munnar – za górami, za palmowymi lasami i green label

Z samego rana wsiedliśmy do musztardowego, rozklekotanego autokaru, który miał nas dowieźć do Munnaru. Ku naszemu zdziwieniu pojazd był w połowie pełny, więc mogliśmy się wygodnie rozsiąść. Z początku droga nie była zbyt interesująca, co jakiś czas przejeżdżaliśmy przez jakieś miasto, w którym dosiadali się ludzie i robiło się coraz ciaśniej. Po jakimś czasie na horyzoncie zaczęły pojawiać się wzgórza, droga zaczęła robić się węższa. Gdy wjechaliśmy na krętą, ciasną, szarą, górską drogę widok zapierał dech w piersiach. Czubki wysokich gór pokryte były białymi jak mleko chmurami, pod nami zielone palmowe lasy przypominały rozwinięty dywan. Co jakiś czas mijaliśmy robotników (pracownicami były również  kobiety), którzy ciężko pracowali, żeby zarobić na jedzenie. Panie pracowały przy betoniarkach i nosiły kosze z narzędziami, niektóre poszerzały jezdnię, waląc kilofami w skały. Kiedy przejechaliśmy granice stanu i wjechaliśmy do Karali, na górach zaczęły pojawiać się krzaki herbaty, a gdzieniegdzie małe i duże wodospady.

Po 5 godzinach dojechaliśmy do Munaru. Jeden z kierowców Tuk tuka, powiedział, ze zna dobry, tani hostel z ładnymi widokami na herbaciane wzgórza dwa kilometry od miasteczka. Nim się zorientowaliśmy byliśmy już przez różowym domkiem „JJCOTTAGE”, gdzie przywitał nas bardzo sympatyczny pan, mówiący bardzo wyraźnie po angielsku. Pokoje były bardzo ładne i czyste, w łazienkach nie było grzyba ani robactwa WOW!!! Zdecydowaliśmy się zostać tutaj parę dni. Pogoda nas nie rozpieszczała, lało prawie przez cały czas, z kilku minutowymi przerwami. Większość czasu spędzaliśmy w pokojach, oglądając „HBO” i czytając książki. Jednego dnia postanowiłem ruszyć swoje cztery litery, wybrałem się do miasta. Deszcz nie odpuścił nawet na chwilę, przemoczony tułałem się po 4 ulicach tego niewielkiego miasteczka. Stare budynki, skąpane w szarym kolorze nieba, wraz z ulicami pełnymi kałuż nie napawały optymizmem. Po jakimś czasie znalazłem sklep monopolowy, była to chyba najgorsza melina jaką w życiu widziałem, blaszane ściany, ledwo, trzymały się kupy, półki były poobdzierane, butelki wyglądały jakby  przeleżały wieki, w jakiejś winiarni. Byłem jedynym białasem, który stał miedzy tubylcami, od sprzedawców rozdzielała nas krata. Nie wiedziałem, co chcę kupić, więc obserwowałem miejscowych. Najbardziej popularna była whisky Green label, zakupiłem ćwiartkę (koszt 230 rupi czyli jakieś 15zł) i poszedłem w kierunku hotelu, po drodze dużo ludzi pytało się mnie gdzie kupiłem alkohol (chyba wszyscy mieli poczucie, że dzisiejszego dnia, nie ma nic innego do roboty, jak tylko, rozgrzać się procentowym trunkiem).

Mokre ciuchy zostały zrzucone, prysznic z gorącą wodą wzięty (ciepła woda należy do rzadkości), ubrany w ciepły dres zszedłem do małego pomieszczenia, gdzie turyści korzystali z dostępu do internetu. Poznałem tam parę z Izraela ( Jonasz I Galle), rozmawialiśmy o podróżach, naszych rodzinnych krajach i nieco o Śląsku Wrocław, okazało się, że mój żydowski znajomy jest fanem piłki nożnej i był we Wrocławiu (świat jest mały). Po jakimś czasie do naszego grona dołączył Jasin, francuz, muzułmanin pochodzenia marokańskiego. Śmiechy i ciekawe rozmowy sprawiły, że pochmurny, z początku smutny dzień stał się świetny (pewnie ohydna whisky, też pomogła). Muzułmanin, Żydzi i „Katolik” siedzieli wspólnie przy jednym stole, bez dżihadu, czy krucjaty i spędzali miło wieczór.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *