nuwara eliya – morze zielonej herbaty i „the pub”

Ała moja stopa, ała moja głowa. Tak właśnie mijała moja podróż pociągiem z Kandy do Nuwara Eliya. Kiedy wsiadaliśmy do wagonów, rozdzieliliśmy się, żeby mieć szanse na znalezienie siedzących miejsc w drugiej klasie. Misja się nie powiodła i na dodatek zostaliśmy rozdzieleni. Siedząc samemu między dwiema ubikacjami, objęty cudownymi „fiołkowymi zapachami” dobiegającymi z toalet, ściśnięty plecakami i innymi ludźmi wchodziłem wyobraźnią w książkę „Shantaram”. Niestety ludzie na Sri Lance uwielbiają chodzić po zatłoczonych pociągach bez większej potrzeby, rozpychając się i depcząc innych, a na do datek przemieszczają się ludzie próbujący sprzedać smakołyki krzycząc WADE, WADE,WADE (tutejszy pączek z soczewicy, lekko ostry, całkiem niezły)!!!Po godzinie miarka się przebrała, każdy kto koło mnie przechodził dostawał z łokcia i został przepychany do ściany. Ścisk na szczęście się skończył po paru stacjach i w nagrodę za oknami zaczęły pojawiać się góry porośnięte herbatą. Wyglądały jak zielone morze z wielkimi falami.

DSC_0029 DSC_0187 DSC_0159

Chrup, chrup taki właśnie odgłos wydało moje ciało kiedy mogłem się rozciągnąć po wyjściu z pociągu, napełniłem moje płuca szarym nikotynowym dymem i od razu poczułem się lepiej. Czekała nas jeszcze przejażdżka autobusem ale to już był light. Dość szybko znaleźliśmy hotel i ruszyliśmy w miasto nakarmić nasze wygłodniałe żołądki. Znaleźliśmy hotel (TAK restauracja na Sri lance to hotel), w którym jadło wielu tubylców. Zamówiliśmy sobie trzy rodzaje Rotti (naleśniki), a do tego na stole wylądowały dwa wiadra Dallu (soczewica). MNIAM, MNIAM tak właśnie zaczęła się moja miłość do Lankańskiej kuchni. Powrót do czasów dzieciństwa, kiedy to jadło się rękoma (bezcenne). Po posiłku wytarliśmy ręce w dzisiejszą gazetę, szczęśliwi opuściliśmy lokal i udaliśmy się na spoczynek.

DSC_0133  DSC_0129  DSC_0130

Następnego dnia piliśmy czaj z plantacji Pedro i przechadzaliśmy się miedzy krzaczkami herbat, które nas otaczały. Kiedy chodziliśmy po górkach widzieliśmy najwyższy szczyt Cejlonu (dawna nazwa Sri Lanki) Pidurutalagala, który jest nieco wyższy od naszych polskich Rysów mierzy 2524 m n.p.m. Zobaczyliśmy jeszcze dwa wodospady przy czym jeden wyglądał jak strumień moczu, a drugi już wyglądał ładniej i bardziej okazale, kiedy stanąłem pod nim, obdarzył mnie zimną mżawką, która była bardzo orzeźwiająca w ten upalny dzień. Gdy wychodziliśmy lub schodziliśmy z ciekawszych miejsc na dole czekały zgraje dzieciaków krzyczących „Money, Money !!!” Przechodziliśmy koło nich szybko, żeby tylko nie patrzeć w ich czarne oczy o błagalnym spojrzeniu.

DSC_0172 DSC_0160  DSC_0179

W mieście stwierdziliśmy, że dzielnie dzisiaj chodziliśmy i poszliśmy do oberży na zimne piwko. Pub nazywał się The Pub. W środku siedzieli sami miejscowi faceci, oczy wszystkich zwróciły się na naszą blondwłosą Asię. Cały lokal pokrywało drewno, a na ścianach wisiały zdjęcia i plakaty lwów (symbol Sri lanki). Impreza się rozkręciła, a na naszym stole lądowały kolejne butelki piwa Lion. Kiedy ułożyliśmy plan na następne dni, wzięło nas na wspomnienia starych czasów. W knajpie spotkaliśmy starego Australijczyka, który mieszkał w tym samym guest housie co my w Kandy. Po jakimś czasie pożegnaliśmy się i wróciliśmy do hotelu.

DSC_0183 DSC_0044 DSC_0067

Nuwara Eliya to ładne, urokliwe miasteczko, dookoła znajduje się wiele plantacji herbaty, wodospady, jeżeli ma się czas i pieniądze to warto zobaczyć parki narodowe. My bawiliśmy się dobrze i wpadliśmy na ciekawe pomysły na dalszą podróż.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *