varanasi – miasto umarłych i „matka ganga” od wszystkiego

Przygoda z Varanasi, zaczęła się już w pociągu. Kiedy zająłem swoje miejsce, wyglądało, że znów będę jedynym białym w długiej niebieskiej maszynie. Po jakimś czasie dosiadł się długowłosy, siwy, stary facet, przedstawił się jako J.P, pochodził z Francji, zaczęliśmy rozmawiać o Indiach, tuż przed odjazdem pociągu dosiadła się dwójka Hiszpanów, dziewczyna Alba i chłopak Pau. Szybko dołączyli to naszej rozmowy, były śmiechy, uśmiechy, szybko siebie polubiliśmy, postanowiliśmy, że Varanasi zobaczymy razem, bez J.P, który miał już zapewniony nocleg, jechał do tego miasta zbierać materiały do drugiej książki o roślinach leczniczych używanych w tej części świata. Z rana poznaliśmy tajemniczego faceta, który spał obok nas, ale nie odezwał się ani słowem. Okazało się, że był Hiszpanem, wyglądał na bardzo Zhidosowanego? (ubiór i zachowanie). Na stacji pożegnaliśmy się z J.P i razem z hiszpano-hindusem, nie pamiętam jego imienia, wzięliśmy Tuk-tuka, który zawiózł nas do hostelu.

Zrzuciliśmy plecaki z garbów, zapoznaliśmy się z właścicielem hostelu, zobaczyliśmy miejsce socjalne, które znajdowało się na dachu budynku, po czym ruszyliśmy w miasto. Wąskie uliczki Varanasi były cudowne, ale tłoczne, na swojej drodze spotykaliśmy krowy, które czasami tarasowały przejście, psy, kozy, ludzie, motocykle, dla małp nie starczyło miejsca więc skakały z budynku na budynek nad naszymi głowami. Wieczorem poszliśmy nad Ghaty, aby zobaczyć jak ludzie żegnają się z bliskimi. Siedliśmy na wielkich schodach, dookoła nas siedzieli tubylcy, którzy czekali na kapłana. Co jakiś czas podchodził do nas dzieciak i namawiał na zakup świec, które były otoczone pomarańczowymi kwiatkami, miały nam zapewnić szczęście. Przy końcu Ghatu znajdował się dywan, na którym leżały kwiaty, kielichy i inne naczynia, na środku znajdował się stolik ze złotym obrusem. Kiedy przyszedł kapłan wszyscy zapalili świece, niektórzy kładli je na wodzie. Widok był wspaniały, świeczki unoszące się na Gangesie zaczęły oświetlać czarną wodę. Duchowny, zaczął odprawiać modły, a kiedy skończył ludzie ustawiali się w kolejce, po poświęcone białe kuleczki, wyglądało to jak przyjęcie ciała Chrystusa w kościele. W drodze do hostelu zobaczyliśmy, wiele kobiet ogolonych na łyso, zapytałem się jednego z miejscowych co to znaczy, powiedział, że te kobiety straciły mężów i tak okazują im szacunek. Kiedy dotarliśmy na miejsce, Hiszpanie wyciągnęli wino, które dostali od obsługi samolotu. Popijając sobie trunek poznawaliśmy siebie. Alba właśnie skończyła weterynarię, a Pau zajmuje się rolnictwem, kilka lat temu skończył studia chemiczne. Wieczór minął miło i strasznie szybko.

Następnego dnia pojechaliśmy kupić bilety na pociąg do Gorakpur, pierwszy raz przejechałem się rikszą. Ci faceci, nie mają łatwo, nasz kierowca był strasznie wychudzony, pedałował całym ciałem, ale wykonał swoje zadanie i dowiózł nas na miejsce. Brak transportu albo ciężki dostęp do niego, jest minusem miasta, na szczęście są riksze. Po zakupie biletu, pojechaliśmy do Ghatu najbardziej oddalonego od naszego hotelu. Nasz kierowca, był pijany albo naćpany, kiedy patrzyłem w lusterko koleś ewidentnie przysypiał, kiedy głowa spadała mu do kierownicy szybko ja podnosił, żeby zaraz znów opuścić (wyglądał trochę jak stare piesek w samochodzie mojego dziadka). Podróż nie była długa, udało się nam przeżyć. Zrobiliśmy sobie spacer wzdłuż rzeki podziwiając Ghaty. W czasie jednego z postojów, do Paua i mnie podeszło dwóch kolesi, uścisnęli nam ręce, które po chwili zaczęli masować. Mówiliśmy, że nic im nie zapłacimy ale oni nadal kontynuowali. Po jakimś czasie czułem się już trochę zmęczony masażem i wyrwałem swoją rękę hindusowi, poprosił o pieniądze ale powiedziałem mu, że uprzedzałem, że nie zapłacę, ten popatrzył na mnie zawiedzionym wzrokiem i odszedł. Alba chciała sobie zrobić zdjęcie z krową, co jednak nie było takie proste, bo kiedy zbliżała się do zwierzaka, ten ruszał swoją głową pokazując, że ma rogi i nie chce zostać foto modelem, ale po jakimś czasie się udało. Było strasznie gorąco, więc zdecydowaliśmy się schować w cieniu wąskich uliczek. Moją uwagę przykuła, grupa ludzi, którzy nieśli zwłoki, owinięte w szare prześcieradło, było posypane pomarańczowymi kwiatami i ozdobione kolorowymi materiałami. Podążaliśmy za nimi, aż do Ghatu. Na miejscu znajdowały się piramidy ułożone z drewna, przy brzegu palone były zwłoki, które spoczywały na drewnie, kiedy ubranie się dopalało, osoby odpowiedzialne za pochówek przykrywały odkryte ciało nieboszczyka. Muszę przyznać, że widok płonącego ciała, nie wzbudził we mnie żadnych emocji (co mnie trochę zdziwiło). Zaczepił nas młody tubylec i zaczął opowiadać o wszystkim co się tutaj dzieje, zabrał nas do domu dla ludzi, którzy przyjeżdżali do Varanasi aby umrzeć. Pomieszczenie było czarne od dymu, który pochodził ze spalonych zwłok, na podłodze leżeli ludzie starzy, wychudzeni, bez kończyn, czekali na wyzionięcie ducha. Powiedział nam, że kobiety w ciąży i dzieci, które nie ukończyły 10 lat, nie mogą być spalone, do ich ciał, przywiązywane są kamienie, a później ciała wrzucane są do „Matki Gangi”. Po wykładzie zeszliśmy na dół, do rzeki właśnie wrzucano popiół i wszystko co zostało po spaleniu. W wodzie znajdowało się dwóch panów z wielkimi sitkami, wyławiali oni złoto, z którym nieboszczyk został pochowany (jest to zapłata za usługi). Wieczorem na rzece pojawiały się łodzie wypełnione miejscowymi i turystami, Ghaty wypełnione były ludźmi. Czarne niebo znów rozświetlały małe świeczki. Alba, Pau i ja nie czekaliśmy tym razem do końca ceremonii i zmyliśmy się wcześniej, po drodze spotkaliśmy Hiszpano-hindusa (poznaliśmy go w pociągu), który gawędził z hinduskim przyjacielem. Pogadaliśmy z nimi trochę, kiedy powiedzieliśmy, że idziemy do hotelu, tubylec zaprosił nas do siebie. Koleś powiedział nam, że jest właścicielem hostelu, kiedy wchodziliśmy do budynku, ciarki przeszły mnie po plecach, nieoświetlone korytarze, woda na podłodze, która ledwo mogłem dostrzec, zwisające pajęczyny, które przyczepiały się do twarzy (przez chwile zastanawiałem się CO MY TU DO CHOLERY ROBIMY!?). Chwilę później znaleźliśmy się w zaniedbanym ale klimatycznym ogrodzie, tubylec rozłożył karimaty, zapalił kadzidła i zaczął przygotowywać marychę. To było chyba najdłuższe przygotowywanie trawy jakie widziałem, koleś co jakiś czas błogosławił roślinkę, później odprawiał jakieś modły, myślałem, że zaraz zacznie ją całować, w końcu nabił pomarańczowo – ceramiczną (Shillum), zrobił nią jakieś znaki w powietrzu, wymamrotał coś w hindi i wciągnął dym do płuc, po czym podał fajkę dalej. Posiedzieliśmy w ogrodzie tylko chwilę, tubylec ciągle się wymądrzał, miał się za jakiegoś wszechwiedzącego, myśliciela, kapłana może nawet kosmitę, nie dawał nikomu dojść do słowa i prowadził swój monolog. Wróciliśmy do hotelu, posiedzieliśmy jeszcze chwilę na dachu, aż w końcu zmęczenie dało się we znaki, a opadająca głowa chciała przytulić się do poduszki, nie chciałem z nią walczyć i rozeszliśmy się do pokoi.

Ostatniego dnia poszliśmy zobaczyć kampus uniwersytecki Varanasi, było to bardzo zielone miejsce, wszystkie budynki pomalowane były na beżowo. Byliśmy jednak trochę zawiedzeni i poszliśmy do znajdującej się niedaleko świątyni małp. Te śmieszne stworzenia przywitały nas już przy bramie, musieliśmy oddać wszystkie rzeczy przy wejściu. Futrzaki były wszędzie, na drzewach, chodniku, siatkach, przy  kranach z wodą. Przed wejściem do świątyni, trzeba było ściągnąć obuwie, tubylcy modlili się do boga Hanumana (ciało człowieka z twarzą małpy), składali również ofiary, my w tym czasie podziwialiśmy płaskorzeźby, malowidła, których było całkiem sporo, ale oczywiście największą atrakcją były małpy, które z niezwykła sprawnością kradły jedzenie zwiedzającym z rąk, jak by miały to we krwi, wyssane z matczynego cyca. Po świątyni poszliśmy pożegnać się z „Matką Gangą”, siedliśmy na szczycie naszego ulubionego Ghatu, w rzece kąpali się tubylcy, część z nich prało ubrania, a zaraz obok pływała zdechła krowa. JA TEGO NIE ROZUMIEM, wiem, że to święta rzeka ale nie kumam jak ludzie mogą się myć w tym samym miejscu, gdzie pływają trupy ich rodzin, a krowy srają.

Pobyt w Varansi bardzo mi się podobał, poznałem świetnych ludzi z Hiszpanii Albę i Paua, spacery wąskimi uliczkami były fantastyczne (prawie zawsze), ulice pełne zwierząt (krowy, psy, kozy, małpy, owce), sprawiały, że miasto umarłych stawało się dzikie. No i oczywiście święta rzeka „Matka Ganga” jak ją nazywają tubylcy, w nocy i w dzień zawsze ma coś do zaoferowania, jest ona najbardziej uniwersalna ze wszystkich flor oraz faun jakie widziałem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *