kalkudah i trincomalee – rozgrzane plaże i zoo safari

Kiedy dojechaliśmy do Kalkudah zaczął zapadać zmrok. Pierwszy raz na stacji kolejowej nie było Tuk-tuków, nie było dosłownie nic. Do miasta mieliśmy jakieś cztery kilometry, ruszyliśmy wzdłuż nieoświetlonej drogi nie tracąc czasu, musieliśmy znaleźć jeszcze nocleg. Pod drodze mijały nas światła samochodów, a za nami zaczęły zbierać się psy. Postanowiliśmy się szybko uzbroić, na naszych głowach wylądowały czołówki, Olek trzymał w pogotowiu gaz pieprzowy, Asia uzbroiła się w kamienie, a ja wyciągnąłem swój scyzoryk. Byliśmy gotowi do walki niczym trzej muszkieterowie. Szliśmy i szliśmy, a miasta nie było widać, byliśmy już strasznie zmęczeni i marzyliśmy, żeby już się położyć do jakiś niewygodnych łóżek w jakimś tanim, brudnym hotelu. Gdy doszliśmy do miasta złapaliśmy Tuk tuka i poprosiliśmy kierowcę, żeby zawiózł nas do jakiegoś taniego guest housu. Trochę pojeździliśmy ale w końcu znaleźliśmy hotel, który polecała pewna dziewczyna.

Kiedy wstało słońce udaliśmy się na plażę. Żółty, ciepły piasek  i błękitna woda zachęcały nas go kąpieli. W oddali zauważyliśmy skały, które wystawały z wody, a dalej na plaży stały łódki. Udaliśmy się więc na spacer wzdłuż wybrzeża. Słońce grzało, nie chciało odpuścić, a wiatr, który mógłby dodać trochę ulgi zupełnie o nas zapomniał. Na plażach porobiły się getta. Przy kurortach kąpali się sami biali, a na miejskiej plaży roiło się od tubylców. Faceci ubrani w lungi lub spodenki rzucali się do wody, kobiety ubrane w jeansy i podkoszulki, także zero podziwiania brązowego ciałka dla Kazika. Najgorsze było chyba z tego wszystkiego, że wypożyczyłem rower i musiałem go pchać po piasku i w mgnieniu oka moja koszulka była cała mokra.

Po dwóch dniach pojechaliśmy do Trincomalee. Spędziliśmy cztery dni na cudownej plaży. Miasto okazało się być ZOO safari. Po drogach chodziły krowy, na budynkach i na liniach telefonicznych urzędowały małpy, dworzec autobusowy okupowały jelenie z wielkimi porożami, nad głowami fruwały różnego rodzaju, kolorowe ptaki, w nocy na niebie królowały nietoperze, nawet w naszym hotelu mieliśmy naszego pupila- kota, który wchodził ciągle do naszego pokoju. Plaże, po południu świeciły, pustkami, wszyscy chowali się przed rozpalonym słońcem, piasek był strasznie gorący, że ledwo można było po nim stąpać. Chłodziliśmy się w wodach oceanu Indyjskiego, co jakiś czas towarzyszyły nam ryby wyskakujące z wody. Z samego rana mogliśmy zobaczyć jak kilkoro rybaków wyciąga sieci z morza. Dookoła nich zebrało się stado turystów z aparatami i robili sobie zdjęcia z różnymi rybami. Kilka z nich wyglądały naprawdę śmiesznie, długie, grube, kolorowe.  Asia i ja zdecydowaliśmy się na grę w siatkówkę ale gorący piasek nie dawał szans naszym stopom i gra przez siatkę, zmieniła się w piłkę wodną.

DSC_0047 DSC_0001 DSC_0050

Jednego dnia wybraliśmy się na zwiedzanie miejskich zabytków. Na pierwszy ogień poszedł fort i znajdująca się w nim świątynia. Mury fortu były zniszczone, zarośnięte otoczone starymi armatami. W forcie tak jak za dawnych czasów znajdywały się koszary i co kilka kroków mijało się żołnierza z bronią. Na terenie fortyfikacji nie mogło zabraknąć sklepów z pamiątkami, budek z zakąskami i pomarańczowymi kokosami, na które Olek z Asią się skusili. Wziąłem sobie łyka jasnego napoju z pomarańczowej kulki z odcięta góra, po którym stwierdziłem, że nie jest to napój, który przypadł mi do gustu. Ponoć kokosy gaszą pragnienie, a w dodatku są dobre na rozwolnienie. Dotarliśmy do świątyni, która była w remoncie (dosyć często nam się to zdarza). Mimo to wyglądała bardzo ładnie, dookoła rosły ozdobione drzewa, z przodu siedział wielki, złoty Budda, którego otaczały zwierzęta. Z boku znajdował się punkt z widokiem na piękny, niebieski ocean z mała zatoczka, po której pływał motorówki. Kiedy ruszyliśmy to wyjścia po drodze natrafiliśmy na małą polanę, na której wylegiwały się BAMBI, małe sarenki przypomniały mi czasy dzieciństwa, kiedy mama opowiadała mi bajki przed sen. Cel numer dwa był kościół katolicki, HAHAHAHA był zamknięty (powinniśmy się przyzwyczaić, że budowle, które chcemy zobaczyć są zamknięte albo w remoncie), mimo to jego biało niebieskie kolory bardzo dobrze pasowały to otaczających go palm. Z przodu z kościoła zwisał wielki różaniec, na tyłach było kilka, figurek Marii i Jezusa. Mimo wszystko, bardzo cieszyłem się z pobytu tam, ponieważ, zimne mury i arkady pełne cienia dały nam schronienie przed gorącym słońcem. Celem numer trzy, była świątynia hinduska. Kolorowa, świątynia z bóstwami i towarzyszącymi im zwierzętami. Przed wejściem na straży leżały krowy, które jadły trawę kręcąc mordą.

DSC_0002 DSC_0057 DSC_0068

W drodze na stacje autobusową wstąpiliśmy na targowisko. Stragany były pełne kolorowych warzyw i owoców, w powietrzu unosił się zapach przypraw, które niszczyły suszone ryby. Przy większości straganów znajdywały się stare wagi, które wisiały na sznurkach przyczepionych do sufitu, a zboku leżały ciężarki. Dookoła było słychać krzyki zachęcające do kupowania jedzenia. Oczywiście zakupiliśmy trochę owoców i zrobiliśmy sobie małą, soczystą ucztę.

DSC_0074 DSC_0077 DSC_0076

Następny przystanek to nasze deszczowe Kandy, w którym musieliśmy odebrać nasze wizy, a później południowe wybrzeże. Wschodnie wybrzeże bardzo mi się podobało, zwłaszcza Tricomalee (ładniejsze plaże, świątynie i dostępność do dobrej, tutejszej kuchni oraz otaczająca nas fauna).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *