colombo, kandy – łokcie w żebrach i noce nietoperzy.

Dolecieliśmy o 23:00 na Sri Lankę. Odprawa paszportowa trwała wieki, a my jeszcze trafiliśmy na najbardziej powolnego człowieka na całym lotnisku (powrót do granicy Birmy z Tajlandią), wiedzieliśmy, że dzisiaj noclegu już nie znajdziemy. Pierwszą noc spędziliśmy na lotnisku  w Colombo pijąc Whisky i śpiąc na krzesłach w jedynej restauracji. Wstaliśmy wczesnym rankiem i szukaliśmy autobusu, który dowiezie nas do Nagombo. Trwało to strasznie długo, nie mogliśmy nic znaleźć, każdy z miejscowych mówił o innym miejscu przystanku. Zmęczeni i połamani po nie przespanej nocy, spoceni od grzejącego słońca, które raczyło nas zaatakować bladym świtem, wsiedliśmy do przepełnionego autobusu po godzinie poszukiwań.

Nasz guest house znajdował się przy plaży, więc długo się nie zastanawiając, wciągnęliśmy na siebie spodenki do kąpieli i poszliśmy pływać. Pomarańczowy, ciepły piasek zachęcał nas do kąpieli. Fale oceanu Indyjskiego były duże i silne, chyba największe jakie do tej pory widziałem ON MY OWN EYES, kiedy nas objęły nie chciały  wypuścić na ląd. Było to całkiem przyjemne, ale muszę przyznać, że kilka razy byłem przestraszony, jak wyrzuciły mnie trochę głębiej w ocean. Rano obudziło nas wschodzące słońce i szum oceanu zaa okna. Z tarasu widać było palmy z kokosami pomarańczowego koloru, które stały się łupem miejscowego murzynka, wdrapującego się na nie z gumą zaczepioną między nogami trzymającego maczetę w ustach. Nie byliśmy jednak zachwyceni tym miejscem, zdecydowaliśmy się jak najszybciej dostać do stolicy kraju.

DSC_0142  DSC_0143  DSC_0173

Zaczęła się nasza przygoda z tutejszymi pociągami, muszę przyznać, że jest to przeżycie. Pociągi są przepełnione i poruszają się bardzo powoli. Masz do wyboru 1,2 i 3 klasę, bilety można kupić teoretycznie wcześniej ale zazwyczaj słyszysz, że nie ma miejsc. Jeżeli uda ci się kupić bilet na pierwszą klasę to jesteś wybrańcem, nam się nie udało. Najczęściej bilety kupowaliśmy tego samego dnia. Ludzie na Sri Lance są bardzo mili ale jeżeli chodzi o wsiadanie do pociągu dobre maniery znikają. Kiedy wsiadaliśmy do drugiego pociągu (był pusty, podstawiany), wszyscy rzucili się do środka, miedzy żebrami poczułem łokcie, na stopach buty, a na plecach ręce i pięści, które wpychały do środka, czasami ciągnęły do tyłu i w bok, aż w końcu ta fala posadziła mnie na siedzeniu ( trwało parę sekund). Gdy prawie wszyscy posadzili swoje pupy na siedzeniach, ludzie zaczęli się cieszyć i uśmiechać jakby nic się wcześniej nie stało (do wesela się zagoi). Przeżyliśmy też wsiadanie do jadącego pociągu (okazało się, że to nie ten), co z dużym i małym plecakiem na garbie nie jest proste.

DSC_0002  DSC_0029  DSC_0145

W Colombo znaleźliśmy się trochę później niż myśleliśmy, ze względów fizjologiczny. Podróż, która miała trwać 1,5 h zajęła nam ponad 8 h. Zatrzymaliśmy się w Mount Lavinia. Następnego dnia zwiedzaliśmy stolicę, która na samym początku nie wyglądała zachęcająco. Znów bieda, watahy wygłodniałych ,smutnych psów, ludzie żebrzący na ulicy (bez kończyn, słoniowate nogi, wielkie gule na twarzach), ŻAL DUPĘ ŚCISKA!!!To był chyba pierwszy kraj w Azji, kiedy ktoś poprosił mnie o papierosa (kosztują tyle co w Polsce) i żebrał o pieniądze. Ludzie są dużą atrakcją kraju (mili, sympatyczni, uśmiechnięci). Najczęściej słyszysz How are you? Where are you from? Whats your name? Do centrum pojechaliśmy autobusem, który był strasznie wypchany ludźmi, bez klimatyzacji, no ale cóż trzeba wytrzymać, jeżeli chce się poznać tutejsze życie. Naszym celem było znalezienie transportu morskiego ze Sri Lanki do Indii. Byliśmy w porcie, gdzie powiedziano nam, że jest to niemożliwe i odesłali nas do biura logistycznego, które mieściło się w World Trade Center, niestety tam mimo wielkich starań jednego z pracowników (prawdopodobnie szefa oddziału) nie udało się niczego znaleźć. Centrum miasta wyglądało dużo lepiej, wysokie wieżowce wyrastające jak grzyby po deszczu miedzy starymi budynkami robiły wrażenie. Dookoła nas ciągle krążyły Tuk Tuki, kierowcy wyciągali głowy i pytali where are you going my friend, TAXI!!! Tak co kilka metrów. Po dłuższym czasie zaczynałem czuć się jak niepełnosprawny, który nie może przejść kilku metrów i potrzebuję wózka. Spragnieni kultury, zwiedzaliśmy miejskie świątynie (buddyjskie, muzułmańskie, katolickie, hinduskie). Największe wrażenie zrobiła na nas hinduska świątynia Shri Ponnambalawaneswaram Kovil, była otoczona białym murem skrywając w środku surowe, kamienne posągi i korytarze. Wszystko było oświetlone, żółtymi lampami, gdzieniegdzie siewcami, a w powietrzu unosił się zapach kadzideł.

DSC_0257 DSC_0271  DSC_0278

Po dawce sztuki i architektury postanowiliśmy zaspokoić nasze pragnienie i głód. Nasze brzuchy zaprowadziły nas do restauracji Dilmah. Naleśniki, a przed wszystkim  herbaciane szejki bardzo nam smakowały. Można powiedzieć, że przez nie przegapiliśmy zachód słońca nad oceanem. Kiedy znaleźliśmy się nad brzegiem pomarańczowy kolor leciutko zachodził na białe chmury, które unosiły i znikały w miejscu gdzie woda łączyła się z niebem. Niebo stało się czarne, a promenadę oświetlały nam latarnie, stragany i kolorowe zabawki. Nad naszymi głowami latały latawce puszczane przez dzieci, od strony morza do naszych uszu wdzierał się szum oceanu i fal rozbijających się o nabrzeże. Dookoła czuć było owoce morza i wadi, na które się skusiliśmy.

DSC_0323  DSC_0325 DSC_0326

Wracając do naszego hotelu, zmęczeni po całym dniu spędzonym na mieście nad naszymi głowami zaczęły przelatywać małe i duże stwory. Co to ?? kruki, mewy, nie to były wielkie GACKI, niektóre z tych nietoperzy przy całej rozpiętości skrzydeł miały około 60 -70 cm.  Co i tak okazało się niczym w porównaniu z tym co widzieliśmy w Kandy (miejscowość, do której pojechaliśmy później).

DSC_0328  DSC_0337  DSC_0344

Kandy nas nie rozpieszczało, ciągłe ulewy i problemy z wizami do Indii. Przez cały nasz pobyt padało, co przeszkodziło nam w zobaczeniu miejscowych atrakcji (ząb Buddy i świątynia na górze). Najważniejsze dla nas było załatwienie wiz do Indii, stwierdziliśmy, że żadne burze, błoto, kałuże nam w tym nie przeszkodzą. Wypełniliśmy wnioski on-line i zrobiliśmy zdjęcia w formacie takim jak było na stronie w ambasadzie. Gdy byliśmy w ambasadzie powiedziano nam, że wnioski, muszą być poprawione i zdjęcia zmienione. Skierowano nas do biura na dole, gdzie obsługiwali nas młodzi chłopcy, którym się nie spieszyło (co w tym kraju jest chyba normalne, czasami ma to swoje uroki). Zaczęli zmieniać nasze wnioski ,pisząc w nich nieprawdę, kiedy zwróciliśmy im uwagę mówili, że nie, nie tak jest dobrze. Stwierdziliśmy, że ok. Oczywiście za usługę trzeba dodatkowo zapłacić, więc zaczęło nas już trochę nosić. Na szczęście później okazało się, że opłata za wizę została zniesiona, co nas bardzo ucieszyło. Na wizy musieliśmy czekać 7 dni roboczych, więc zdecydowaliśmy się na wyjazd z deszczowego miasta.  Każdego wieczoru w Kandy, na niebie pojawiały się hordy nietoperzy, które emigrowały z zachodu na wschód. Widok jak z ostatniego Batmana. Opuściliśmy Kandy po 4 dniach leniuchowania i ruszyliśmy w kierunku gór.

DSC_0311  DSC_0308  DSC_0317

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *