alappuzha – kurast z diablo II i kanały black water

Z Munnaru pojechaliśmy autobsem do Kottayam, gdzie przesiedliśmy się na łódź, która dowiozła nas do Alappuzy. Nasza niebieska łajba wypełniona była dziećmi, które właśnie skończyły zajęcia w szkole. Przez całą podróż małe gnojki biegały po pokładzie, krzyczały, płakały – prawdziwa szkolna wycieczka. Asia znalazła małego, hinduskiego modela, który był przeszczęśliwy, kiedy robiła mu zdjęcia. Oczywiście, zabawa ustała gdy, jeden z chłopców rozwalił sobie tył głowy, tubylcy chcieli dzieciakowi wycierać ranę szmatą, którą zamoczyli wcześniej w zasyfionej rzece, którą płynęliśmy. Ja wyciągnąłem szybko bandaż z plecaka, a Asia plaster i zaczęła zakładać młodemu opatrunek.

Płynęliśmy czarnymi wodami kanałów, na których rosło dużo zieleni i pływały śmieci (worki, puszki, japonki itp.) Otaczały nas palmy, a między nimi co jakiś czas, wyrastał domek z małym pomostem i przycumowaną mała łódeczką. Nad głowami latały czarne ptaki (chyba wrony), a dookoła nas pływały inne statki turystyczne i prywatne. Nad brzegami kanałów, panie robiły pranie, trzepiąc mokrymi ciuchami o pobliskie kamienie, niektóre z nich brały również kąpiel, myły naczynia. Panowie, łowili ryby, używając prostych wędek (kij, żyłka, haczyk), a niektórzy pływali i bawili się w wodzie, do której trafiał mocz i odchody z łodzi i z pobliskich rur.

Na przystani wychaczył nas tubylec o czarnych dredach i zaproponował nocleg (był nam polecany w poprzednim miejscu w Munnarze). Po drodze dowiedzieliśmy się, że jakiś czas temu podróżował po Europie i był też w naszym ojczystym kraju. Brama naszego guest housu pomalowana była, na typowe „Bob Marleyowe” kolory (czerwony, żółty, zielony). Chłopaki, z obsługi byli bardzo mili i zeszli nam trochę z ceny. Wieczorem poszliśmy do centrum miasta, gdzie znaleźliśmy miejscową restaurację Hot Kitchen, jedzenie było bardzo dobre.

Następnego dnia, przyszedł czas na zwiedzanie miasta. Alappuzha wyglądała tak, jakby swoje lata świetności miała już za sobą. Wiele poniszczonych budynków, zarośnięte kanały, które otaczają całe miasto. Stare, obdrapane ściany, porastające mchem, zniszczone pomosty, pozatapiane małe łódki, to wszystko przypominało mi Kurast z aktu 3 Diablo II (gra). Kiedy przechadzałem się brzegiem, co jakiś czas zaczepiał mnie właściciel łodzi, który proponował wycieczkę po kanałach za 1000 rupi ( wcześniej płynęliśmy tramwajem wodnym przez 2h za 18 rupi), kiedy mówiłem dziękuje, proponowany był haszysz. Jak to zawsze dobrze zrobić, zgubiłem się w mieście, dzięki temu trafiłem na cmentarzysko łodzi i do małej wioseczki, w której wszyscy się uśmiechali i zagadywali po angielsku.

Wieczory, spędzałem gównie na samej górze naszego guest housu. Zadaszone pomieszczenie, w którym znajdywała się kuchnia, pralka, stoły przy, których siedzieli goście. Dookoła było porozwieszane pranie, a na ścianach wisiały plakaty Boba Marleya, któremu towarzyszyły wydziergana na materiale słonie. Na stole, znajdywały się fajki do palenia haszu, czaski zwierząt i innego rodzaju potrzebne narzędzia. Wieczorami zbierali się tam ludzie, którzy grali w różnego rodzaju gry planszowe, pili piwo, wymieniali się informacjami i doświadczeniami z podróży. W powietrzu unosił się zapach palonego haszyszu, a z głośników wydobywał się dźwięk indiańskiej muzyki, która czasami mieszała się z Red Hot Chili Peppers. Wszyscy cieszyli się z towarzystwa, malutkiego, białego kota, którego nazywałem Filemonem. Maluch jadał strasznie dużo, pewnie za jakiś czas wyrośnie na wielkiego tygrysa bengalskiego, niestety nocami często miałczał do księżyca, co utrudniało zaśnięcie.

Przez kolejne dni, tułałem się po różnych częściach miasta. Ulice wypełnione były straganami z jedzeniem, owocami, przyprawami gdzie sprzedawcy podsuwali je prawie pod nos namawiając do zakupów, co kilka metrów znajdował się sklep ze złotymi wyrobami, które są w Indiach bardzo popularne. Fajnym miejscem okazała się przystań, gdzie cumowały większe statki dla turystów, niektóre z nich były przerobione na hotele, a między nimi tubylcy brali kąpiele. W czasie tej wycieczki, chodząc, cienkimi, piaszczystymi uliczkami, poznałem miejscowego chłopaka, który opowiadał mi o tutejszych kontaktach z kobietami i kulturze aranżowania małżeństw, nie obeszło się oczywiście o zaproponowanie mi haszyszu.

Po długim dniu udałem się na górę hotelu i poznawałem innych turystów. Najdłużej przesiedziałem jednak z rumuńską parą. Siedzieliśmy sobie przy zimnym piwie, rozmawiając o Nepalu, który strasznie zachwalali, ale nie obeszło się oczywiście bez tematów politycznych na temat Ukrainy. Po miłym wieczorze udałem się na spoczynek, następnego dnia pojechaliśmy do Kochi.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *