeszcze turystki, na których można było zawiesić oko. W mieście większość sklepów i restauracji była pozamykana ze względu na pełnię (w czasie pełni buddyści mają wolne). Na ulicach dużo osób handlujących trawką, którzy podchodzili co jakiś czas „you want to smoke? I have the best weed form India”. Wieczorem podszedł do mnie kierownik i zaproponował wspólne palenie przy pełni księżyca. Skład mieliśmy okrojony bo Katherina wróciła do Bonn. Po paru drinkach i chmurze trawy, którą przyjął kierownik, strasznie rozwiązał mu się język wróciliśmy do rozmów o Buddyzmie i  innych religiach, a towarzystwa dotrzymywała nam Didi, która co jakiś czas podgryzała nasze japonki. Wróciłem do pokoju, zacząłem się pakować i powoli żegnać się ze Ceylonem.

W nasz ostatni dzień Sri Lanka żegnała nas po swojemu. Niebo płakało z rana wielkimi kroplami, wieczorem pokazało nam piękny zachód słońca, a tubylcy ściskali nas w pociągach i autobusach tak, że brakowało nam tchu. Kraj jest bardzo ładny, wspaniałe piaszczyste plaże, zwierzęta, góry obrośnięte zielonymi krzakami herbaty błękitna, czysta woda i wspaniali ludzie. Jedzenie bywa ostre dwa razy ale jest przepyszne:), ceny bardzo dobre dla portfela. Transport bywa męczący, bolesny w szczególności autobusowy ale trochę prawdziwego życia Sri Lanki warto spróbować. Jeżeli jesteś facetem, masz małe szanse żeby poderwać tutejsze dziewczyny (z włosami na nogach, rękach i plecach). Nie proponowałbym przyjeżdżać z dziewczyną bo może ciebie zostawić dla tutejszych chłopaków, którzy według Asi są SPOKO. PA PA SRI LANKO!!!

kalkudah i trincomalee – rozgrzane plaże i zoo safari

Kiedy dojechaliśmy do Kalkudah zaczął zapadać zmrok. Pierwszy raz na stacji kolejowej nie było Tuk-tuków, nie było dosłownie nic. Do miasta mieliśmy jakieś cztery kilometry, ruszyliśmy wzdłuż nieoświetlonej drogi nie tracąc czasu, musieliśmy znaleźć jeszcze nocleg. Pod drodze mijały nas światła samochodów, a za nami zaczęły zbierać się psy. Postanowiliśmy się szybko uzbroić, na naszych głowach wylądowały czołówki, Olek trzymał w pogotowiu gaz pieprzowy, Asia uzbroiła się w kamienie, a ja wyciągnąłem swój scyzoryk. Byliśmy gotowi do walki niczym trzej muszkieterowie. Szliśmy i szliśmy, a miasta nie było widać, byliśmy już strasznie zmęczeni i marzyliśmy, żeby już się położyć do jakiś niewygodnych łóżek w jakimś tanim, brudnym hotelu. Gdy doszliśmy do miasta złapaliśmy Tuk tuka i poprosiliśmy kierowcę, żeby zawiózł nas do jakiegoś taniego guest housu. Trochę pojeździliśmy ale w końcu znaleźliśmy hotel, który polecała pewna dziewczyna.

Kiedy wstało słońce udaliśmy się na plażę. Żółty, ciepły piasek  i błękitna woda zachęcały nas go kąpieli. W oddali zauważyliśmy skały, które wystawały z wody, a dalej na plaży stały łódki. Udaliśmy się więc na spacer wzdłuż wybrzeża. Słońce grzało, nie chciało odpuścić, a wiatr, który mógłby dodać trochę ulgi zupełnie o nas zapomniał. Na plażach porobiły się getta. Przy kurortach kąpali się sami biali, a na miejskiej plaży roiło się od tubylców. Faceci ubrani w lungi lub spodenki rzucali się do wody, kobiety ubrane w jeansy i podkoszulki, także zero podziwiania brązowego ciałka dla Kazika. Najgorsze było chyba z tego wszystkiego, że wypożyczyłem rower i musiałem go pchać po piasku i w mgnieniu oka moja koszulka była cała mokra.

Po dwóch dniach pojechaliśmy do Trincomalee. Spędziliśmy cztery dni na cudownej plaży. Miasto okazało się być ZOO safari. Po drogach chodziły krowy, na budynkach i na liniach telefonicznych urzędowały małpy, dworzec autobusowy okupowały jelenie z wielkimi porożami, nad głowami fruwały różnego rodzaju, kolorowe ptaki, w nocy na niebie królowały nietoperze, nawet w naszym hotelu mieliśmy naszego pupila- kota, który wchodził ciągle do naszego pokoju. Plaże, po południu świeciły, pustkami, wszyscy chowali się przed rozpalonym słońcem, piasek był strasznie gorący, że ledwo można było po nim stąpać. Chłodziliśmy się w wodach oceanu Indyjskiego, co jakiś czas towarzyszyły nam ryby wyskakujące z wody. Z samego rana mogliśmy zobaczyć jak kilkoro rybaków wyciąga sieci z morza. Dookoła nich zebrało się stado turystów z aparatami i robili sobie zdjęcia z różnymi rybami. Kilka z nich wyglądały naprawdę śmiesznie, długie, grube, kolorowe.  Asia i ja zdecydowaliśmy się na grę w siatkówkę ale gorący piasek nie dawał szans naszym stopom i gra przez siatkę, zmieniła się w piłkę wodną.

DSC_0047 DSC_0001 DSC_0050

Jednego dnia wybraliśmy się na zwiedzanie miejskich zabytków. Na pierwszy ogień poszedł fort i znajdująca się w nim świątynia. Mury fortu były zniszczone, zarośnięte otoczone starymi armatami. W forcie tak jak za dawnych czasów znajdywały się koszary i co kilka kroków mijało się żołnierza z bronią. Na terenie fortyfikacji nie mogło zabraknąć sklepów z pamiątkami, budek z zakąskami i pomarańczowymi kokosami, na które Olek z Asią się skusili. Wziąłem sobie łyka jasnego napoju z pomarańczowej kulki z odcięta góra, po którym stwierdziłem, że nie jest to napój, który przypadł mi do gustu. Ponoć kokosy gaszą pragnienie, a w dodatku są dobre na rozwolnienie. Dotarliśmy do świątyni, która była w remoncie (dosyć często nam się to zdarza). Mimo to wyglądała bardzo ładnie, dookoła rosły ozdobione drzewa, z przodu siedział wielki, złoty Budda, którego otaczały zwierzęta. Z boku znajdował się punkt z widokiem na piękny, niebieski ocean z mała zatoczka, po której pływał motorówki. Kiedy ruszyliśmy to wyjścia po drodze natrafiliśmy na małą polanę, na której wylegiwały się BAMBI, małe sarenki przypomniały mi czasy dzieciństwa, kiedy mama opowiadała mi bajki przed sen. Cel numer dwa był kościół katolicki, HAHAHAHA był zamknięty (powinniśmy się przyzwyczaić, że budowle, które chcemy zobaczyć są zamknięte albo w remoncie), mimo to jego biało niebieskie kolory bardzo dobrze pasowały to otaczających go palm. Z przodu z kościoła zwisał wielki różaniec, na tyłach było kilka, figurek Marii i Jezusa. Mimo wszystko, bardzo cieszyłem się z pobytu tam, ponieważ, zimne mury i arkady pełne cienia dały nam schronienie przed gorącym słońcem. Celem numer trzy, była świątynia hinduska. Kolorowa, świątynia z bóstwami i towarzyszącymi im zwierzętami. Przed wejściem na straży leżały krowy, które jadły trawę kręcąc mordą.

DSC_0002 DSC_0057 DSC_0068

W drodze na stacje autobusową wstąpiliśmy na targowisko. Stragany były pełne kolorowych warzyw i owoców, w powietrzu unosił się zapach przypraw, które niszczyły suszone ryby. Przy większości straganów znajdywały się stare wagi, które wisiały na sznurkach przyczepionych do sufitu, a zboku leżały ciężarki. Dookoła było słychać krzyki zachęcające do kupowania jedzenia. Oczywiście zakupiliśmy trochę owoców i zrobiliśmy sobie małą, soczystą ucztę.

DSC_0074 DSC_0077 DSC_0076

Następny przystanek to nasze deszczowe Kandy, w którym musieliśmy odebrać nasze wizy, a później południowe wybrzeże. Wschodnie wybrzeże bardzo mi się podobało, zwłaszcza Tricomalee (ładniejsze plaże, świątynie i dostępność do dobrej, tutejszej kuchni oraz otaczająca nas fauna).

haputale – tuk tuk i hakuna matata.

Po ciężkiej, długiej podróży w pociągu dotarliśmy do Haputale. Już na stacji zaczepił nas jeden tubylec, który zaproponował bardzo dobrą cenę noclegu, wraz z podwózką. Po krótkiej naradzie zdecydowaliśmy się zaufać facetowi i ruszyliśmy białym vanem do guest housu.

DSC_0191  DSC_0193 DSC_0202

Przyjechaliśmy na miejsce, widok zielono żółtych piersi wyrastających w dolinie był niesamowity. Właściciel przyniósł nam trzy krzesła i stolik, na którym chwilę później znalazła się imbirowa herbata podana w porcelanie wraz z cytrynowymi herbatnikami. Biorąc kolejne łyki ciepłego napoju, czułem się jak królowa Elżbieta spoglądając na swoje wielkie imperium. Lekki niedosyt sprawił, że postanowiłem, wykorzystać resztkę swojej srilankowej whyski, tak właśnie powstał bardzo dobry drink (whyski z imbirową herbatą). Po zainstalowaniu się w pokoju udaliśmy się do miasta na zakupy. Nie mogliśmy się doczekać domowej kolacji, na którą daliśmy się namówić. O godzinie 7 usiedliśmy do suto zastawionego stołu. Kiedy zacząłem jeść, moja ręka zamieniła się w maszynę i zaczęła wiosłować, przez chwilę nie było nic innego oprócz jedzenia, wszystko dookoła zamilkło. Przeróżne smaki zaczęły łechtać moje kubki smakowe, dostarczając mi oralnej przyjemności. Kiedy skończyliśmy, czułem się jakbym zaszedł w ciążę spożywczą. Udaliśmy się na relaks, posadziliśmy nasze tyłki w fotelach, które były zwrócone w stronę gór. Djaus ( hinduski bóg nieba) rozwinął nam prześcieradło czarnego nieba z drogą mleczną i gwiazdami. Siedzieliśmy tak przyssani do naszych butelek Liona, poczułem się jak Simba, któremu towarzyszyli Timon (Asia) i Pumba (Olek). Nasze oczy wpatrywały się w gwieździste niebo, a z naszych ust wydobywały się słowa Hakuna Matata, Hakuna MAtata. Mgła koloru mleka zalała dolinę niczym Tsunami, a następnie zniknęła pozostawiając po sobie tylko mroźne powietrze.

DSC_0190 DSC_0205 DSC_0292

Następnego ranka wstaliśmy wypoczęci, nie mogliśmy się doczekać przejażdżki Tuk Tukiem, którego zdecydowaliśmy się wynająć zeszłego wieczoru. Nasz czerwony, blaszany, rozklekotany gruchot był nie lada wyzwaniem dla Olka. Już przy jeździe próbnej samochód zgasł, były problemy ze sprzęgłem i przednią opona była bardziej łysa niż głowa Józefa Oleksego. Aleksander, jak przystało na wielkiego wojownika, nie zawahał się i podjął zadania. Ruszyliśmy górzystą, krętą, dziurawą drogą w stronę fabryki herbaty Dambatenne i Lipton seat (miejsce gdzie sir Lipton siedział kontemplował). W fabryce pokazali nam jak powstaje herbata, różne rodzaje, trochę historii itp. Całość wyniosła nas 200 rupii na głowę. Później pojechaliśmy na sam szczyt, z którego obserwowaliśmy plantacje herbaty i małe wioseczki, które wyrastały miedzy nimi. Kiedy zjeżdżaliśmy, zatrzymaliśmy się w jednym miejscu, żeby przepuścić inny samochód, nagle naszego czerwonego gruchota ze wszystkich stron obskoczyły dzieci ubrane w białe uniformy, wracające ze szkoły. Money please !!! Mówiliśmy, że nie mamy. Powiedziałem, że mam banany więc młodziaki rzuciły się na nie. Olek się wkurzył bo dzieciaki zaczęły przyciskać guziki w pojeździe i stwierdził, że trzeba spadać. Tego dnia musieliśmy zobaczyć jeszcze jedno sanktuarium. Gdy dojechaliśmy na miejsce zostawiliśmy nasz powóz i zaczęliśmy zwiedzać. Po powrocie zobaczyliśmy naszego Tuk tuka,  w którym buszowały małpy. Skubane, szare sierściuchy okradły nas ze wszystkich bananów, a na nasz widok tchórzliwie uciekły w las.

DSC_0209 DSC_0239 DSC_0261

Kolejnego dnia wybraliśmy się na wędrówkę po torach kolejowych. Cofnęliśmy się jedną stację i maszerując szukaliśmy pań zbierających liście herbaty, których niestety nie było nam dane zobaczyć. Po 7 km wróciliśmy do miasta gdzie zrobiliśmy zakupy na resztę słonecznego dnia. Nasz gospodarz był wiekowym człowiekiem, który kulał na jedną nogę. Pan o ciemno brązowej skórze, mierzący 1,60 m w kapeluszu, dostarczał nam dużo radości (możliwe, że to przez piwko, jak kończyła się butelka to zawsze mówił, że w lodówce jest więcej lub, że zaraz przyniesie). Zawsze uśmiechnięty odpowiadał  OK, OK, OK zupełnie jak Christian Clavier grający „Goście, Goście” Jacquouille.  Haputale, małe miasteczko pośrodku plantacji herbaty dostarczyło nam dużo zabawy i niezapomnianych chwil, a dzielnemu Olkowi odcisków na dłoniach.

DSC_0272 DSC_0280  DSC_0293

nuwara eliya – morze zielonej herbaty i „the pub”

Ała moja stopa, ała moja głowa. Tak właśnie mijała moja podróż pociągiem z Kandy do Nuwara Eliya. Kiedy wsiadaliśmy do wagonów, rozdzieliliśmy się, żeby mieć szanse na znalezienie siedzących miejsc w drugiej klasie. Misja się nie powiodła i na dodatek zostaliśmy rozdzieleni. Siedząc samemu między dwiema ubikacjami, objęty cudownymi „fiołkowymi zapachami” dobiegającymi z toalet, ściśnięty plecakami i innymi ludźmi wchodziłem wyobraźnią w książkę „Shantaram”. Niestety ludzie na Sri Lance uwielbiają chodzić po zatłoczonych pociągach bez większej potrzeby, rozpychając się i depcząc innych, a na do datek przemieszczają się ludzie próbujący sprzedać smakołyki krzycząc WADE, WADE,WADE (tutejszy pączek z soczewicy, lekko ostry, całkiem niezły)!!!Po godzinie miarka się przebrała, każdy kto koło mnie przechodził dostawał z łokcia i został przepychany do ściany. Ścisk na szczęście się skończył po paru stacjach i w nagrodę za oknami zaczęły pojawiać się góry porośnięte herbatą. Wyglądały jak zielone morze z wielkimi falami.

DSC_0029 DSC_0187 DSC_0159

Chrup, chrup taki właśnie odgłos wydało moje ciało kiedy mogłem się rozciągnąć po wyjściu z pociągu, napełniłem moje płuca szarym nikotynowym dymem i od razu poczułem się lepiej. Czekała nas jeszcze przejażdżka autobusem ale to już był light. Dość szybko znaleźliśmy hotel i ruszyliśmy w miasto nakarmić nasze wygłodniałe żołądki. Znaleźliśmy hotel (TAK restauracja na Sri lance to hotel), w którym jadło wielu tubylców. Zamówiliśmy sobie trzy rodzaje Rotti (naleśniki), a do tego na stole wylądowały dwa wiadra Dallu (soczewica). MNIAM, MNIAM tak właśnie zaczęła się moja miłość do Lankańskiej kuchni. Powrót do czasów dzieciństwa, kiedy to jadło się rękoma (bezcenne). Po posiłku wytarliśmy ręce w dzisiejszą gazetę, szczęśliwi opuściliśmy lokal i udaliśmy się na spoczynek.

DSC_0133  DSC_0129  DSC_0130

Następnego dnia piliśmy czaj z plantacji Pedro i przechadzaliśmy się miedzy krzaczkami herbat, które nas otaczały. Kiedy chodziliśmy po górkach widzieliśmy najwyższy szczyt Cejlonu (dawna nazwa Sri Lanki) Pidurutalagala, który jest nieco wyższy od naszych polskich Rysów mierzy 2524 m n.p.m. Zobaczyliśmy jeszcze dwa wodospady przy czym jeden wyglądał jak strumień moczu, a drugi już wyglądał ładniej i bardziej okazale, kiedy stanąłem pod nim, obdarzył mnie zimną mżawką, która była bardzo orzeźwiająca w ten upalny dzień. Gdy wychodziliśmy lub schodziliśmy z ciekawszych miejsc na dole czekały zgraje dzieciaków krzyczących „Money, Money !!!” Przechodziliśmy koło nich szybko, żeby tylko nie patrzeć w ich czarne oczy o błagalnym spojrzeniu.

DSC_0172 DSC_0160  DSC_0179

W mieście stwierdziliśmy, że dzielnie dzisiaj chodziliśmy i poszliśmy do oberży na zimne piwko. Pub nazywał się The Pub. W środku siedzieli sami miejscowi faceci, oczy wszystkich zwróciły się na naszą blondwłosą Asię. Cały lokal pokrywało drewno, a na ścianach wisiały zdjęcia i plakaty lwów (symbol Sri lanki). Impreza się rozkręciła, a na naszym stole lądowały kolejne butelki piwa Lion. Kiedy ułożyliśmy plan na następne dni, wzięło nas na wspomnienia starych czasów. W knajpie spotkaliśmy starego Australijczyka, który mieszkał w tym samym guest housie co my w Kandy. Po jakimś czasie pożegnaliśmy się i wróciliśmy do hotelu.

DSC_0183 DSC_0044 DSC_0067

Nuwara Eliya to ładne, urokliwe miasteczko, dookoła znajduje się wiele plantacji herbaty, wodospady, jeżeli ma się czas i pieniądze to warto zobaczyć parki narodowe. My bawiliśmy się dobrze i wpadliśmy na ciekawe pomysły na dalszą podróż.

colombo, kandy – łokcie w żebrach i noce nietoperzy.

Dolecieliśmy o 23:00 na Sri Lankę. Odprawa paszportowa trwała wieki, a my jeszcze trafiliśmy na najbardziej powolnego człowieka na całym lotnisku (powrót do granicy Birmy z Tajlandią), wiedzieliśmy, że dzisiaj noclegu już nie znajdziemy. Pierwszą noc spędziliśmy na lotnisku  w Colombo pijąc Whisky i śpiąc na krzesłach w jedynej restauracji. Wstaliśmy wczesnym rankiem i szukaliśmy autobusu, który dowiezie nas do Nagombo. Trwało to strasznie długo, nie mogliśmy nic znaleźć, każdy z miejscowych mówił o innym miejscu przystanku. Zmęczeni i połamani po nie przespanej nocy, spoceni od grzejącego słońca, które raczyło nas zaatakować bladym świtem, wsiedliśmy do przepełnionego autobusu po godzinie poszukiwań.

Nasz guest house znajdował się przy plaży, więc długo się nie zastanawiając, wciągnęliśmy na siebie spodenki do kąpieli i poszliśmy pływać. Pomarańczowy, ciepły piasek zachęcał nas do kąpieli. Fale oceanu Indyjskiego były duże i silne, chyba największe jakie do tej pory widziałem ON MY OWN EYES, kiedy nas objęły nie chciały  wypuścić na ląd. Było to całkiem przyjemne, ale muszę przyznać, że kilka razy byłem przestraszony, jak wyrzuciły mnie trochę głębiej w ocean. Rano obudziło nas wschodzące słońce i szum oceanu zaa okna. Z tarasu widać było palmy z kokosami pomarańczowego koloru, które stały się łupem miejscowego murzynka, wdrapującego się na nie z gumą zaczepioną między nogami trzymającego maczetę w ustach. Nie byliśmy jednak zachwyceni tym miejscem, zdecydowaliśmy się jak najszybciej dostać do stolicy kraju.

DSC_0142  DSC_0143  DSC_0173

Zaczęła się nasza przygoda z tutejszymi pociągami, muszę przyznać, że jest to przeżycie. Pociągi są przepełnione i poruszają się bardzo powoli. Masz do wyboru 1,2 i 3 klasę, bilety można kupić teoretycznie wcześniej ale zazwyczaj słyszysz, że nie ma miejsc. Jeżeli uda ci się kupić bilet na pierwszą klasę to jesteś wybrańcem, nam się nie udało. Najczęściej bilety kupowaliśmy tego samego dnia. Ludzie na Sri Lance są bardzo mili ale jeżeli chodzi o wsiadanie do pociągu dobre maniery znikają. Kiedy wsiadaliśmy do drugiego pociągu (był pusty, podstawiany), wszyscy rzucili się do środka, miedzy żebrami poczułem łokcie, na stopach buty, a na plecach ręce i pięści, które wpychały do środka, czasami ciągnęły do tyłu i w bok, aż w końcu ta fala posadziła mnie na siedzeniu ( trwało parę sekund). Gdy prawie wszyscy posadzili swoje pupy na siedzeniach, ludzie zaczęli się cieszyć i uśmiechać jakby nic się wcześniej nie stało (do wesela się zagoi). Przeżyliśmy też wsiadanie do jadącego pociągu (okazało się, że to nie ten), co z dużym i małym plecakiem na garbie nie jest proste.

DSC_0002  DSC_0029  DSC_0145

W Colombo znaleźliśmy się trochę później niż myśleliśmy, ze względów fizjologiczny. Podróż, która miała trwać 1,5 h zajęła nam ponad 8 h. Zatrzymaliśmy się w Mount Lavinia. Następnego dnia zwiedzaliśmy stolicę, która na samym początku nie wyglądała zachęcająco. Znów bieda, watahy wygłodniałych ,smutnych psów, ludzie żebrzący na ulicy (bez kończyn, słoniowate nogi, wielkie gule na twarzach), ŻAL DUPĘ ŚCISKA!!!To był chyba pierwszy kraj w Azji, kiedy ktoś poprosił mnie o papierosa (kosztują tyle co w Polsce) i żebrał o pieniądze. Ludzie są dużą atrakcją kraju (mili, sympatyczni, uśmiechnięci). Najczęściej słyszysz How are you? Where are you from? Whats your name? Do centrum pojechaliśmy autobusem, który był strasznie wypchany ludźmi, bez klimatyzacji, no ale cóż trzeba wytrzymać, jeżeli chce się poznać tutejsze życie. Naszym celem było znalezienie transportu morskiego ze Sri Lanki do Indii. Byliśmy w porcie, gdzie powiedziano nam, że jest to niemożliwe i odesłali nas do biura logistycznego, które mieściło się w World Trade Center, niestety tam mimo wielkich starań jednego z pracowników (prawdopodobnie szefa oddziału) nie udało się niczego znaleźć. Centrum miasta wyglądało dużo lepiej, wysokie wieżowce wyrastające jak grzyby po deszczu miedzy starymi budynkami robiły wrażenie. Dookoła nas ciągle krążyły Tuk Tuki, kierowcy wyciągali głowy i pytali where are you going my friend, TAXI!!! Tak co kilka metrów. Po dłuższym czasie zaczynałem czuć się jak niepełnosprawny, który nie może przejść kilku metrów i potrzebuję wózka. Spragnieni kultury, zwiedzaliśmy miejskie świątynie (buddyjskie, muzułmańskie, katolickie, hinduskie). Największe wrażenie zrobiła na nas hinduska świątynia Shri Ponnambalawaneswaram Kovil, była otoczona białym murem skrywając w środku surowe, kamienne posągi i korytarze. Wszystko było oświetlone, żółtymi lampami, gdzieniegdzie siewcami, a w powietrzu unosił się zapach kadzideł.

DSC_0257 DSC_0271  DSC_0278

Po dawce sztuki i architektury postanowiliśmy zaspokoić nasze pragnienie i głód. Nasze brzuchy zaprowadziły nas do restauracji Dilmah. Naleśniki, a przed wszystkim  herbaciane szejki bardzo nam smakowały. Można powiedzieć, że przez nie przegapiliśmy zachód słońca nad oceanem. Kiedy znaleźliśmy się nad brzegiem pomarańczowy kolor leciutko zachodził na białe chmury, które unosiły i znikały w miejscu gdzie woda łączyła się z niebem. Niebo stało się czarne, a promenadę oświetlały nam latarnie, stragany i kolorowe zabawki. Nad naszymi głowami latały latawce puszczane przez dzieci, od strony morza do naszych uszu wdzierał się szum oceanu i fal rozbijających się o nabrzeże. Dookoła czuć było owoce morza i wadi, na które się skusiliśmy.

DSC_0323  DSC_0325 DSC_0326

Wracając do naszego hotelu, zmęczeni po całym dniu spędzonym na mieście nad naszymi głowami zaczęły przelatywać małe i duże stwory. Co to ?? kruki, mewy, nie to były wielkie GACKI, niektóre z tych nietoperzy przy całej rozpiętości skrzydeł miały około 60 -70 cm.  Co i tak okazało się niczym w porównaniu z tym co widzieliśmy w Kandy (miejscowość, do której pojechaliśmy później).

DSC_0328  DSC_0337  DSC_0344

Kandy nas nie rozpieszczało, ciągłe ulewy i problemy z wizami do Indii. Przez cały nasz pobyt padało, co przeszkodziło nam w zobaczeniu miejscowych atrakcji (ząb Buddy i świątynia na górze). Najważniejsze dla nas było załatwienie wiz do Indii, stwierdziliśmy, że żadne burze, błoto, kałuże nam w tym nie przeszkodzą. Wypełniliśmy wnioski on-line i zrobiliśmy zdjęcia w formacie takim jak było na stronie w ambasadzie. Gdy byliśmy w ambasadzie powiedziano nam, że wnioski, muszą być poprawione i zdjęcia zmienione. Skierowano nas do biura na dole, gdzie obsługiwali nas młodzi chłopcy, którym się nie spieszyło (co w tym kraju jest chyba normalne, czasami ma to swoje uroki). Zaczęli zmieniać nasze wnioski ,pisząc w nich nieprawdę, kiedy zwróciliśmy im uwagę mówili, że nie, nie tak jest dobrze. Stwierdziliśmy, że ok. Oczywiście za usługę trzeba dodatkowo zapłacić, więc zaczęło nas już trochę nosić. Na szczęście później okazało się, że opłata za wizę została zniesiona, co nas bardzo ucieszyło. Na wizy musieliśmy czekać 7 dni roboczych, więc zdecydowaliśmy się na wyjazd z deszczowego miasta.  Każdego wieczoru w Kandy, na niebie pojawiały się hordy nietoperzy, które emigrowały z zachodu na wschód. Widok jak z ostatniego Batmana. Opuściliśmy Kandy po 4 dniach leniuchowania i ruszyliśmy w kierunku gór.

DSC_0311  DSC_0308  DSC_0317