hikkaduwa, unawatuna – rafa koralowa i pełnia księżyca

Dostaliśmy wizy do Indii i pojechaliśmy do Hikkaduwy. Dość szybko, znaleźliśmy nocleg i poszliśmy zobaczyć wybrzeże. Piaszczysta plaża, wysokie palmy z wielkimi zielonymi liśćmi i koksami, które stawały się wieczorem domem dla zielonych papug, piękna woda spowodowały, że zostaliśmy tutaj do końca pobytu na Sri Lance. Miasteczko typowo turystyczne, wzdłuż ulicy przeplatają się stragany, z maskami, kostiumami, sprzętem do nurkowania i różnymi pamiątkami. Przy plażach hotele, restauracje z zachodnim jedzeniem (z wysokimi cenami). W mieście jak na całej Sri Lance masa rosyjskich turystów, co przyczyniło się do tego, że wiele napisów jest po rusku, czasami nawet menu.

Jednego dnia wypożyczyliśmy maski i nurkowaliśmy w błękitnych wodach oceanu. Rafa została już zniszczona ale na szczęście kolorowe roślinki oplatały podmorskie skały, nie wyglądała jak na filmach przyrodniczych w National Geographic, była nieduża, ale i tak cieszyła oczy. Między skałami pływały różnego rodzaju ryby, widziałem Florka z „Małej Syrenki”, niestety nie dane było mi zobaczyć Nemo. Płynąc dalej natknąłem się na ławicę długich płaskich ryb, których łuski odpijały resztki promieni słonecznych, przepłynąłem obok nich i zobaczyłem, żółwia morskiego o przyzwoitych rozmiarach. Na plaży towarzyszył nam jeden z tubylców, który był instruktorem surfingu i wynajmował nam sprzęt do nurkowania. Zapraszał nas do palenia trawki, opowiadał o tutejszym życiu, mówił co możemy jeszcze zobaczyć w pobliżu. Asia strasznie się poobcierała o rafę, nasz kolega doradził, żeby posmarować to sokiem z limonki. Dziewczynka jak usłyszała, tak zrobiła – ponoć bardzo piecze.

Następnego ranka pojechaliśmy do Unawatuna. Posejdon przywitał nas wielkimi falami, które w czasie kąpieli bardzo nas cieszyły. Były tak samo silne jak w Nagombo, kiedy wchodziło się do wody, nie chciały wypuścić. Po pływaniu, siedliśmy przy barze, strasznie się najadłem, a później przepłukałem sobie gardło złocistym, zimnym, gazowanym napojem. Po jakimś czasie rozdzieliliśmy się i wróciliśmy do naszych hoteli. Dla mnie nie był to jeszcze koniec pięknego dnia. Przy moim guest house spotkałem Katherine, gadająca z kierownikiem i jego kumplem. Dołączyłem się do rozmowy oraz do zabawy z suczką Didi (Katherina, znalazła ją na ulicy, pogryzioną, która później się zaopiekowała). Ta mała zwariowana psina gryzła wszystko co było dookoła, włącznie z moimi palcami i kostkami. Po paru minutach gadki, nagle padło pytanie czy nie chcemy sobie zapalić. Poszliśmy na piętro wyżej i z balkonu oglądaliśmy gwieździste niebo. Były śmiechy, chichy, a później ni stąd ni zowąd, znalazłem się na lekcji historii Sri Lanki i Buddyzmu udzielanej przez rdzennych mieszkańców. Spędziliśmy w czwórkę trochę czasu, utwierdziło mnie to w przekonaniu, że tubylcy są naprawdę fajnymi, sympatycznymi, dobrymi ludźmi.

Nasz plan zobaczenia Galle spłonął na panewce. Słońce wygrało z nami. Po południu wybrałem się na wycieczkę po mieście i ostatnie pływanie w tym cudownym kraju. Kobiety na plaży oczywiście musiały się kąpać w ciuchach DLACZEGO !?!?!? Dziewczęta o ciemnych włosach, pięknych czarnych oczach, nie chciały uchylić kawałka czekoladowego ciałka. Pomyślałem sobie, może to i lepiej, ze dziewczyny chodzą w spodniach, przynajmniej nie widać nieogolonych nóg. Na szczęście na plaży znajdywały się jeszcze turystki, na których można było zawiesić oko. W mieście większość sklepów i restauracji była pozamykana ze względu na pełnię (w czasie pełni buddyści mają wolne). Na ulicach dużo osób handlujących trawką, którzy podchodzili co jakiś czas „you want to smoke? I have the best weed form India”. Wieczorem podszedł do mnie kierownik i zaproponował wspólne palenie przy pełni księżyca. Skład mieliśmy okrojony bo Katherina wróciła do Bonn. Po paru drinkach i chmurze trawy, którą przyjął kierownik, strasznie rozwiązał mu się język wróciliśmy do rozmów o Buddyzmie i  innych religiach, a towarzystwa dotrzymywała nam Didi, która co jakiś czas podgryzała nasze japonki. Wróciłem do pokoju, zacząłem się pakować i powoli żegnać się ze Ceylonem.

W nasz ostatni dzień Sri Lanka żegnała nas po swojemu. Niebo płakało z rana wielkimi kroplami, wieczorem pokazało nam piękny zachód słońca, a tubylcy ściskali nas w pociągach i autobusach tak, że brakowało nam tchu. Kraj jest bardzo ładny, wspaniałe piaszczyste plaże, zwierzęta, góry obrośnięte zielonymi krzakami herbaty błękitna, czysta woda i wspaniali ludzie. Jedzenie bywa ostre dwa razy ale jest przepyszne:), ceny bardzo dobre dla portfela. Transport bywa męczący, bolesny w szczególności autobusowy ale trochę prawdziwego życia Sri Lanki warto spróbować. Jeżeli jesteś facetem, masz małe szanse żeby poderwać tutejsze dziewczyny (z włosami na nogach, rękach i plecach). Nie proponowałbym przyjeżdżać z dziewczyną bo może ciebie zostawić dla tutejszych chłopaków, którzy według Asi są SPOKO. PA PA SRI LANKO!!!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *