haputale – tuk tuk i hakuna matata.

Po ciężkiej, długiej podróży w pociągu dotarliśmy do Haputale. Już na stacji zaczepił nas jeden tubylec, który zaproponował bardzo dobrą cenę noclegu, wraz z podwózką. Po krótkiej naradzie zdecydowaliśmy się zaufać facetowi i ruszyliśmy białym vanem do guest housu.

DSC_0191  DSC_0193 DSC_0202

Przyjechaliśmy na miejsce, widok zielono żółtych piersi wyrastających w dolinie był niesamowity. Właściciel przyniósł nam trzy krzesła i stolik, na którym chwilę później znalazła się imbirowa herbata podana w porcelanie wraz z cytrynowymi herbatnikami. Biorąc kolejne łyki ciepłego napoju, czułem się jak królowa Elżbieta spoglądając na swoje wielkie imperium. Lekki niedosyt sprawił, że postanowiłem, wykorzystać resztkę swojej srilankowej whyski, tak właśnie powstał bardzo dobry drink (whyski z imbirową herbatą). Po zainstalowaniu się w pokoju udaliśmy się do miasta na zakupy. Nie mogliśmy się doczekać domowej kolacji, na którą daliśmy się namówić. O godzinie 7 usiedliśmy do suto zastawionego stołu. Kiedy zacząłem jeść, moja ręka zamieniła się w maszynę i zaczęła wiosłować, przez chwilę nie było nic innego oprócz jedzenia, wszystko dookoła zamilkło. Przeróżne smaki zaczęły łechtać moje kubki smakowe, dostarczając mi oralnej przyjemności. Kiedy skończyliśmy, czułem się jakbym zaszedł w ciążę spożywczą. Udaliśmy się na relaks, posadziliśmy nasze tyłki w fotelach, które były zwrócone w stronę gór. Djaus ( hinduski bóg nieba) rozwinął nam prześcieradło czarnego nieba z drogą mleczną i gwiazdami. Siedzieliśmy tak przyssani do naszych butelek Liona, poczułem się jak Simba, któremu towarzyszyli Timon (Asia) i Pumba (Olek). Nasze oczy wpatrywały się w gwieździste niebo, a z naszych ust wydobywały się słowa Hakuna Matata, Hakuna MAtata. Mgła koloru mleka zalała dolinę niczym Tsunami, a następnie zniknęła pozostawiając po sobie tylko mroźne powietrze.

DSC_0190 DSC_0205 DSC_0292

Następnego ranka wstaliśmy wypoczęci, nie mogliśmy się doczekać przejażdżki Tuk Tukiem, którego zdecydowaliśmy się wynająć zeszłego wieczoru. Nasz czerwony, blaszany, rozklekotany gruchot był nie lada wyzwaniem dla Olka. Już przy jeździe próbnej samochód zgasł, były problemy ze sprzęgłem i przednią opona była bardziej łysa niż głowa Józefa Oleksego. Aleksander, jak przystało na wielkiego wojownika, nie zawahał się i podjął zadania. Ruszyliśmy górzystą, krętą, dziurawą drogą w stronę fabryki herbaty Dambatenne i Lipton seat (miejsce gdzie sir Lipton siedział kontemplował). W fabryce pokazali nam jak powstaje herbata, różne rodzaje, trochę historii itp. Całość wyniosła nas 200 rupii na głowę. Później pojechaliśmy na sam szczyt, z którego obserwowaliśmy plantacje herbaty i małe wioseczki, które wyrastały miedzy nimi. Kiedy zjeżdżaliśmy, zatrzymaliśmy się w jednym miejscu, żeby przepuścić inny samochód, nagle naszego czerwonego gruchota ze wszystkich stron obskoczyły dzieci ubrane w białe uniformy, wracające ze szkoły. Money please !!! Mówiliśmy, że nie mamy. Powiedziałem, że mam banany więc młodziaki rzuciły się na nie. Olek się wkurzył bo dzieciaki zaczęły przyciskać guziki w pojeździe i stwierdził, że trzeba spadać. Tego dnia musieliśmy zobaczyć jeszcze jedno sanktuarium. Gdy dojechaliśmy na miejsce zostawiliśmy nasz powóz i zaczęliśmy zwiedzać. Po powrocie zobaczyliśmy naszego Tuk tuka,  w którym buszowały małpy. Skubane, szare sierściuchy okradły nas ze wszystkich bananów, a na nasz widok tchórzliwie uciekły w las.

DSC_0209 DSC_0239 DSC_0261

Kolejnego dnia wybraliśmy się na wędrówkę po torach kolejowych. Cofnęliśmy się jedną stację i maszerując szukaliśmy pań zbierających liście herbaty, których niestety nie było nam dane zobaczyć. Po 7 km wróciliśmy do miasta gdzie zrobiliśmy zakupy na resztę słonecznego dnia. Nasz gospodarz był wiekowym człowiekiem, który kulał na jedną nogę. Pan o ciemno brązowej skórze, mierzący 1,60 m w kapeluszu, dostarczał nam dużo radości (możliwe, że to przez piwko, jak kończyła się butelka to zawsze mówił, że w lodówce jest więcej lub, że zaraz przyniesie). Zawsze uśmiechnięty odpowiadał  OK, OK, OK zupełnie jak Christian Clavier grający „Goście, Goście” Jacquouille.  Haputale, małe miasteczko pośrodku plantacji herbaty dostarczyło nam dużo zabawy i niezapomnianych chwil, a dzielnemu Olkowi odcisków na dłoniach.

DSC_0272 DSC_0280  DSC_0293

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *