delhi – ludzka stonoga i dużo, dużo ludzi

Obudził mnie zapach moczu z pociągowego kibla i brudne stopy z popękaną skórą hindusa, które trzymał zaraz obok mojej twarzy, zdecydował się je zabrać, kiedy zobaczył, że wstałem. Do Delhi zostało jeszcze 3 godzinny drogi więc zdecydowałem się poczytać książkę „Firma” Johna Gishama, którą dostałem od Asi.

Na dworcu w New Dehli było strasznie dużo ludzi, przypominało to wielkie targowisko. Kiedy wyszedłem na zewnątrz, zdążyłem przyjąć pierwszy wdech zakurzonego powietrza, zapalić papierosa, stałem się łakomym kąskiem dla taksówkarzy, którzy obskoczyli mnie w mgnieniu oka. Zapytałem o ceny najtańszych guest housów, wszyscy mówili, że to stolica i nie znajdę niczego taniej niż 1000 rupi. Nie przeraziłem się tym, bo taką gadkę słyszałem za każdym razem. Ruszyłem przed siebie, kilka metrów dalej znajdowała się dzielnica Main Bazar, na której znalazłem hotel za 350 rupi. Na Dehli razem z Agrą przeznaczyłem 4 dni, nie tracą czasu, zrzuciłem plecak i udałem się do stacji metra. Za pierwszy cel obrałem Czerwony fort, gdy wszedłem na pierwszą ulice, zobaczyłem chaos komunikacyjny, ludzie, samochody, riksze, motory, wszyscy poruszali się po tej samej ulicy z prędkością ślimaka, który zjadł przed chwilą obfity posiłek. Włączyłem się do ruchu i udałem się w stronę fortu. Czerwona wielka fortyfikacja, otoczona była przez mur turystów, prezentowała się bardzo dobrze w blasku fleszy. Po kilku minutach przyglądania się zabytkowi udałem się w kierunku Indian Gate. Kiedy wyszedłem z podziemi metra nie mogłem uwierzyć własnym oczom, to była najczystsza ulica jaką widziałem w Indiach. Najpierw poszedłem obejrzeć budynek parlamentu, który znajdował się po przeciwnej stronie Indian Gate, sam budynek nie zrobił na mnie dużego wrażenia, okrągły, wspierany przez kolumny przypominające Jońskie, wyglądał jak stadion piłkarski. Dużo lepiej prezentowały się budynki ministerstw. Wyglądały jak odbicia lustrzane, dolne części budynków zrobione były z czerwonej cegły, a góra z beżowego kamienia, ozdobione kolumnami i kopułami cieszyły oczy, piękna dodawały, znajdujące się obok, trawniki, fontanny, a z góry oświetlało je zachodzące, pomarańczowe słońce. Spacerowałem sobie szeroką ulicą, po bokach znajdywały się trawniki, na których biwakowały hinduskie rodziny, po pobliskich kanałach pływały rowery wodne wyglądające jak łabędzie. Ulice wypełnione były ruchomymi straganami z napojami, jedzeniem i zabawkami, co jakiś czas podchodzili do mnie tubylcy i robili sobie ze mną zdjęcia. Potężna brama Indii oświetlona przez reflektory, wyglądała bardzo łanie i budziła respekt, popatrzyłem sobie przez chwilę, słuchając muzyki, kiedy zapadł zmrok, stwierdziłem, że czas ruszać do „domu”.  Na stacji metra zaczął się horror, kolejka 60 osób do jednej kasy, otwartych było 3. Cóż, stanąłem w kolejce i stałem się częścią ludzkiej Stonogi. Wszyscy stali ściśnięci, mogłem zapomnieć o własnej przestrzeni, przylepiony potem miedzy jednym hindusem, a drugim marzyłem o łóżku. Od okienka dzieliło mnie tylko cztery osoby, gdy nagle koleś zamknął okienko i poszedł. Ludzie zaczęli krzyczeć, w mojej głowie KUR.., JA……LE, to chyba jakiś żart, pomyślałem, stanąłem w innej kolejce, czekałem. Po godzinie udało mi się kupić GÓWNIANY plastikowy żetonik, dzięki któremu mogłem wsiąść do metra. Nie był to jeszcze koniec koszmaru, ci wszyscy ludzie musieli przecież jakoś wsiąść do wagonów, no więc zaczęło się wpychanie, UDAŁO SIĘ!!! Byłem w środku, ale ludzie nadal się pchali, czułem się jak szprot w puszce, który umrze drugi raz, a przyczyna zgonu będzie niejasna (zmiażdżenie, uduszenie), na szczęście do akcji wkroczyła ochrona i zaczęła wyciągać ludzi z metra. Kiedy znalazłem się w pokoju, padłem na łóżko i zasnąłem.

Następnego dnia kupiłem bilet do Agry i Varanasi, później pojechałem zobaczyć kompleks Qutub Minar, najwyższy na świecie minaret z cegieł już w oddali było widać wieżę, kiedy podziwiałem ją z daleka o mały włos nie wpadłem do niezabezpieczonego kanału. Jest ich trochę w Dehli więc lepiej patrzeć pod nogi bo można znaleźć się po uszy w gównie. Zwiedzanie Qutub kosztowało 300 rupi, zapłaciłem, a chwile później zaczepiali mnie tubylcy i pytali się czy nie potrzebuje „kolesia” (przewodnik). Oczywiście odparłem ataki i cieszyłem się widokiem zabytków. Wielka wieża wyróżniała się na tle arkad, portali i innych pomieszczeń, niedaleko od głównej atrakcji znajdowała się niedokończona wieża, dookoła znajdowały się parki, więc położyłem się na trawie i odpoczywałem. Kiedy zebrałem siły pojechałem obejrzeć meczet Humayun’s Tomb. Ze stacji metra miałem kawałek do przejścia ale cieszyłem się na ten spacer, niestety nic ciekawego po drodze nie zobaczyłem. Na miejscu okazało się, że jestem za późno i nie mogę wejść, byłem strasznie wkurzony, próbowałem dać w łapę strażnikowi, mówiłem, że tylko na chwile, ale skubaniec był nieugięty. W drodze powrotnej, przechodziłem obok slumsów, myślałem, że mój organizm uodpornił się już na zapachy tego kraju. Jednak po widoku wychudzonych ludzi, którzy żyli w prowizorycznych namiotach, bez nóg i rąk, brudnych, śmierdzących, dzieci robiących kupę na chodniku zaraz obok śpiących rodziców oraz zapachów dobiegających z pobliskich śmietników, mieszających się z zapachem krowich odchodów, skręciło mnie w brzuchu, oparłem się o słup i zwymiotowałem, a miejscowi śmiali się zemnie. Wróciłem do hotelu, poszedłem wcześnie spać bo z samego rana miałem pociąg do Agry.

Po dniu spędzonym w Agrze, spakowałem się z rana, pociąg do Varanasi miałem o 19:00 więc postanowiłem zobaczyć inne części miasta. Pojechałem do Akshardham ludzie nazywają go Indyjskim Disnylandem, wstęp okazał się darmowy ale trzeba było zostawić całą elektronikę w schowku, nie zaufałem tamtejszym zabezpieczeniom,  nie wszedłem, nie chciałem zostawiać swojego laptopa i komórki, po jakimś czasie trochę żałowałem, ale może następnym razem. Pojechałem do Central Parku, miejsce było bardzo ładne, z pięknie przystrzyżoną roślinnością, na trawie siedzieli młodzi ludzie, usiadłem sobie i odpłynąłem na chwilę przy Led Zeppelinach, nagle jakaś para zagadała do mnie pogadaliśmy chwilę, powiedzieli, ze niedaleko jest fajne miejsce i jeżeli ma czas to byłoby dobrze je zobaczyć. Udałem się więc zobaczyć to piękne ciekawe miejsce, po drodze, widziałem miejski lincz na chłopcu, którego biło czterech innych kolesi, ludzie stali i przyglądali się, kiedy zapytałem co się stało, miejscowy powiedział mi, że chłopak kradł i spotkała go zasłużona kara. Za wejście do Mishra Yentra musiałem zapłacić 100 rupi, stwierdziłem, że ok, nie miałem nic innego do roboty, a musiałem jakoś wypełnić czas. Wszystkie budowle na miejscu, pomalowane były na czerwono, jedna przypominała serce, dwie wyglądały jak koloseum, ciekawe były schody do nieba, które się urywały. Mishra Yentra było obserwatorium astronomicznym wybudowanym w 1724r. przypominał skatepark, chłopaki na rolkach, deskach mieliby tutaj fajną zabawę.

Na stacji New Dehli była masa ludzi, hindusi wprawy z wychodzenia się z metra nabrali chyba przy narodzinach kiedy to opuszczali macicę sowich matek. W oczekiwaniu na pociąg widziałem pierwsze aresztowanie w Indiach. Policjanci najpierw stłukli kolesia pałkami, po czym jeden złapał kryminalistę za majtki, a drugi policjant trzymał go za rączkę. Wyglądało to naprawdę przezabawnie. Wsiadłem do pociągu i ruszyłem ku mieście umarłych.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *