ellora – małpy strażnicy i kamienne świątynie

Góry, strażnice i zieleń, królowały w otaczającym nas krajobrazie podczas podróży do Ellory. Świątynie wydrążone w miejscowych górach, zrobiły na mnie ogromne wrażenie. Kiedy dojechaliśmy, miejscowi proponowali nam swoje usługi i produkty, z których zrezygnowaliśmy. Zapłaciliśmy za wejście 200 rupi (cena dla białasów) i poszliśmy zwiedzać.

Zaczęliśmy zwiedzać od numeru 16 (co było, złym wyborem, budowla byłą najładniejsza). Świątynia, wyglądała niesamowicie duża, pełna malowideł, płaskorzeźb, rzeźb słoni i hinduskich bogów, którzy nie spuszczali nas z oczu niczym „Dama z łasiczką” Leonara Da Vinciego. Chodziliśmy po surowych pomieszczeniach koloru szarego, których sufity podtrzymywały kolumny, w wydrążonymi napisami lub płaskorzeźbami. Roiło się oczywiście od turystów i nie zabrakło mnichów odzianych w pomarańczowe szaty, korzystających z urządzeń współczesnej techniki ( komórek, i padów). Jaskinia numer 10 była drugą najlepszą. Na końcu jaskini siedział wielki kamienny Budda, przed nim znajdowała się pusta przestrzeń, której boki wypełniały wysokie kolumny, na suficie znajdowały się wydrążone poprzeczne paski, które przecinał jeden poziomy, wyglądało to jak szkielet wieloryba, a ja czułem się jak Pinokio, którego właśnie połknął. Zwiedzieliśmy resztę świątyń, ale żadna nie była już tak imponująca. Cały kompleks wygląda niesamowicie, na pewno warto jest tam pojechać.

W drodze powrotnej, podziwialiśmy małpy, które były wszędzie, na drzewach, samochodach, ulicy. Prawdziwi strażnicy świątyń – geneza planety małp. Jedna z kobiet starał się nam sprzedać banany, żeby je nakarmić ale zrezygnowaliśmy. Olek zaczął wydawać z siebie dziwny dźwięk, który zdenerwował jednego z futrzaków (pokazał nam swoje żółte, ostre, cienkie jak igły zęby), po ostrzeżeniu udaliśmy się do wyjścia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *