madurai – indie welcome i świątynia tysiąca kolumn

Podróż z Colombo do Madurai była jak dotąd, najkrótszym przelotem w moim życiu. Trwało to całe 40 min. stewardessa o czekoladowym kolorze skóry, ubrana w niebieskie sari, zdążyła podać ciastka i sok, a chwile później usłyszeliśmy komunikat, że zaraz lądujemy w Madurai. Na lotnisku, przepytywał nas strażnik (gdzie będziemy spać, czy byliśmy w Afryce przez ostatnie 6 tygodni itp.), później prześwietlali nasz bagaż podręczny i na samym końcu musieliśmy wypełnić jeszcze jedną kartkę informacyjną (jedną wypełnialiśmy jeszcze w samolocie). Kiedy wyszliśmy na zewnątrz słońce grzało, było duszno, około 36 stopni. Musieliśmy wybrać pieniądze, ale na lotnisku międzynarodowym znajdował się jeden bankomat, który jak na złość, nie chciał wypłacić pieniędzy z Olka karty , jak i z mojej. Ok, nie jest źle, mamy jeszcze funty i dolary więc zaczęliśmy szukać kantoru, a tu KLOPS – nie było żadnego. Asia poszła zapytać strażnika przy wyjściu z hali przylotów, ale ten, na samym początku pogroził jej karabinem, a później zawołał kierowcę Tuk tuka (dużo wiedzą i mogą pomóc), z którym dokonaliśmy transakcji po całkiem niezłym kursie. Musieliśmy dostać się już tylko do miasta. Niestety nie było łatwo uzyskać informację o przystanku autobusowym,  każdy mówił coś innego, albo żebyśmy wzięli taksówkę. Po jakimś czasie udało mi się zlokalizować przystanek wraz z autobusem „10A” (znajdował się kilka metrów na lewo od bramy wyjazdowej). Wsiedliśmy do rozklekotanego, szaro -żółtego pojazdu bez klimatyzacji i ruszyliśmy w kierunku miasta. Indie przywitały nas zapachem szamba i krowiej kupy, aby później wynagrodzić nas aromatem przypraw i kadzideł.

Na szukaniu noclegu zeszło nam trochę czasu. Kiedy się zakwaterowaliśmy, poszliśmy się posilić do jednej z miejscowych restauracji. Jedzenie było przepyszne, podane na liściach , smakowało mi bardziej niż to na Sri Lance, a był to dopiero pierwszy posiłek. Po srogiej uczcie wybraliśmy się na spacer po okolicy. Po rozświetlonych ulicach chaotycznie jeździły samochody, autobusy, żółte Tuk tuki, motory i skutery, a między nimi chodzili piesi (kto posiadał większy pojazd, miał pierwszeństwo) Obok drogi znajdowały się stragany z zabawkami, ubraniami, biżuterią, figurkami. Chodniki otaczające świątynie, oświetlone były przez latarnie i kolorowe neony, które wisiały nad sklepami. W każdym rogu wielkiego kwadratu znajdowała się wieża policyjna, a z niej funkcjonariusze pilnowali porządku. Zmęczenie dało się nam we znaki, robiło się późno, więc udaliśmy się do hoteli, odpocząć przed następnym dniem.

Słońce znów nie żałowało swoich promieni, na ulicach było gorąco i ciężko było znaleźć schronienie w cieniu. Mimo to poszliśmy zwiedzać świątynię Meenakshi Amman, która posiada tysiąc kolumn i jest miejscem pielgrzymek hindusów z całych Indii. Otoczona czterema wielkimi ścianami, na środku każdej z nich znajduje się wejście z wielką wieżą, którą zdobią hinduskie bóstwa i zwierzęta o pastelowych kolorach. Kiedyś podobne, lecz mniejsze hinduskie świątynie na Sri Lance wydawały mi się tandetne, ale teraz, zaczęły wzbudzać we mnie podziw – wyglądały przepięknie. Za wejście, musieliśmy zapłacić 50 rupi (ważne cały dzień) i zostawić na zewnątrz wszystkie rzeczy. Do środka nie można wnosić aparatów, laptopów, papierosów, zapalniczek, ostrych narzędzi i wielu innych rzeczy. Przed wejściem prześwietlany jest plecak, a później zostajemy przeszukani. Nie można mieć na sobie butów, nogi muszą być zakryte. W świątyni znajduje rzeczywiście dużo pięknych kolumn i posagów, przed, którymi modlą się wierzący (wiele miejsc jest dostępnych tylko dla hindusów). W samym sercu budowli znajduje się muzeum, które kosztuje 5 rupi. W środku otaczały nas figurki bóstw i malowidła naścienne, a do naszych nosów wpływał zapach kadzideł. Zwiedzanie zajęło nam ponad 30 min, po drodze do wyjścia natknęliśmy się na słonia, który za 10 rupi udzielał błogosławieństwa poprzez dotknięcie głowy swoją wielką, ciężką trąbą (słoń wystawiał trąbę, do której wrzucało się monety, później Dumbo podawał pieniądze właścicielowi, a następnie muskał trąbą głowy płacącego). Było mi żal biednego, umalowanego w hinduskie znaki słonia (miał smutne oczy i mordę) ale pokusa dostania błogosławieństwa przez to cudowne zwierzę była większa.

Bardzo ciekawym miejscem okazał się bazar, który mieścił się zaraz obok. W środku, znajdowały się stragany z kolorowymi tkaninami (kaszmiry, jedwabie itp.), właściciele strasznie naganiali na zakupy produktów „Good stuff”, „Good price”. Głębiej panowie szyli na starych maszynach, a kobiety pletły wianki, całe pomieszczenie oświetlone było żółtym światłem, które świetnie komponowało się z szarymi kolumnami, ozdobionymi w wojowników na koniach i starożytnymi stworami.  Wracając do hotelu przechodziliśmy przez targowisko pełne owoców, warzyw, zapachy były piękne, ale co dobre, nie może trwać wiecznie, kiedy weszliśmy głębiej zaczęły się stoiska rzeźnickie i stoiska z rybami. Widok kozich, odrąbanych głów, wraz z wnętrznościami, mieszający się z zapachem ryb powodował u mnie odruchy wymiotne, a głód, który czułem od jakiegoś czasu szybko zniknął.

Wieczorem wybrałem się na spacer po mieście, spacerując ulicami co jakiś czas byłem zaczepiany przez tubylców. Każda rozmowa zazwyczaj wyglądała tak samo:

T: Halo where are you from?

Ja: Hi, Poland

T: aaaa Holland

Ja: No Holland, Poland

T: Where are you going?

Ja: Just walking around.

T: „I have good place to sleep” albo „Tuku tuk” lub jeszcze inaczej „I have good hasz”

Dziękowałem i szedłem dalej, starałem się dłużej nie przeciągać rozmowy. Kolorowe neony rozświetlały drogę, a w uszach słychać były głośne, denerwujące klaksony (tego chyba najbardziej nie lubię w azjatyckich krajach), z których osoba znająca alfabet morsa mogłaby napisać poemat.

Kolejny dzień zapowiadał się bardzo dobrze, z Olkiem wybraliśmy się na stację autobusową, sprawdzić, o której mamy autobus do Mannaru. Po drodze natrafiliśmy na coś w rodzaju procesji. Kobiety i mężczyźni ubrani w żółte stroje, niosący kosze z owocami na głowach, śpiewali (raczej buczeli), niektórzy skakali do muzyki wydobywającej się z bębnów, zaraz z boku chodziły krowy i małe konie. Pod wieczór poszliśmy na ostatni spacer po mieście, nie trwał on zbyt długo, ze względu na ulewę. Jasne niebo pokryło się ciemnymi chmurami, z których lunął deszcz. Wszyscy ludzie schowali się pod dachami i czekali jak brzydka pogoda ustąpi. Trwało to jednak trochę dłużej niż myśleliśmy, ulice zmieniły się w strumyki, które gdzieniegdzie sięgały za kostki, różnego rodzaju śmieci spływały razem z kolejnymi warstwami wody, z rynny naszego dachu spływał niemały wodospad. Wszyscy ludzie byli mokrzy ale nie wyglądali na nieszczęśliwych, hinduskie dzieci znalazły radość w pluskaniu się i ochlapywaniu wszystkich dookoła. Nie mogliśmy czekać w nieskończoność, wiec ruszyliśmy wchodząc z jednego dachu pod drugi. Tak właśnie zakończył się nasz pobyt w Madurai.

One thought on “madurai – indie welcome i świątynia tysiąca kolumn

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *