varanasi – miasto umarłych i „matka ganga” od wszystkiego

Przygoda z Varanasi, zaczęła się już w pociągu. Kiedy zająłem swoje miejsce, wyglądało, że znów będę jedynym białym w długiej niebieskiej maszynie. Po jakimś czasie dosiadł się długowłosy, siwy, stary facet, przedstawił się jako J.P, pochodził z Francji, zaczęliśmy rozmawiać o Indiach, tuż przed odjazdem pociągu dosiadła się dwójka Hiszpanów, dziewczyna Alba i chłopak Pau. Szybko dołączyli to naszej rozmowy, były śmiechy, uśmiechy, szybko siebie polubiliśmy, postanowiliśmy, że Varanasi zobaczymy razem, bez J.P, który miał już zapewniony nocleg, jechał do tego miasta zbierać materiały do drugiej książki o roślinach leczniczych używanych w tej części świata. Z rana poznaliśmy tajemniczego faceta, który spał obok nas, ale nie odezwał się ani słowem. Okazało się, że był Hiszpanem, wyglądał na bardzo Zhidosowanego? (ubiór i zachowanie). Na stacji pożegnaliśmy się z J.P i razem z hiszpano-hindusem, nie pamiętam jego imienia, wzięliśmy Tuk-tuka, który zawiózł nas do hostelu.

Zrzuciliśmy plecaki z garbów, zapoznaliśmy się z właścicielem hostelu, zobaczyliśmy miejsce socjalne, które znajdowało się na dachu budynku, po czym ruszyliśmy w miasto. Wąskie uliczki Varanasi były cudowne, ale tłoczne, na swojej drodze spotykaliśmy krowy, które czasami tarasowały przejście, psy, kozy, ludzie, motocykle, dla małp nie starczyło miejsca więc skakały z budynku na budynek nad naszymi głowami. Wieczorem poszliśmy nad Ghaty, aby zobaczyć jak ludzie żegnają się z bliskimi. Siedliśmy na wielkich schodach, dookoła nas siedzieli tubylcy, którzy czekali na kapłana. Co jakiś czas podchodził do nas dzieciak i namawiał na zakup świec, które były otoczone pomarańczowymi kwiatkami, miały nam zapewnić szczęście. Przy końcu Ghatu znajdował się dywan, na którym leżały kwiaty, kielichy i inne naczynia, na środku znajdował się stolik ze złotym obrusem. Kiedy przyszedł kapłan wszyscy zapalili świece, niektórzy kładli je na wodzie. Widok był wspaniały, świeczki unoszące się na Gangesie zaczęły oświetlać czarną wodę. Duchowny, zaczął odprawiać modły, a kiedy skończył ludzie ustawiali się w kolejce, po poświęcone białe kuleczki, wyglądało to jak przyjęcie ciała Chrystusa w kościele. W drodze do hostelu zobaczyliśmy, wiele kobiet ogolonych na łyso, zapytałem się jednego z miejscowych co to znaczy, powiedział, że te kobiety straciły mężów i tak okazują im szacunek. Kiedy dotarliśmy na miejsce, Hiszpanie wyciągnęli wino, które dostali od obsługi samolotu. Popijając sobie trunek poznawaliśmy siebie. Alba właśnie skończyła weterynarię, a Pau zajmuje się rolnictwem, kilka lat temu skończył studia chemiczne. Wieczór minął miło i strasznie szybko.

Następnego dnia pojechaliśmy kupić bilety na pociąg do Gorakpur, pierwszy raz przejechałem się rikszą. Ci faceci, nie mają łatwo, nasz kierowca był strasznie wychudzony, pedałował całym ciałem, ale wykonał swoje zadanie i dowiózł nas na miejsce. Brak transportu albo ciężki dostęp do niego, jest minusem miasta, na szczęście są riksze. Po zakupie biletu, pojechaliśmy do Ghatu najbardziej oddalonego od naszego hotelu. Nasz kierowca, był pijany albo naćpany, kiedy patrzyłem w lusterko koleś ewidentnie przysypiał, kiedy głowa spadała mu do kierownicy szybko ja podnosił, żeby zaraz znów opuścić (wyglądał trochę jak stare piesek w samochodzie mojego dziadka). Podróż nie była długa, udało się nam przeżyć. Zrobiliśmy sobie spacer wzdłuż rzeki podziwiając Ghaty. W czasie jednego z postojów, do Paua i mnie podeszło dwóch kolesi, uścisnęli nam ręce, które po chwili zaczęli masować. Mówiliśmy, że nic im nie zapłacimy ale oni nadal kontynuowali. Po jakimś czasie czułem się już trochę zmęczony masażem i wyrwałem swoją rękę hindusowi, poprosił o pieniądze ale powiedziałem mu, że uprzedzałem, że nie zapłacę, ten popatrzył na mnie zawiedzionym wzrokiem i odszedł. Alba chciała sobie zrobić zdjęcie z krową, co jednak nie było takie proste, bo kiedy zbliżała się do zwierzaka, ten ruszał swoją głową pokazując, że ma rogi i nie chce zostać foto modelem, ale po jakimś czasie się udało. Było strasznie gorąco, więc zdecydowaliśmy się schować w cieniu wąskich uliczek. Moją uwagę przykuła, grupa ludzi, którzy nieśli zwłoki, owinięte w szare prześcieradło, było posypane pomarańczowymi kwiatami i ozdobione kolorowymi materiałami. Podążaliśmy za nimi, aż do Ghatu. Na miejscu znajdowały się piramidy ułożone z drewna, przy brzegu palone były zwłoki, które spoczywały na drewnie, kiedy ubranie się dopalało, osoby odpowiedzialne za pochówek przykrywały odkryte ciało nieboszczyka. Muszę przyznać, że widok płonącego ciała, nie wzbudził we mnie żadnych emocji (co mnie trochę zdziwiło). Zaczepił nas młody tubylec i zaczął opowiadać o wszystkim co się tutaj dzieje, zabrał nas do domu dla ludzi, którzy przyjeżdżali do Varanasi aby umrzeć. Pomieszczenie było czarne od dymu, który pochodził ze spalonych zwłok, na podłodze leżeli ludzie starzy, wychudzeni, bez kończyn, czekali na wyzionięcie ducha. Powiedział nam, że kobiety w ciąży i dzieci, które nie ukończyły 10 lat, nie mogą być spalone, do ich ciał, przywiązywane są kamienie, a później ciała wrzucane są do „Matki Gangi”. Po wykładzie zeszliśmy na dół, do rzeki właśnie wrzucano popiół i wszystko co zostało po spaleniu. W wodzie znajdowało się dwóch panów z wielkimi sitkami, wyławiali oni złoto, z którym nieboszczyk został pochowany (jest to zapłata za usługi). Wieczorem na rzece pojawiały się łodzie wypełnione miejscowymi i turystami, Ghaty wypełnione były ludźmi. Czarne niebo znów rozświetlały małe świeczki. Alba, Pau i ja nie czekaliśmy tym razem do końca ceremonii i zmyliśmy się wcześniej, po drodze spotkaliśmy Hiszpano-hindusa (poznaliśmy go w pociągu), który gawędził z hinduskim przyjacielem. Pogadaliśmy z nimi trochę, kiedy powiedzieliśmy, że idziemy do hotelu, tubylec zaprosił nas do siebie. Koleś powiedział nam, że jest właścicielem hostelu, kiedy wchodziliśmy do budynku, ciarki przeszły mnie po plecach, nieoświetlone korytarze, woda na podłodze, która ledwo mogłem dostrzec, zwisające pajęczyny, które przyczepiały się do twarzy (przez chwile zastanawiałem się CO MY TU DO CHOLERY ROBIMY!?). Chwilę później znaleźliśmy się w zaniedbanym ale klimatycznym ogrodzie, tubylec rozłożył karimaty, zapalił kadzidła i zaczął przygotowywać marychę. To było chyba najdłuższe przygotowywanie trawy jakie widziałem, koleś co jakiś czas błogosławił roślinkę, później odprawiał jakieś modły, myślałem, że zaraz zacznie ją całować, w końcu nabił pomarańczowo – ceramiczną (Shillum), zrobił nią jakieś znaki w powietrzu, wymamrotał coś w hindi i wciągnął dym do płuc, po czym podał fajkę dalej. Posiedzieliśmy w ogrodzie tylko chwilę, tubylec ciągle się wymądrzał, miał się za jakiegoś wszechwiedzącego, myśliciela, kapłana może nawet kosmitę, nie dawał nikomu dojść do słowa i prowadził swój monolog. Wróciliśmy do hotelu, posiedzieliśmy jeszcze chwilę na dachu, aż w końcu zmęczenie dało się we znaki, a opadająca głowa chciała przytulić się do poduszki, nie chciałem z nią walczyć i rozeszliśmy się do pokoi.

Ostatniego dnia poszliśmy zobaczyć kampus uniwersytecki Varanasi, było to bardzo zielone miejsce, wszystkie budynki pomalowane były na beżowo. Byliśmy jednak trochę zawiedzeni i poszliśmy do znajdującej się niedaleko świątyni małp. Te śmieszne stworzenia przywitały nas już przy bramie, musieliśmy oddać wszystkie rzeczy przy wejściu. Futrzaki były wszędzie, na drzewach, chodniku, siatkach, przy  kranach z wodą. Przed wejściem do świątyni, trzeba było ściągnąć obuwie, tubylcy modlili się do boga Hanumana (ciało człowieka z twarzą małpy), składali również ofiary, my w tym czasie podziwialiśmy płaskorzeźby, malowidła, których było całkiem sporo, ale oczywiście największą atrakcją były małpy, które z niezwykła sprawnością kradły jedzenie zwiedzającym z rąk, jak by miały to we krwi, wyssane z matczynego cyca. Po świątyni poszliśmy pożegnać się z „Matką Gangą”, siedliśmy na szczycie naszego ulubionego Ghatu, w rzece kąpali się tubylcy, część z nich prało ubrania, a zaraz obok pływała zdechła krowa. JA TEGO NIE ROZUMIEM, wiem, że to święta rzeka ale nie kumam jak ludzie mogą się myć w tym samym miejscu, gdzie pływają trupy ich rodzin, a krowy srają.

Pobyt w Varansi bardzo mi się podobał, poznałem świetnych ludzi z Hiszpanii Albę i Paua, spacery wąskimi uliczkami były fantastyczne (prawie zawsze), ulice pełne zwierząt (krowy, psy, kozy, małpy, owce), sprawiały, że miasto umarłych stawało się dzikie. No i oczywiście święta rzeka „Matka Ganga” jak ją nazywają tubylcy, w nocy i w dzień zawsze ma coś do zaoferowania, jest ona najbardziej uniwersalna ze wszystkich flor oraz faun jakie widziałem.

agra – stara stolica i vikram

Po wyjściu ze stacji, obskoczyło mnie kilku kierowców Tuk-tuków, grzecznie odmówiłem i poszedłem kupić sobie bilet powrotny do New Dehli. Kiedy sprawdziłem mapę miasta stwierdziłem, że do Taj Mahal pojadę taksówka. Zaczepił mnie starszy koleś i powiedział, że za 100 rupi zawiezie mnie na miejsce. Była to dobra cena za dystans 7 km, wiec się godziłem. W czasie podróży starszy, przygarbiony o siwych włosach facet przedstawił się jako Vikram, na moich ustach pojawił się uśmiech, bo takie same imię przybrał Ross z „Przyjaciół”, kiedy udawał chłopaka Pheoby. Mówił dobrze po angielsku, wiec trochę porozmawialiśmy, opowiedział mi trochę o historii Taj Mahal i o wspaniałych czasach miasta. Po jakimś czasie podał mi notes z opiniami ludzi, których woził, a także pokazał cennik. Za 6 godzin wożenia po mieście i bycia przewodnikiem chciał 650 rupi, zszedł do 500.

Po negocjacjach zgodziłem się. Pierwsze miejsce, które odwiedziliśmy był fort, masywna, czerwona, przyozdobiona w balkony i wieże strażnicze fortyfikacja zrobiła na mnie duże wrażenie, nie zdecydowałem się na wejście do środka, był to wydatek przekraczający mój budżet. Vikram zaprowadził mnie w miejsce, gdzie mogłem obejrzeć fort od południowej strony. Przed zobaczeniem Taj Mahal, pojechaliśmy zobaczyć „Baby Taj” skąd został ściągnięty projekt perełki Agry. Wejście kosztowało tylko 100 rupi, więc zdecydowałem się wejść. Biały budynek otoczony murem, w każdym rogu znajdowała się wieża obserwacyjna, na środku każdej ściany znajdowało się strzeliste pomieszczenie, ozdobione w łukami o kolorze czerwonej cegły. Między murami, a budynkiem znajdowały się pięknie przystrzyżone trawniki. Odpoczywałem sobie w cieniu, mój kierowca powiedział, żebym się nie spieszył bo jest co oglądać. We wnętrzu białego budynku mieściły się groby i malowidła naścienne, wszędzie widać było ozdobiony marmur. Nie odpoczywałem zbyt długo bo miejscowi, chcieli sobie robić ze mną zdjęcia.  Uciekłem szybko do Tuk tuka i ruszyliśmy dalej.

Vikram stwierdził, że czas na przerwę. Pojechaliśmy do baru, zamówiłem Bananowe Lasse dla siebie i oczywiście dla mojego kierowcy. Vikram powiedział, że ma dla mnie niespodziankę, wyjął  z kieszeni haszysz, skręcił jonta, ściągnął parę buchów, a później podał go do mnie i powiedział, że to najlepsze towar w północnych Indiach. Spojrzałem na siwego dziadka, na którego twarzy pojawił się uśmiech, a ciało się odprężyło, przejąłem skręta i zaciągnąłem się. Rozmawialiśmy dosyć długo o jego rodzinie, Polsce. Spojrzeliśmy na zegarek, postanowiliśmy, że czas ruszać w drogę. Nie byłem pewny, czy facet jest w stanie prowadzić, bo ja wciąż czułem działanie haszyszu, jednak on stary wyga, wyglądał na skoncentrowanego i trzeźwego.  Vikram powiedział, że powinienem zobaczyć najpierw tył Taj Mahal i jak tutejsi mieszkańcy piorą tkaniny. Wysadził mnie przy rzece, powiedział, żebym poszedł w dół, dodał bym nikomu nie płacił. Jak powiedział tak zrobiłem. Przy brzegu rzeki, kąpały się bawoły, a zaraz obok nich ludzie prali tkaniny, które później kładli na piasku aby wyschły.

2 km dalej dał mi ta samą instrukcję, powiedziałem, że na tablicy informacyjnej jest napisane, zakaz wstępu, odpowiedział, że jestem biały, to mi wolno. Zaufałem mojemu przewodnikowi i poszedłem. Chodziłem po wyschniętej części rzeki, dookoła znajdowały się masy śmieci, w których grzebały swoimi mordami krowy. Po 10 min. spacerze ujrzałem tyły Taj Mahal, wyglądała niesamowicie, utwierdziło mnie to w przekonaniu, że muszę zobaczyć go w całej okazałości. Kiedy robiłem zdjęcia, w oddali usłyszałem krzyki, a w moim kierunku zaczęło biec dwóch facetów ubranych w beżowe ciuchy (policyjne). Schowałem szybko telefon do kieszeni i zacząłem iść w ich kierunku. Podbiegli do mnie z długimi pałkami, krzycząc mówili, że nie wolno mi tutaj być. Skłamałem mówiąc, że szedłem wzdłuż rzeki od mostu i nie widziałem, żadnego znaku ostrzegawczego. Ochroniarze nie mówili dobrze po angielsku, zaczęli prowadzić mnie ku posterunkowi, szli pół metra obok mnie, kiedy starałem się zagadać, mieli oburzone miny, nie odezwali się ani słowem. Doprowadzili mnie do posterunku, gdzie przekazali mnie innemu ochroniarzowi, który powiedział mi jak dojść do ulicy.  Przeszedłem kawałek i dołączyłem do Vikrama, który czekał w tym samym miejscu. Opowiedziałem mu o tym co mnie spotkało, ten mnie przerosił i pojechaliśmy do bram Taj Mahal.

Wstęp kosztował 700 rupi, w środku kompleksu znajdowało się wielu turystów, ale budowla robiła swoje zadanie i zachwyciła mnie. Biały, lśniący, wielki budynek, z łukami i wieżami na których znajdowały się małe kopułki, na dachu znajdowała się wielka kopuła, wyglądał jak z bajki, po prawej i lewej stronie znajdowały się budynki z czerwonej cegły z białymi kopułami zakończonymi szpicami. Droga przedzielona wodą, przyozdobiona trawa wyglądała jakby ktoś rozłożył dywan przede mną. W środku, biały marmur z dodatkami innych kamieni wyglądał przepięknie. Kolorowe wnętrza kopuł o różnych kolorach, powalały na kolana, na samym środku znajdował się grób ukochanej, dla której został wybudowany jeden z cudów świata. Była to najdroższa atrakcja, na która przeznaczyłem pieniądze ale warta każdego rupia.

Po zwiedzeniu „perełki” Agry wsiadłem do Tuk tuka, pojechaliśmy w stronę dworca. Odwiedziliśmy kilka sklepów, oczywiście Vikram ma niepisaną umowę ze sprzedawcami, że przyprowadzi białasów i dostanie jakiś procent z zakupów. Kiedy już zwiedziłem wszystkie sklepy, zapłaciłem za usługę, dałem oczywiście napiwek (byłem bardzo zadowolony) Vikram zapytał się, o której mam pociąg, powiedziałem, że za godzinę, zaproponował, że pojedziemy zatem napić się czaju z jego znajomym. Zgodziłem się, na sam koniec zrobiliśmy sobie zdjęcie, a przy pożegnaniu w mojej ręce znalazł się gram haszu. Powiedziałem, że nie mam pieniędzy, mój kierowca odrzekł, że jest za darmo, a jeżeli ja tego nie spalę to mam dać to jakiemuś świętemu, siedzącemu na schodach Ghatu w Varanasi w drodze do Nepalu. Zgodziłem się i pożegnaliśmy.

delhi – ludzka stonoga i dużo, dużo ludzi

Obudził mnie zapach moczu z pociągowego kibla i brudne stopy z popękaną skórą hindusa, które trzymał zaraz obok mojej twarzy, zdecydował się je zabrać, kiedy zobaczył, że wstałem. Do Delhi zostało jeszcze 3 godzinny drogi więc zdecydowałem się poczytać książkę „Firma” Johna Gishama, którą dostałem od Asi.

Na dworcu w New Dehli było strasznie dużo ludzi, przypominało to wielkie targowisko. Kiedy wyszedłem na zewnątrz, zdążyłem przyjąć pierwszy wdech zakurzonego powietrza, zapalić papierosa, stałem się łakomym kąskiem dla taksówkarzy, którzy obskoczyli mnie w mgnieniu oka. Zapytałem o ceny najtańszych guest housów, wszyscy mówili, że to stolica i nie znajdę niczego taniej niż 1000 rupi. Nie przeraziłem się tym, bo taką gadkę słyszałem za każdym razem. Ruszyłem przed siebie, kilka metrów dalej znajdowała się dzielnica Main Bazar, na której znalazłem hotel za 350 rupi. Na Dehli razem z Agrą przeznaczyłem 4 dni, nie tracą czasu, zrzuciłem plecak i udałem się do stacji metra. Za pierwszy cel obrałem Czerwony fort, gdy wszedłem na pierwszą ulice, zobaczyłem chaos komunikacyjny, ludzie, samochody, riksze, motory, wszyscy poruszali się po tej samej ulicy z prędkością ślimaka, który zjadł przed chwilą obfity posiłek. Włączyłem się do ruchu i udałem się w stronę fortu. Czerwona wielka fortyfikacja, otoczona była przez mur turystów, prezentowała się bardzo dobrze w blasku fleszy. Po kilku minutach przyglądania się zabytkowi udałem się w kierunku Indian Gate. Kiedy wyszedłem z podziemi metra nie mogłem uwierzyć własnym oczom, to była najczystsza ulica jaką widziałem w Indiach. Najpierw poszedłem obejrzeć budynek parlamentu, który znajdował się po przeciwnej stronie Indian Gate, sam budynek nie zrobił na mnie dużego wrażenia, okrągły, wspierany przez kolumny przypominające Jońskie, wyglądał jak stadion piłkarski. Dużo lepiej prezentowały się budynki ministerstw. Wyglądały jak odbicia lustrzane, dolne części budynków zrobione były z czerwonej cegły, a góra z beżowego kamienia, ozdobione kolumnami i kopułami cieszyły oczy, piękna dodawały, znajdujące się obok, trawniki, fontanny, a z góry oświetlało je zachodzące, pomarańczowe słońce. Spacerowałem sobie szeroką ulicą, po bokach znajdywały się trawniki, na których biwakowały hinduskie rodziny, po pobliskich kanałach pływały rowery wodne wyglądające jak łabędzie. Ulice wypełnione były ruchomymi straganami z napojami, jedzeniem i zabawkami, co jakiś czas podchodzili do mnie tubylcy i robili sobie ze mną zdjęcia. Potężna brama Indii oświetlona przez reflektory, wyglądała bardzo łanie i budziła respekt, popatrzyłem sobie przez chwilę, słuchając muzyki, kiedy zapadł zmrok, stwierdziłem, że czas ruszać do „domu”.  Na stacji metra zaczął się horror, kolejka 60 osób do jednej kasy, otwartych było 3. Cóż, stanąłem w kolejce i stałem się częścią ludzkiej Stonogi. Wszyscy stali ściśnięci, mogłem zapomnieć o własnej przestrzeni, przylepiony potem miedzy jednym hindusem, a drugim marzyłem o łóżku. Od okienka dzieliło mnie tylko cztery osoby, gdy nagle koleś zamknął okienko i poszedł. Ludzie zaczęli krzyczeć, w mojej głowie KUR.., JA……LE, to chyba jakiś żart, pomyślałem, stanąłem w innej kolejce, czekałem. Po godzinie udało mi się kupić GÓWNIANY plastikowy żetonik, dzięki któremu mogłem wsiąść do metra. Nie był to jeszcze koniec koszmaru, ci wszyscy ludzie musieli przecież jakoś wsiąść do wagonów, no więc zaczęło się wpychanie, UDAŁO SIĘ!!! Byłem w środku, ale ludzie nadal się pchali, czułem się jak szprot w puszce, który umrze drugi raz, a przyczyna zgonu będzie niejasna (zmiażdżenie, uduszenie), na szczęście do akcji wkroczyła ochrona i zaczęła wyciągać ludzi z metra. Kiedy znalazłem się w pokoju, padłem na łóżko i zasnąłem.

Następnego dnia kupiłem bilet do Agry i Varanasi, później pojechałem zobaczyć kompleks Qutub Minar, najwyższy na świecie minaret z cegieł już w oddali było widać wieżę, kiedy podziwiałem ją z daleka o mały włos nie wpadłem do niezabezpieczonego kanału. Jest ich trochę w Dehli więc lepiej patrzeć pod nogi bo można znaleźć się po uszy w gównie. Zwiedzanie Qutub kosztowało 300 rupi, zapłaciłem, a chwile później zaczepiali mnie tubylcy i pytali się czy nie potrzebuje „kolesia” (przewodnik). Oczywiście odparłem ataki i cieszyłem się widokiem zabytków. Wielka wieża wyróżniała się na tle arkad, portali i innych pomieszczeń, niedaleko od głównej atrakcji znajdowała się niedokończona wieża, dookoła znajdowały się parki, więc położyłem się na trawie i odpoczywałem. Kiedy zebrałem siły pojechałem obejrzeć meczet Humayun’s Tomb. Ze stacji metra miałem kawałek do przejścia ale cieszyłem się na ten spacer, niestety nic ciekawego po drodze nie zobaczyłem. Na miejscu okazało się, że jestem za późno i nie mogę wejść, byłem strasznie wkurzony, próbowałem dać w łapę strażnikowi, mówiłem, że tylko na chwile, ale skubaniec był nieugięty. W drodze powrotnej, przechodziłem obok slumsów, myślałem, że mój organizm uodpornił się już na zapachy tego kraju. Jednak po widoku wychudzonych ludzi, którzy żyli w prowizorycznych namiotach, bez nóg i rąk, brudnych, śmierdzących, dzieci robiących kupę na chodniku zaraz obok śpiących rodziców oraz zapachów dobiegających z pobliskich śmietników, mieszających się z zapachem krowich odchodów, skręciło mnie w brzuchu, oparłem się o słup i zwymiotowałem, a miejscowi śmiali się zemnie. Wróciłem do hotelu, poszedłem wcześnie spać bo z samego rana miałem pociąg do Agry.

Po dniu spędzonym w Agrze, spakowałem się z rana, pociąg do Varanasi miałem o 19:00 więc postanowiłem zobaczyć inne części miasta. Pojechałem do Akshardham ludzie nazywają go Indyjskim Disnylandem, wstęp okazał się darmowy ale trzeba było zostawić całą elektronikę w schowku, nie zaufałem tamtejszym zabezpieczeniom,  nie wszedłem, nie chciałem zostawiać swojego laptopa i komórki, po jakimś czasie trochę żałowałem, ale może następnym razem. Pojechałem do Central Parku, miejsce było bardzo ładne, z pięknie przystrzyżoną roślinnością, na trawie siedzieli młodzi ludzie, usiadłem sobie i odpłynąłem na chwilę przy Led Zeppelinach, nagle jakaś para zagadała do mnie pogadaliśmy chwilę, powiedzieli, ze niedaleko jest fajne miejsce i jeżeli ma czas to byłoby dobrze je zobaczyć. Udałem się więc zobaczyć to piękne ciekawe miejsce, po drodze, widziałem miejski lincz na chłopcu, którego biło czterech innych kolesi, ludzie stali i przyglądali się, kiedy zapytałem co się stało, miejscowy powiedział mi, że chłopak kradł i spotkała go zasłużona kara. Za wejście do Mishra Yentra musiałem zapłacić 100 rupi, stwierdziłem, że ok, nie miałem nic innego do roboty, a musiałem jakoś wypełnić czas. Wszystkie budowle na miejscu, pomalowane były na czerwono, jedna przypominała serce, dwie wyglądały jak koloseum, ciekawe były schody do nieba, które się urywały. Mishra Yentra było obserwatorium astronomicznym wybudowanym w 1724r. przypominał skatepark, chłopaki na rolkach, deskach mieliby tutaj fajną zabawę.

Na stacji New Dehli była masa ludzi, hindusi wprawy z wychodzenia się z metra nabrali chyba przy narodzinach kiedy to opuszczali macicę sowich matek. W oczekiwaniu na pociąg widziałem pierwsze aresztowanie w Indiach. Policjanci najpierw stłukli kolesia pałkami, po czym jeden złapał kryminalistę za majtki, a drugi policjant trzymał go za rączkę. Wyglądało to naprawdę przezabawnie. Wsiadłem do pociągu i ruszyłem ku mieście umarłych.

mumbaj – i love mumbaj i bollywood

Siedząc w pociągu do New Dehli, było mi żal opuszczać Mumbaj. To wspaniałe miasto dało mi dużo radości, świetnej zabawy i cudownych ludzi. Zakochałem się w tej metropolii, była to miłość od pierwszego wejrzenia. Zacznę jednak od początku.

Zatrzymałem się w guest housie „India”w dzielnicy Colaba na południu miasta. Nie był to szczyt luksusu, pokój mały, bez okna, przedzielony tylko ścianką działową od innych, w środku znajdowało się łóżko i mała szafka. Łazienka była wspólna ale w bardzo dobrym stanie, miejscem socjalnym był schody przy wejściu. W powietrzu każdego wieczora unosił się zapach haszu i papierosów. Po wypakowaniu, zimnym prysznicu ruszyłem do najtańszego Mc donaldsa na świecie. Najedzony, ale spragniony poznania miasta wszedłem w pierwszą uliczkę i zacząłem zwiedzać. Stare, zaniedbane, o różnych kolorach, porośnięte roślinnością budynki z czasów kolonialnych, wyglądały pięknie. Co jakiś czas wyrastały nowe wieżowce. Przy chodnikach rosło dużo drzew z lianami, gdzie Tarzan z Mouglim mogli by się bawić godzinami. Co jakiś czas mijałem mniejsze lub większe parki, w których ludzie, ubrani w białe uniformy grali w criketa. Mumbaj ma naprawdę bogatą architekturę, wspaniałe budowle, ale największe wrażenie zrobił na mnie dworzec główny. Kiedy go zobaczyłem nogi mi się ugięły, a później budynek z listy unesco mnie przygniótł. Wielki, masywny, żółty-brudny, budynek z czarnymi strzelistymi wieżami, kopułami, posągami zwierząt i ludzi, pięknymi arkadami. Niesamowite arcydzieło architektoniczne. Po ulicach śmigały żółto-czarne taksówki oraz tuk-tuki przypominające pszczoły lub bąki. Sklepy z zachodnimi markami jak levis, adidas wraz z restauracjami typu Mc donalds i Subway, wymalowane, modnie ubrane hinduskie dziewczyny, sprawiały, że czułem się jak w Europie ale ludzie, zwierzęta i smród na ulicach nie dały mi zapomnieć o Indiach. Ten mix strasznie mi się podobał i zaczynałem kochać to miasto.

Przez pierwszą połowę następnego dnia zwiedzałem zabytki, miedzy innymi Indian Gate, gdzie zbierała się masa ludzi, tubylców jak i turystów. Zaczepił mnie jeden fałszywy mnich, który udzielił mi błogosławieństwa, dał mi jakieś dwie białe kulki, powiedział, żebym je zjadł, co też uczyniłem, zrobił mi kropkę na czole, zawiązał na mojej ręce  dwa sznurki, pomodlił się do bogów, a później poprosił o 10 rupi. Schowałem się przed słońcem w hotelu, gdzie poznałem dwie Niemki Omaire i Elle, pogadaliśmy i umówiliśmy się na dłuższe spotkanie wieczorem. Kiedy znudziło mi się siedzenie w hotelu poszedłem odwiedzić bar Leopold (bar z książki Shantaram). W środku siedziało dużo ludzi, w kolumnach wciąż było widać dziury po zamachu z 2008 r. Zapytałem kelnera, gdzie mogę się napić zimnego piwa, a ten wskazał mi schody na górę. Siadłem przy barze, wziąłem menu i nie mogłem uwierzyć własnym oczom, ceny były większe niż w Polsce, piwo w butelce kosztowało ponad 20 zł, a szot vódki 25 zł. Kiedy ja płakałem nad menu, barman o imieniu Kumar zapytał co podać. Niski facet, z czarnymi długimi włosami związanymi w kuc, długim do brody wąsem, przypominał mi Danny Trejo z filmu „Maczeta”. Zamówiłem piwo i zacząłem gadać z Kumarem, który okazał się bardzo sympatyczny, opowiedział mi o dniu zamachu, stracił wtedy dwóch znajomych. Facet pracuje tam od 15 lat i powiedział, że tego dnia nigdy nie zapomni. Wieczorem przyszedłem tam również z Ella i Omairą dzięki nim poznałem również Vikasa, który miał swoje studio tatuażu, było bardzo fajnie ale ze względu na ceny szybko zmyliśmy się do Hotelu, gdzie poznawaliśmy innych mieszkańców. Hiszpanie, Francuzi, Niemcy, Izraelczycy, Amerykanie. Z tymi ostatnimi gadałem najdłużej Jack, Robbi, Sasha była to ich pierwsza podróż po za Stany. Sasha powiedziała, że na samym początku chciała wracać do domu, ale później bardzo się jej spodobało, Jack i Robbi byli zawsze szczęśliwi i pełni humoru, pewnie przez wielkie ilości haszu, które palili.

 

Rankiem przechadzałem się po głównej ulicy Colaby, pełna straganów z ciuchami i pamiątkami. Było strasznie tłoczno, więc trzymałem ręce przez cały czas w kieszeniach. Co chwilę, ktoś mnie zaczepiał, dziecko proszące o mleko ( jak kupisz, to zaraz odda właścicielowi sklepu, a w zamian dostanie 50% wartości towaru), kolesie, którzy chcieli sprzedać „cudowne bębny”, to zaraz podbiegał chłopaczek ubrany w obcisłą koszule w okularach policyjnych, z na żelowanymi włosami szepcząc do ucha hasssszzzzzz good quality. Na jednym ze straganów zobaczyłem koszulkę „I love Mumbaj” stwierdziłem, że muszę sobie taką kupić. Cena na samym początku wynosiła 350 rupi, stargowałem do 110 rubi, był to najlepszy wynik w targowaniu jaki udało mi się osiągnąć od przyjazdu do Azji. Koszulka bardzo podobała się miejscowym, którzy jak mnie widzieli, podnosili kciuki do góry, uśmiechali się i poklepywali po plecach.  Popołudniu wybrałem się z dziewczynami do studia tatuażu. Artyści przywitali nas bardzo radośnie. Miejsce było bardzo czyste i zadbane, wszystko leżało na swoim miejscu. Każdy mógł puszczać sobie muzykę podczas, której był tatuowany. Omaira zrobiła sobie gekona na brzuchu, Ella pawie pióro po wewnętrznej stronie ręki, Sasha w tym samym miejscu wytatuowała  „drzewo Mango” w hindi (ponoć tekst z jakiejś jej ulubionej piosenki), a na mojej nodze wylądował napis „Żyj tak, aby ludziom był nudno, gdy odejdziesz. Carpe Diem”. Chłopaki zaproponowali posiłek, ja z Sasha odmówiliśmy, mieliśmy coś innego w planach, a dziewczyny zostały dłużej. Kiedy wróciliśmy do hotelu zaczęła się ulewa, niektóre pokoje były pozalewane, z sufitu zaczęła kapać woda. Po godzinie, kiedy przestało padać wszyscy wybiegli na ulicę. Połamane gałęzie, leżały na ziemi i samochodach, wyrwało kilka dachów z pobliskich mieszkań, po drogach spływały masy śmieci. Usiałem z ludźmi na schodach, gadaliśmy do późna i umawialiśmy się na następne dni.

Martin, Florą i Ja wybraliśmy się zobaczyć meczet, dom najbogatszego człowieka w Mumbaju i najdłuższą ścianę pokrytą graffiti w mieście. Przy meczecie wszyscy chcieli robić sobie z nami zdjęcia, czasami nawet nie pytali czy mogą, podchodzili do nas obejmowali, a ktoś robił zdjęcia. Siedliśmy w jednym miejscu i zaczęliśmy o tym rozmawiać, wkurzało nas to strasznie, turyści z Europy, Stanów itp. Muszą zawsze płacić dużo więcej za wejście niż tubylcy. Tak właśnie Niemiec, Belg i Polak stworzyli „biznes plan” na zarobek. Kiedy widzieliśmy, że ktoś do nas podchodzi, w celu zrobienia sobie zdjęcia, mówiliśmy, że musi zapłacić 10 rupi każdemu, na samym początku myśleli, że żartujemy, z uśmiechem podchodzili do nas i obejmowali, wtedy my się odwracaliśmy. W przeciągu 20 min dorobiliśmy się sześciu czajów,  dwóch butelek wody i perfum. Budynek najbogatszego faceta, nie zrobił na nas wrażenia. Pojechaliśmy oglądać graffiti. Różniły się od tych, które znałem z Europy, ale niektóre tematycznie były bardzo fajne. Przy ścianach w niektórych miejscach, gęsto były porozstawiane prowizoryczne namioty, w których mieszkali ludzie. Kiedy zobaczyliśmy, że zbiera się na deszcz, stwierdziliśmy, że najwyższy czas wracać do hostelu. W drodze powrotnej wstąpiliśmy do kina na Bollywoodzki film. W środku było strasznie zimno, z chłopakami ubraliśmy się w bluzy, usiedliśmy wygodnie w fotelach i czekaliśmy na seans. Po kilku reklamach, na ekranie pojawiła się Indyjska flaga, wszyscy wstali, a z głośników wydobył się hymn, kiedy się skończył wszyscy usiedli i zaczął się film. Kiedy upłynęła godzina, światła się zapaliły, a ludzie udali się na przerwę. Film był słaby ale wytrzymaliśmy do końca. Wieczorem wybrałem się po owoce i po coś do picia na kolację. Po drodze zaczepił mnie koleś i zapytał czy nie chcę zagrać jutro w filmie Bollywood. Zapytałem się jakie są warunki, powiedział, że około 12 podjedzie autobus, sceny będą kręcone w klubie jednego z największych hoteli w mieście, zagwarantowane są posiłki, napoje, powrót do hotelu i 500 rupi. Nie myślałem długo, powiedziałem, że się zgadzam.

O godzinie 12 nikt nie przyjechał, więc wyszedłem się przejść. Po 45 min. zadzwoniłem na numer, który znajdował się na wizytówce. Okazało się, że kierowca nikogo nie zastał więc odjechał. Agent powiedział mi, żebyśmy spotkali się koło baru Leopold i zapytał czy nie znajdę jeszcze dwójki ludzi. Na miejscu poprosił mnie o pomoc przy wyłapywaniu białasów. Stałem się poszukiwaczem talentów, po 30 min. znalazłem parę Szwedów. Razem z Sarą i Karelm (bardzo sympatyczni ludzie), wsiedliśmy do taksówki, zamówionej przez agenta i udaliśmy się na plan filmowy. Przy hotelu czekał na nas facet z obsługi, który zaprowadził nas to przebieralni, gdzie dostaliśmy ciuchy. Ludzie powiedzieli nam, że przed zdjęciami, możemy coś zjeść. Kuchnia znajdowała się w podziemnym parkingu, miejsce wypełnione było plastikowymi krzesłami, na których siedzieli europejscy turyści. Nagle do „jadalni” wpadł facet z obsługi i oznajmił, że czas na zdjęcia. Plan znajdował się w hotelowym klubie, dookoła masa kabli, kamery, światła. Każdy z nas dostał szklankę z „drinkiem”(zabarwiona woda), w którym pływała świecąca kostka lodu. Muzyka poleciała z głośników, wszyscy zaczęli tańczyć. Na scenie pojawił się jeden z głównych aktorów (koło 50-tki), który poprawiał sobie fryzurę co 3 min. Po przerwie pojawił się choreograf, nauczył nas kilku ruchów. Gdy zaczęliśmy tańczyć, pojawiła się gówna aktorka, była przepiękna, wysoka, z długimi ciemnymi włosami, brązowymi oczami, ubrana w niebieską sukienkę z wielkim dekoltem. Szczęka mi opadał i zacząłem się ślinić. Tańczyliśmy przez 10 godzin, nakręciliśmy zaledwie 4 sceny. W czasie przerw poznawałem ludzi z różnych części świata, wszyscy byliśmy zmęczeni i marzyliśmy o powrocie do hoteli. Agent poprosił nas o udział następnego dnia, ale większość z nas odmówiła. Była to fajna przygoda ale co za dużo to nie zdrowo.

Następnego dnia udałem się z kilkoma osobami z hostelu zwiedzać slumsy. Widok i zapach slumsów przyprawił mnie o mdłości. Góry śmieci, domy wybudowane były ze wszystkiego co ludzie znajdowali na śmietnikach (folie, cegły, blachy, kartony), ale prawie każdy z nich na dachu miał antenę satelitarną, po uliczkach biegały brudne dzieci, ubrane w podarte ciuchy, które prosiły o pieniądze. Wszyscy złapaliśmy się za kieszenie w trosce o nasze pieniądze i dokumenty, ręce dzieciaków były wszędzie. Z zasady nie dałem ani jednej rupi, ale kiedy zobaczyłem chłopca, który miał świeżo obciętą rękę i nogę (przez bandaż ściekała jeszcze świeża krew), nie wytrzymałem, wyciągnąłem banknot, który położyłem obok kaleki. Obrazy jak ze Slum dog Milioner  zostaną w mojej głowie chyba do końca życia.

Przez ostatnie dni, dużo imprezowaliśmy i żegnaliśmy się z osobami, które ruszały w dalszą podróż. Martin, Ella, Omaira i Ja zostaliśmy najdłużej ze wszystkich ale i na nas przyszedł czas. Ostatniego wieczoru powiedzieliśmy sobie papa. Z rana spakowałem plecak pożegnałem się z fantastyczną obsługa hotelu i ruszyłem na dworzec.