chochin – sieci rybackie i walka z insektami

Dojechaliśmy na zachodnie wybrzeże Indii. Chochin przywitał nas żarzącym słońcem, chodziliśmy z plecakami od hostelu do huest housu ale w wielu z nich nie było nikogo z obsługi, po drodze natknęliśmy się na kierowcę Tuk tuka, który zaproponował nam tani nocleg. Za pokój zapłaciłem 300 rupi, jak do tej pory był to najtańszy nocleg w Indiach. Moje lokum było niestety bardzo duszne i nawet gówniany wentylator nie pomagał, wiec często chodziłem z mokrym ręcznikiem na głowie. Każdego wieczoru przemieniałem się w bezwzględnego rycerza, uzbrojony w tarczę (sprej przeciwko komarom), miecz (różowa szczotka do kibla), hełm (biały mokry ręcznik), stawiałem opór atakującym mnie komarom i karaluchom (z rana zawsze znikały zwłoki tego drugiego).

Kiedy zdecydowałem się opuścić pokój wybrałem się w kierunku plaży. Nie była piękna, nie spodziewałem się rewelacji, bo Chocin to miasto portowe. Na białym piasku, gdzieniegdzie rosła trawa, na której znajdywały się „skarby” wyrzucone przez morze (buty, japonki, owoce, butelki po lekach). Można by śmiało stwierdzić, że byłem w galerii handlowej: apteka, sklep z butami, spożywczy. Tubylcom jednak to nie przeszkadzało, kąpali się w oceanie, puszczali latawce i grali w cricket. Wzdłuż plaży rozłożone były sieci rybackie na wielkich bambusowych kijach, można by dodać trochę ozdób i wyglądałby jak łapacze snów. Obok deptaku, po którym chodziło dużo turystów, znajdowało się dużo straganów, z lodami, kolorowymi lodami, słodyczami i świeżymi, śmierdzącymi rybami.

W parku zobaczyłem kolorowe drzewo, było pomalowane wszystkimi kolorami tęczy, może jeszcze innymi, paszcze zwierząt widniały na każdej gałęzi i spoglądały w różne strony. Kilka metrów dalej znajdował się budynek z plakatami (prawdopodobnie malowane przez dzieci), na których były postacie z Palestyny, nawołujące to pokoju, obrazki przedstawiające szkodliwość palenia. Idąc dalej przedzierałem się przez warstwy turystów, przez chwilę stałem się częścią korku ulicznego, gdzie ludzie na motorach i skuterach czekali na prom. Maszerując przed siebie, słuchając „Born to be wild” Steppewolf w oddali ujrzałem białą dziewczynę, która macha w moim kierunku. Z początku myślałem, że to pewnie nie do mnie, odwróciłem się za siebie, patrząc czy nie ma za mną jakiś innych białych, ale nie było. Nagle usłyszałem Kazik, Kazik !!! przyjrzałem się, a to była Ewelina, koleżanka, z dawnych lat. Uściskaliśmy się, przywitałem się z jej chłopakiem Michałem, przez jakiś czas nie mogliśmy w to uwierzyć. Podekscytowani, poszliśmy dalej razem i rozmawialiśmy o przygodach, które nas spotkały i przyszłych planach podróży. Usiedliśmy na jednej z ławek, gdzie kontynuowaliśmy naszą rozmowę, kiedy w pewnym momencie grupa przechodzących tubylców, zapytała się czy nie mogą zrobić sobie z nami zdjęcia, nie zdążyliśmy odpowiedzieć, a już zaczęli się do nas dosiadać , obejmować, jeden robił zdjęcie, żeby zaraz się zmienić z kolegą. Nie był to pierwszy i pewnie nieostatni raz, stwierdziłem, że mógłby być to dobry zarobek, wystawiając kratkę z napisem 10 rupi za zdjęcie z białasem. Po długim dniu wybraliśmy się na wspólną kolację do której dołączyła Asia. Zjedliśmy Dosy, owoce morza i inne dobroci serwowane w tutejszej kuchni. Umówiliśmy się na następny dzień i z Asią zaczęliśmy wracać do naszego guest housu PARADISE (wciąż nie mogę uwierzyć, że tak nazwali to miejsce). Po drodze mijaliśmy jakiś obrządek. Kobiety były ubrane w biało-złote siri, a u ich stóp, leżały świece na metalowych podstawkach, towarzyszyli im panowie, którzy nieśli mały ołtarzyk ozdobiony w żółte wieńce, kiedy panie, podniosły świece do góry, wszyscy ruszyli i zaczęli śpiewać. Ruszyliśmy żwawym krokiem, bo chcieliśmy zdążyć na finał siatkówki. Niestety nie było możliwości obejrzenia meczu na żywo, więc śledziliśmy mecz na Onecie. BRAWO POLACY !!! Byłem tak szczęśliwy, że do 4.30 nie mogłem zasnąć albo przez to, że było tak gorąco w pokoju.

Następnego dnia wybrałem się na zwiedzanie miejscowych zabytków. Kościół katolicki, nie zrobił na mnie większego wrażenia, nie miał szans równać się z europejskimi budowlami. Holenderski cmentarz okazał się zamknięty, był bardzo mały więc wszystko dało się zobaczyć przez bramę. Stare, szaro-czarne, porośnięte mchem nagrobki, wyglądały jak zabetonowane trumny, a dookoła rosły drzewa, wszystko to otoczone było kamiennym murem. Po drodze do synagogi mijałem boisko, gdzie młodzi hindusi, grali w hokeja na trawie (tylko, że na piasku) i w cicketa. Dojście do żydowskiej świątyni zajęło mi trochę czasu. Każdy tubylec, mówił coś innego, a ja krążyłem w kółko, w końcu stwierdziłem, że czas skorzystać z GPS-u, zostałem zlokalizowany i ruszyłem w kierunku wskazane przez urządzenie. Po drodze mijałem restaurację, w której ujrzałem Ewelinę i Michała, byliśmy jak magnesy, które się przyciągają. Zostawiłem ich na chwilę, ruszyłem w kierunku zabytku. Gdy zbliżałem się do celu, uliczka robiła się węższa, napisy na budynkach były po hebrajsku, kiedy miejscowi sprzedawcy mnie zobaczyli, rzucili się na mnie jak hieny na widok padliny. Szybko sobie z nimi poradziłem i przed moimi oczami zobaczyłem biały budynek, z dużą bramą na której znajdywały się gwiazdy Dawida wraz ze menory, oczywiście tablica z napisem informującym, że zwiedzanie do 17, spóźniłem 5 min. Wróciłem do znajomych, razem poszliśmy coś zjeść, chwilę później do wieczerzy dołączyli Olek z Asią. Umówiliśmy się na następny dzień na dojazd autobusem na lotnisko. Ewelina z Michałem mieli lot do Kuala Lupur 0 23.30, a my do Mumbaju o 22.00.

Na przystanku okazało się, że autobus nam uciekł, ale niedługo powinien być następny. Nasz środek transportu nas zaskoczył, czysty, klimatyzowany, w miarę nowy autobus jak na Indyjskie warunki – 5 gwiazdek. Pan kanar skasował nas za bilety, ale zaraz wrócił, kazał nam zapłacić dodatkowo za bagaże (nikt z nas nigdy w tym kraju, za bagaż nie płacił), kiedy się nie zgodziliśmy na pierwszą cenę pan zaczął ją obniżać, wtedy stwierdziliśmy, że już chce na białaskach zarobić. W końcu nie zapłaciliśmy nic, a kanar z naburmuszoną miną odszedł. Z każdym przystankiem robiło się tłoczniej. W którymś momencie szarpnęło i na mojej ręce wylądowała ręka starszego kolesia. Ok, trzeba się za coś złapać, stwierdziłem, ale jego ręka pogłaskała mnie delikatnie, spojrzałem na kolesia wzrokiem ala CO PAN?! Chwilę później jego ręka dłoń wylądowała na moim kroczu, chwyciłem za rękę, zdjąłem ją ze mnie i ścisnąłem mówiąc do niego głośniej ? EJ, WHAT ARE YOU DOING? Facet się wyrwał podniósł ręce do góry, powiedział SORRY SORRY i zniknął w tłumie. Doświadczyłem  pierwszego molestowania w Indiach, Michał stwierdził, że na północy dzieje się to częściej, a Ewelina opowiedział historie o starej kobiecie, która się obudziła w pociągu z dwiema różnymi rękami na piersiach. Później zaczęliśmy przytaczać historie z wiadomości na tamat molestowania, gwałtów w Indiach. Na lotnisku spędziliśmy trochę czasu razem, a później wsiedliśmy do samolotów i pofrunęliśmy w przeciwnych kierunkach.

2 thoughts on “chochin – sieci rybackie i walka z insektami

  1. Hi! This is kind of off topic but I need some guidance from an established
    blog. Is it very hard to set up your own blog?
    I’m not very techincal but I can figure things
    out pretty fast. I’m thinking about making my own but I’m not sure where to
    begin. Do you have any tips or suggestions?
    Appreciate it

    • start on worlpress, this is how i started. It’s easy, a lots of skin to choise, you don’t must program, ofcours there is option for advanced.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *