mumbaj – i love mumbaj i bollywood

Siedząc w pociągu do New Dehli, było mi żal opuszczać Mumbaj. To wspaniałe miasto dało mi dużo radości, świetnej zabawy i cudownych ludzi. Zakochałem się w tej metropolii, była to miłość od pierwszego wejrzenia. Zacznę jednak od początku.

Zatrzymałem się w guest housie „India”w dzielnicy Colaba na południu miasta. Nie był to szczyt luksusu, pokój mały, bez okna, przedzielony tylko ścianką działową od innych, w środku znajdowało się łóżko i mała szafka. Łazienka była wspólna ale w bardzo dobrym stanie, miejscem socjalnym był schody przy wejściu. W powietrzu każdego wieczora unosił się zapach haszu i papierosów. Po wypakowaniu, zimnym prysznicu ruszyłem do najtańszego Mc donaldsa na świecie. Najedzony, ale spragniony poznania miasta wszedłem w pierwszą uliczkę i zacząłem zwiedzać. Stare, zaniedbane, o różnych kolorach, porośnięte roślinnością budynki z czasów kolonialnych, wyglądały pięknie. Co jakiś czas wyrastały nowe wieżowce. Przy chodnikach rosło dużo drzew z lianami, gdzie Tarzan z Mouglim mogli by się bawić godzinami. Co jakiś czas mijałem mniejsze lub większe parki, w których ludzie, ubrani w białe uniformy grali w criketa. Mumbaj ma naprawdę bogatą architekturę, wspaniałe budowle, ale największe wrażenie zrobił na mnie dworzec główny. Kiedy go zobaczyłem nogi mi się ugięły, a później budynek z listy unesco mnie przygniótł. Wielki, masywny, żółty-brudny, budynek z czarnymi strzelistymi wieżami, kopułami, posągami zwierząt i ludzi, pięknymi arkadami. Niesamowite arcydzieło architektoniczne. Po ulicach śmigały żółto-czarne taksówki oraz tuk-tuki przypominające pszczoły lub bąki. Sklepy z zachodnimi markami jak levis, adidas wraz z restauracjami typu Mc donalds i Subway, wymalowane, modnie ubrane hinduskie dziewczyny, sprawiały, że czułem się jak w Europie ale ludzie, zwierzęta i smród na ulicach nie dały mi zapomnieć o Indiach. Ten mix strasznie mi się podobał i zaczynałem kochać to miasto.

Przez pierwszą połowę następnego dnia zwiedzałem zabytki, miedzy innymi Indian Gate, gdzie zbierała się masa ludzi, tubylców jak i turystów. Zaczepił mnie jeden fałszywy mnich, który udzielił mi błogosławieństwa, dał mi jakieś dwie białe kulki, powiedział, żebym je zjadł, co też uczyniłem, zrobił mi kropkę na czole, zawiązał na mojej ręce  dwa sznurki, pomodlił się do bogów, a później poprosił o 10 rupi. Schowałem się przed słońcem w hotelu, gdzie poznałem dwie Niemki Omaire i Elle, pogadaliśmy i umówiliśmy się na dłuższe spotkanie wieczorem. Kiedy znudziło mi się siedzenie w hotelu poszedłem odwiedzić bar Leopold (bar z książki Shantaram). W środku siedziało dużo ludzi, w kolumnach wciąż było widać dziury po zamachu z 2008 r. Zapytałem kelnera, gdzie mogę się napić zimnego piwa, a ten wskazał mi schody na górę. Siadłem przy barze, wziąłem menu i nie mogłem uwierzyć własnym oczom, ceny były większe niż w Polsce, piwo w butelce kosztowało ponad 20 zł, a szot vódki 25 zł. Kiedy ja płakałem nad menu, barman o imieniu Kumar zapytał co podać. Niski facet, z czarnymi długimi włosami związanymi w kuc, długim do brody wąsem, przypominał mi Danny Trejo z filmu „Maczeta”. Zamówiłem piwo i zacząłem gadać z Kumarem, który okazał się bardzo sympatyczny, opowiedział mi o dniu zamachu, stracił wtedy dwóch znajomych. Facet pracuje tam od 15 lat i powiedział, że tego dnia nigdy nie zapomni. Wieczorem przyszedłem tam również z Ella i Omairą dzięki nim poznałem również Vikasa, który miał swoje studio tatuażu, było bardzo fajnie ale ze względu na ceny szybko zmyliśmy się do Hotelu, gdzie poznawaliśmy innych mieszkańców. Hiszpanie, Francuzi, Niemcy, Izraelczycy, Amerykanie. Z tymi ostatnimi gadałem najdłużej Jack, Robbi, Sasha była to ich pierwsza podróż po za Stany. Sasha powiedziała, że na samym początku chciała wracać do domu, ale później bardzo się jej spodobało, Jack i Robbi byli zawsze szczęśliwi i pełni humoru, pewnie przez wielkie ilości haszu, które palili.

 

Rankiem przechadzałem się po głównej ulicy Colaby, pełna straganów z ciuchami i pamiątkami. Było strasznie tłoczno, więc trzymałem ręce przez cały czas w kieszeniach. Co chwilę, ktoś mnie zaczepiał, dziecko proszące o mleko ( jak kupisz, to zaraz odda właścicielowi sklepu, a w zamian dostanie 50% wartości towaru), kolesie, którzy chcieli sprzedać „cudowne bębny”, to zaraz podbiegał chłopaczek ubrany w obcisłą koszule w okularach policyjnych, z na żelowanymi włosami szepcząc do ucha hasssszzzzzz good quality. Na jednym ze straganów zobaczyłem koszulkę „I love Mumbaj” stwierdziłem, że muszę sobie taką kupić. Cena na samym początku wynosiła 350 rupi, stargowałem do 110 rubi, był to najlepszy wynik w targowaniu jaki udało mi się osiągnąć od przyjazdu do Azji. Koszulka bardzo podobała się miejscowym, którzy jak mnie widzieli, podnosili kciuki do góry, uśmiechali się i poklepywali po plecach.  Popołudniu wybrałem się z dziewczynami do studia tatuażu. Artyści przywitali nas bardzo radośnie. Miejsce było bardzo czyste i zadbane, wszystko leżało na swoim miejscu. Każdy mógł puszczać sobie muzykę podczas, której był tatuowany. Omaira zrobiła sobie gekona na brzuchu, Ella pawie pióro po wewnętrznej stronie ręki, Sasha w tym samym miejscu wytatuowała  „drzewo Mango” w hindi (ponoć tekst z jakiejś jej ulubionej piosenki), a na mojej nodze wylądował napis „Żyj tak, aby ludziom był nudno, gdy odejdziesz. Carpe Diem”. Chłopaki zaproponowali posiłek, ja z Sasha odmówiliśmy, mieliśmy coś innego w planach, a dziewczyny zostały dłużej. Kiedy wróciliśmy do hotelu zaczęła się ulewa, niektóre pokoje były pozalewane, z sufitu zaczęła kapać woda. Po godzinie, kiedy przestało padać wszyscy wybiegli na ulicę. Połamane gałęzie, leżały na ziemi i samochodach, wyrwało kilka dachów z pobliskich mieszkań, po drogach spływały masy śmieci. Usiałem z ludźmi na schodach, gadaliśmy do późna i umawialiśmy się na następne dni.

Martin, Florą i Ja wybraliśmy się zobaczyć meczet, dom najbogatszego człowieka w Mumbaju i najdłuższą ścianę pokrytą graffiti w mieście. Przy meczecie wszyscy chcieli robić sobie z nami zdjęcia, czasami nawet nie pytali czy mogą, podchodzili do nas obejmowali, a ktoś robił zdjęcia. Siedliśmy w jednym miejscu i zaczęliśmy o tym rozmawiać, wkurzało nas to strasznie, turyści z Europy, Stanów itp. Muszą zawsze płacić dużo więcej za wejście niż tubylcy. Tak właśnie Niemiec, Belg i Polak stworzyli „biznes plan” na zarobek. Kiedy widzieliśmy, że ktoś do nas podchodzi, w celu zrobienia sobie zdjęcia, mówiliśmy, że musi zapłacić 10 rupi każdemu, na samym początku myśleli, że żartujemy, z uśmiechem podchodzili do nas i obejmowali, wtedy my się odwracaliśmy. W przeciągu 20 min dorobiliśmy się sześciu czajów,  dwóch butelek wody i perfum. Budynek najbogatszego faceta, nie zrobił na nas wrażenia. Pojechaliśmy oglądać graffiti. Różniły się od tych, które znałem z Europy, ale niektóre tematycznie były bardzo fajne. Przy ścianach w niektórych miejscach, gęsto były porozstawiane prowizoryczne namioty, w których mieszkali ludzie. Kiedy zobaczyliśmy, że zbiera się na deszcz, stwierdziliśmy, że najwyższy czas wracać do hostelu. W drodze powrotnej wstąpiliśmy do kina na Bollywoodzki film. W środku było strasznie zimno, z chłopakami ubraliśmy się w bluzy, usiedliśmy wygodnie w fotelach i czekaliśmy na seans. Po kilku reklamach, na ekranie pojawiła się Indyjska flaga, wszyscy wstali, a z głośników wydobył się hymn, kiedy się skończył wszyscy usiedli i zaczął się film. Kiedy upłynęła godzina, światła się zapaliły, a ludzie udali się na przerwę. Film był słaby ale wytrzymaliśmy do końca. Wieczorem wybrałem się po owoce i po coś do picia na kolację. Po drodze zaczepił mnie koleś i zapytał czy nie chcę zagrać jutro w filmie Bollywood. Zapytałem się jakie są warunki, powiedział, że około 12 podjedzie autobus, sceny będą kręcone w klubie jednego z największych hoteli w mieście, zagwarantowane są posiłki, napoje, powrót do hotelu i 500 rupi. Nie myślałem długo, powiedziałem, że się zgadzam.

O godzinie 12 nikt nie przyjechał, więc wyszedłem się przejść. Po 45 min. zadzwoniłem na numer, który znajdował się na wizytówce. Okazało się, że kierowca nikogo nie zastał więc odjechał. Agent powiedział mi, żebyśmy spotkali się koło baru Leopold i zapytał czy nie znajdę jeszcze dwójki ludzi. Na miejscu poprosił mnie o pomoc przy wyłapywaniu białasów. Stałem się poszukiwaczem talentów, po 30 min. znalazłem parę Szwedów. Razem z Sarą i Karelm (bardzo sympatyczni ludzie), wsiedliśmy do taksówki, zamówionej przez agenta i udaliśmy się na plan filmowy. Przy hotelu czekał na nas facet z obsługi, który zaprowadził nas to przebieralni, gdzie dostaliśmy ciuchy. Ludzie powiedzieli nam, że przed zdjęciami, możemy coś zjeść. Kuchnia znajdowała się w podziemnym parkingu, miejsce wypełnione było plastikowymi krzesłami, na których siedzieli europejscy turyści. Nagle do „jadalni” wpadł facet z obsługi i oznajmił, że czas na zdjęcia. Plan znajdował się w hotelowym klubie, dookoła masa kabli, kamery, światła. Każdy z nas dostał szklankę z „drinkiem”(zabarwiona woda), w którym pływała świecąca kostka lodu. Muzyka poleciała z głośników, wszyscy zaczęli tańczyć. Na scenie pojawił się jeden z głównych aktorów (koło 50-tki), który poprawiał sobie fryzurę co 3 min. Po przerwie pojawił się choreograf, nauczył nas kilku ruchów. Gdy zaczęliśmy tańczyć, pojawiła się gówna aktorka, była przepiękna, wysoka, z długimi ciemnymi włosami, brązowymi oczami, ubrana w niebieską sukienkę z wielkim dekoltem. Szczęka mi opadał i zacząłem się ślinić. Tańczyliśmy przez 10 godzin, nakręciliśmy zaledwie 4 sceny. W czasie przerw poznawałem ludzi z różnych części świata, wszyscy byliśmy zmęczeni i marzyliśmy o powrocie do hoteli. Agent poprosił nas o udział następnego dnia, ale większość z nas odmówiła. Była to fajna przygoda ale co za dużo to nie zdrowo.

Następnego dnia udałem się z kilkoma osobami z hostelu zwiedzać slumsy. Widok i zapach slumsów przyprawił mnie o mdłości. Góry śmieci, domy wybudowane były ze wszystkiego co ludzie znajdowali na śmietnikach (folie, cegły, blachy, kartony), ale prawie każdy z nich na dachu miał antenę satelitarną, po uliczkach biegały brudne dzieci, ubrane w podarte ciuchy, które prosiły o pieniądze. Wszyscy złapaliśmy się za kieszenie w trosce o nasze pieniądze i dokumenty, ręce dzieciaków były wszędzie. Z zasady nie dałem ani jednej rupi, ale kiedy zobaczyłem chłopca, który miał świeżo obciętą rękę i nogę (przez bandaż ściekała jeszcze świeża krew), nie wytrzymałem, wyciągnąłem banknot, który położyłem obok kaleki. Obrazy jak ze Slum dog Milioner  zostaną w mojej głowie chyba do końca życia.

Przez ostatnie dni, dużo imprezowaliśmy i żegnaliśmy się z osobami, które ruszały w dalszą podróż. Martin, Ella, Omaira i Ja zostaliśmy najdłużej ze wszystkich ale i na nas przyszedł czas. Ostatniego wieczoru powiedzieliśmy sobie papa. Z rana spakowałem plecak pożegnałem się z fantastyczną obsługa hotelu i ruszyłem na dworzec.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *