nagarkot – droga „maryśki” i wypadek znajomego

Po podróży wypełnionym po dach autobusie wylądowaliśmy w Nagarkot. Przyjechaliśmy do tego górskiego miasteczka ponieważ, widoki miał być niesamowite. Niestety wredne chmurzyska zakryły nam góry, byliśmy bardzo zawiedzeni. Na szczęście znaleźliśmy tani nocleg, kupiliśmy piwo i usiedliśmy na wzgórzu, rozpoczęliśmy relaks. Dużo rozmawialiśmy na temat kolejnych planów podróży, kiedy wracaliśmy do hostelu zobaczyliśmy na naszej drodze DUŻO, WIĘCEJ, JESZSZCZE WIĘCEJ krzaków „Maryśki”. Pau był naszym druidem, interesował się roślinami leczniczymi, w Barcelonie zajmował się rolnictwem z długimi włosami i brodą przypominał mi Panoramixa z Asterixa i Obelixa. Zaczął pocierać krzaki, aż jego dłonie stały się czarne, kiedy weszliśmy do hostelu Pau zdzierał czarny nalot z dłoni, z którego później ulepił kostkę haszu i skręcił jonta. Kiedy zapadł zmrok poszliśmy do restauracji napełnić nasze żołądki. Ja dałem czadu i zjadłem chowmein, tosta, a później poprosiłem o naleśniki z bananem polane czekoladą. Doznałem ciąży spożywczej. Kiedy surfowaliśmy po Internecie szukając informacji, jak wydostać się z Nepalu wschodnią stroną, Pau znalazł na FB informację, że nasz znajomy Hiszpan, którego poznaliśmy w Pokharze miał wypadek i leży w szpitalu w Kathmandu. Uśmiechy zniknęły z naszych twarzy, postanowiliśmy odwiedzić Gonzalo w szpitalu, kiedy będziemy wyjeżdżać. Kiedy wróciliśmy do hostelu ściany były przyozdobione wielkimi ćmami żółtego koloru, wyglądało to fantastycznie przy żółtym świetle, które dochodziło od żarówek. Z rana poszedłem do lasu, pachniał przepięknie i bardzo intensywnie, już dawno nie czułem takiego zapachu, przez większość czasu moje nozdrza wypełniał zapach kurzu unoszącego się z ulic i spalin ze starych autobusów. Położyłem się na ziemi usłanej dużą ilością igieł, które opuściły drzewa, starałem się nie zasnąć. Kiedy wracałem do hostelu, dziewczynki z rodzinny, u której mieszkaliśmy plotły wianki na ostatnie dni festiwalu Diwali. Spakowaliśmy się i poszliśmy szukać transportu do Kathmandu.

Szpital wyglądał całkiem nieźle, spodziewałem się gorszych warunków. Pokój, w którym leżał nasz znajomy wyglądał lepiej niż u nas w Polsce. Nie byliśmy jedynymi gośćmi, w pokoju znajdywała się Hiszpanka i Chinka. Po uściskach wysłuchaliśmy całej historii. W autobusie znajdywało się 66 osób, cześć ludzi siedziało na dachu, co jest dość popularne w Nepalu. Na zakręcie pojazd przechylił się za mocno i koziołkował na szczęście zatrzymał się na kawałku prostego terenu, dzięki czemu nie wszyscy zginęli. Śmierć w wypadku poniosło 14 osób, w tym dwie dziewczyny z Izraela, z którymi chłopak rozmawiał przed startem autobusu. Gdy jechał w karetce wypełnionej rannymi, jedna Nepalka trzymała w rękach córkę, krzyczał i modliła, później okazało się, że dziewczyna, nie żyje. Kiedy o tym mówił z oczu po policzkach zaczęły ściekać łzy. Miał lekkie limo, rozcięte czoło i  nadszarpany kawałek szyi. Nic groźnego mu się nie stało, ale ze względu na uraz głowy lekarze chcieli go zatrzymać na obserwacji. Powiedział, że już nigdy nie wsiądzie do lokalnych autobusów w tym kraju.

W smutnych nastrojach pojechaliśmy na stację złapać transport do granicy. Po 14 godzinach dojechaliśmy Janakpur w mieście znajduje się świątynia, która jest celem pielgrzymów z Indii i Nepalu. Spędziliśmy tam parę godzin, pierwszy raz kupiliśmy chleb w Nepalu, posmarowaliśmy go dżemem, który był obrzydliwy, w powietrzu unosił się kurz, a na ulicach psy urządzały sobie orgię. W końcu doczekaliśmy się na nasz autobus, który oczywiście był przepełniony, zacisnęliśmy zęby i ruszyliśmy ku Indiom. Na granicy wypełniliśmy papierkową robotę, zjedliśmy ostatni Nepalski posiłek, przeszliśmy przez most, który oddzielał Indie od Nepalu. Na moście jeździły ryksze wypełnione ludźmi i produktami spożywczymi, rzeka była niemal doszczętnie wyschnięta w jej małym strumieniu kąpały się dzieci, a krowy zaspokajały pragnienie. Po Indyjskiej stronie stały rozłożone namioty, wyglądało to jak mały obóz dla uchodźców. Wypełniliśmy kolejne papiery, odpowiedzieliśmy na pytania celników, dostaliśmy pieczątki, złapaliśmy autobus i pojechaliśmy do Siliguri.

Nepal był wspaniały, kolorowe domki, uśmiechnięci ludzie, piękne dziewczyny, świątynie. Przyroda cudowna, piękne Himalaje, rzeki spływające z gór, wiszące mosty, jedzenie. W tym kraju czułem się cudownie, bardzo bym chciał tam wrócić na spływ kajakowy, zdobyć jeden ze szczytów Himalajów i odwiedzić parki narodowe. Mam nadzieje, że do tego czasu rzucę palenie, przybiorę trochę masy i nabiorę formy. KOCHAM NEPAL!!!

 

kathmandu – świątynia małp i święto diwali

Nadszedł czas na stolicę Nepalu. Po pięknych miasteczkach pojechaliśmy do zatłoczonego i pełnego kurzu Kathmandu. Kiedy wjeżdżaliśmy do stolicy, widok był przerażający, brudne ulice, zaniedbane domy, bieda, której aż tak nie było widać we wcześniejszych miejscach. Chodziliśmy starymi uliczkami miasta, przeciskając się przez gromady ludzi, unikaliśmy zderzenia z motocyklami chowając się między straganami, aż w końcu udało nam się znaleźć hotel, który mieścił się w dzielnicy Thamel.

Następnego dnia poznawaliśmy miasto, które w każdym zaułku skrywało jakaś małą świątynie, lub stary, piękny budynek. Ulice były pełne ludzi, robiących zakupy i przygotowywali się do Święta Światła Diwali. Pau nie przepadał za dużymi miastami więc szybko chciał odbębnić zabytki, ruszyć dalej do spokojnych wiosek, Alba i ja mieliśmy jednak inne plany, trzeba było kupić kartki, pamiątki. Nie było z tym większego problemu, sklepów z pamiątkami, kartkami w Kathmandu jest sporo nie wiem czy nie więcej niż lokali North Face. Ludzie często zaczynają podróż po Nepalu właśnie od stolicy, tubylcy więc trafili na żyłę złota i sprzedają podróbki znanych firm trekkingowych, oczywiście można znaleźć rzeczy dobrej jakości „perełki”, część z tych rzeczy nie trafiła do firmowych ze względu na jakąś skazę. Ja kupiłem Softshella, torbę wodoodporną (do tej pory mnie nie zawiodły) i czapki Nepalskie, Alba zadowoliła się plecakiem. Wieczorem znaleźliśmy małą restaurację, w której ludzie grali na gitarze. Stwierdziliśmy, że będzie to dobry klimat, siedliśmy, zamówiliśmy jadło, po jakimś czasie Pau przejął instrument i zaczął grać hiszpańskie piosenki, a później znane hity, do których wszyscy śpiewali. Po jakimś czasie przyszło więcej ludzi i zaczął się karciany hazard, nie przyłączyliśmy się do gry. W Nepalu zawsze gra się na pieniądze. Wróciliśmy do pokoju zmęczeni całym dniem chodzenia i poszliśmy spać na naszych dwóch złączonych łóżkach (nie mieli 3 osobowego pokoju).

Wstaliśmy bladym świtem, ruszyliśmy zwiedzać kolejne części miasta. Durbar Sguare z pałacem królewskim Hanuman Doka wyglądał SUPER!!! Pełny był wieżyczek, których wyższe poziomy były coraz mniejsze ozdobionymi w czerwonymi falbankami, które powiewały na wietrze. Do budowli wchodziło się przez  portale wykonane z drewna, w których wyrzeźbione były postacie potworów i ludzi. Nad placem i budynkami latały stada gołębi, których zabójcze, śmierdzące odchody znajdowały się na całej kostce brukowej (wielu ludzi się ślizgało).  Ulice wypełnione były małymi kapliczkami, miedzy ludźmi przedzierały się ryksze z parasolami. Kiedy wyszliśmy z centrum poszliśmy do Swayambunath Świątyni Małp. NO NIE, ZNÓW DUŻO WYSOKICH SCHODÓW !!! Ulubione miejsce futrzaków mieściło się na wysokiej górce. Na dole znajdywało się dużo straganów, jak przez całą drogę na górę. Za wstęp musieliśmy zapłacić 200 rupi, co zniechęciło Paua, Alba i ja zdecydowaliśmy się na wejście. W środku spotkaliśmy się może 3 małpy, mimo to świątynia była bardzo ładna, na środku stała biała stupa z namalowanymi oczami i nosem, zakończona złotym stożkiem, wszędzie powiewały buddyjskie flagi, i posągi świętego człowieka. Małpy miały nawet swój prywatny basen, w którym oddawały się kąpielom, niestety, nie było nam dane tego zobaczyć. Warto było jednak wdrapać się na szczyt ze względu na widok całej stolicy. Kiedy schodziliśmy spotkaliśmy futrzaki, które zdecydowały się opuścić własne miasto i wyjść na spacer. Były wszędzie na schodach, rozstawionych stoiskach, murach. Postanowiłem się zbliżyć do naszych kuzynów ale nie za blisko. Po gorącym dniu wybraliśmy się do restauracji na zimne piwo, które miało nam pomóc położyć spać, w drodze do hotelu spotkaliśmy Mika (jeden z Maltańskich braci) z dziewczyną, namówił nas na wizytę w Nagarkot, którą rozważaliśmy, pogadaliśmy trochę, powspominaliśmy Pokharę i rozeszliśmy się.

Na kolejny dzień zaplanowaliśmy Patan, w dzień Diwali ulice wypełnione były kwiatami nad głowami powiewały kolorowe wstążki, część sklepów była pozamykanych, przed lokalami, które były otwarte ludzie malowali kolorowe znaczki przypominające kwiatki, w większości z nich znajdywały się swastyki, dookoła porozstawiane były małe świeczki, od malowideł rysowane były ścieżki, prowadzące do sklepów. Ulicami biegały psy i inne zwierzęta umalowane różnymi kolorami, ozdobione w naszyjniki z pomarańczowych kwiatków. Po długim spacerze doszliśmy do Patan, zapadł już zmrok, zabytki rozświetlały lampiony porozwieszane na budynkach, z głośników dobiegały Nepalskie oraz Hinduskie piosenki, z boku dobiegały odgłosy wybuchających petard. Po jakimś czasie siedzenia w centrum Patan, zdecydowaliśmy się na powrót do guest housu, z rana czekała nas wyprawa do Nagarkot.

 

bandipur – średniowieczne miasteczko i poranki z himalajami

Po kolorowej Pokharze pojechaliśmy do Bandipur. Miasto położone jest na wysokości  1030 m.n.p.m. Zakwaterowaliśmy się w guest housie tuż obok przystanku autobusowego. Miasteczko od razu mi się spodobało. Samochodów nie było, wszystkie zatrzymywały się przed wjazdem do miasta, tubylcy nosili wszystko w koszach, które trzymali na głowach lub wozili drewnianymi wozami. Budynki z pomarańczowej cegły, drewniane balkony i okna z okiennicami, z których zwisały kolorowe kwiaty, brukowe drogi, drzwi które znajdowały się w dolnych częściach domów rozciągały się po całej ich długości. EKSTRA !!! Żeby tego wszystkiego było mało miasteczko było otoczone zielonymi górami, a w oddali białe Himalaje O TAK!!!

Poszliśmy na wzniesienie, które zaproponowała nam właścicielka hostelu. Widok był bardzo ładny na dole wił się biały wąż w postaci rzeki Marsyangdi, małe domki wyrastały z pobliskich zielonych gór. Posiedzieliśmy chwilę zahipnotyzowani widokiem, a później poszliśmy do buddyjskiej świątyni. Pomarańczowy domek otoczony był kolorowymi flagami (bały, niebieski, żółty, zielony, czerwony), które powiewały na wietrze. W środku było dość surowo, białe ściany, kilka obrazów, złoty Budda, bębny, dużo świeczek, a w powietrzu unosił się zapcha kadzideł. Mnich odział nas w białe chusty, ukłonił się Buddzie i zawiązał mi sznurek na ręce. Po świątyni odpoczywaliśmy pod wielkim, starym drzewem, Pau zaczął medytować. W drodze powrotnej spotkaliśmy dzieciaki, które pokazywały nam małe szczurki i chciały zrobić sobie z nami zdjęcie. Wieczorem chodziliśmy rozświetlonymi przez lampiony i latarnie uliczkami, nakarmiliśmy nasze brzuchy Mo-Mo i Chowmein.

Następnego ranka wstaliśmy wcześnie, musieliśmy się wspiąć na pobliską górę, wszyscy mieszkańcy mówili, że widok jest niesamowity. Wchodziliśmy po stromym zboczu, wypełnionym szarymi głazami, obrośniętym zieloną trawą. Kiedy weszliśmy na szczyt, panował jeszcze mrok, a na niebie wisiał księżyc. Na dole widać było morze białych chmur z których wyłaniały się wzgórza przypominające grzbiety wielorybów. Usiedliśmy na ławce, turyści wyciągali swój sprzęt i wszyscy oczekiwali na wschód słońca. Rozświetlona pomarańcza zaczęła wyłaniać się zza wzgórza, rzucając pomarańczowe promienie na pokryte śniegiem wierzchołki Himalajów SUPER!!!SUPER!!! Po kilku minutach wspaniałego widoku zeszliśmy do miasta, zjedliśmy śniadanie w naszym guest housie. Nasza gospodyni, była przemiłą kobietą, AŻ ŻYGAĆ SIĘ CHCIAŁO, zawsze proponowała jakieś smakołyki, przekąski, czułem się jak Jaś, myślałem, że baba mnie zje. Nazywała mnie „BABU”(młodszy brat), starał się nauczyć wszystkich języków świata, kiedy ktoś zostawał sam, przysiadał się i zadawała niekończący się zestaw pytań.

Po południu wybraliśmy się na spacer do pobliskich wiosek. Droga przez jakiś czas wiodła przez las, który chronił nas przed słońcem, niestety, później  drzewa się skończyły, a z nas zaczął lać się pot. Pobliskie krzaki pokryte były dużą ilością pajęczyn, co nie cieszyło mnie, bo pająki w tym regionie były największe jakie widziałem. W jednym miejscu zostaliśmy otoczeni przez pasterzy z owcami i krowami. Po 2 godzinach dotarliśmy do wioski, wyglądała bardzo ładnie, domki zbudowane były z beżowej wyschniętej cegły, dachy były pokryte strzechą, prymitywne zagrody strzegły bydła, kobiety nosiły zbiory w koszach, chyba najlepszy obraz wsi jaki widziałem. Doszliśmy do punktu widokowego, zamówiliśmy po zimnej Coca coli po opróżnieniu małych butelek twarze Alby i Paua padły na stół. Wieczorem zjedliśmy Dal u naszej gospodyni, a później wybraliśmy się na spacer po ulicach miasteczka.

Z rana spojrzeliśmy jeszcze raz na piękne góry, poszliśmy zrobić zakupy, w czasie których zaczęła się  dla mnie i dla Alby przygoda ze słodyczami. Wsiedliśmy do autobusu, pożegnaliśmy się z ostatni raz z Bandipur i ruszyliśmy do Kathmandu. Było niesamowicie, dziękuje, za wspaniałe poranki i za cofnięcie się w czasie NIESAMOWITY KLIMAT !!!

 

pokhara – welcome nepal i „titanic Mike”

Podróż do Pokhary była długa i niewygodna, najpierw jechaliśmy pociągiem do Gorakhpur około 13 h, gdzie przesiedliśmy się do autobusu, który zawiózł nas do granicy Indyjsko – Nepalskiej Sonauli co zajęło 3h. Z nieba zaczęły spadać pierwsze krople deszczu – Indie płakały, gdy je opuszczamy . Na miejscu, wymieniliśmy pieniądze i zaczęła się biurokracja, wypełnianie formularzy, pytania. Kiedy przekroczyliśmy granicę, zapłaciliśmy za wizę 30 USD, wypełniliśmy kolejne papierki i w naszych paszportach znalazła się wiza na 30 dni. Dziurawe drogi, błoto, kałuże, stragany, szare budynki z poobdrapywanymi ścianami, tak właśnie wyglądało pierwsze miasteczko w Nepalu. Już od samego początku, ludzie proponowali nam transport jeepem do Pokhary albo Kathmandu, odmawialiśmy i poszliśmy do budki, kupić bilety na miejscowy autobus. Musieliśmy poczekać na transport 4 godziny, więc poszliśmy do miejscowej restauracji, gdzie zamówiliśmy chowmein (smażony makaron z warzywami). O godzinie 17:00 zjawił się rozklekotany autobus, z łysymi oponami i ruszyliśmy „szwajcarsko-serowymi” drogami do Pokhary. W czasie drogi nasz autobus zaczął przeciekać, cały plecak Alby był mokry, moje spodnie od strony okna mogłem wyciskać jak mokrą szmatę. W dziurawym, zimnym pojeździe poznaliśmy młodego indyjskiego prawnika Dushyanta, który towarzyszył nam w Pokharze. Po 14h dotarliśmy do celu, miasto jeszcze spało, na dworze nie było żywej duszy. Wypiliśmy po czaju, aby rozgrzać nasz zimne ciałka, później złapaliśmy taksówkę i pojechaliśmy szukać hostelu. Deszcz nie odpuszczał, na niebie kłębiły się chmury, czułem, że zaczynam łapać „doła”. Kiedy udało nam się znaleźć hostel, co nie było łatwe, bo wszystko było pozajmowane, zostawiliśmy plecaki i poszliśmy do pobliskiego baru. Pijąc piwo, opowiadaliśmy historie, poznawaliśmy siebie lepiej, na sam koniec zaplanowaliśmy następny dzień i rozeszliśmy się do pokoi.

 Z rana, mojej głowie przypominał się Nepal Ice ( piwo), wziąłem szybki prysznic, szybko doszedłem do siebie, byłem gotowy na wspinaczkę. Pogoda nam dopisała, z uśmiechami ruszyliśmy pod górę zobaczyć Peace Pagodę. Alba, Pau, i ja dawaliśmy radę, Dushyant jednak szedł powoli, robił częste przystanki (zrozumiałem dlaczego po Indyjskich miastach jeździ tyle rykszy i tuk tuków – Hindusi nie lubią chodzić). Na szczycie znajdowała się biała pagoda, na której namalowane były oczy i nos, charakterystyczne dla Nepalu, przy zboczach góry powiewały kolorowe buddyjskie flagi. Niestety nie mogliśmy zobaczyć Himalajów, które przysłaniały wielkie chmury, usiedliśmy w kawiarni, gdzie czekaliśmy z nadzieją, że najwyższe pasmo górskie przebije się przez zachmurzone niebo. Na miejscu poznaliśmy Hiszpana Gonzalo i Duńczyka Jakoba, pogadaliśmy trochę i stwierdziliśmy, że razem wrócimy do miasta. Po jakimś czasie chmurzyska zaczęły ustępować i mogliśmy zobaczyć wierzchołki. Niestety robiło się późno, więc zaczęliśmy wracać. Wybraliśmy inną ścieżkę, która wiodła przez las, droga nie była łatwa, dużo błota, przewrócone drzewa, wąskie ścieżki przy zboczach, śliskie kamienie utrudniały zejście na dół. Przez chwile myśleliśmy, że się zgubiliśmy bo schodziliśmy dłużej niż myśleliśmy, na szczęście udało nam się zejść do doliny przed zapadnięciem zmroku. Przechodziliśmy przez pola ryżowe i piękny chodź mały wiszący most, pod którym płynęła rzeka, w oddali widać było Annapurne i biały księżyc. Ulice miasta rozświetlały latarnie, lampiony wiszące na słupach i kolorowe witryny sklepowe. Wieczorem spotkaliśmy się z Maltańskimi braćmi Mikem i Lukem (poznaliśmy ich na dworcu w Varansi) w guest housie „Namaste” , w którym zazwyczaj spędzaliśmy wieczory, słuchaliśmy muzyki, ludzie grali na gitarach, śmiechy chichy i dobra zabawa nas nie opuszczała, pewnie przez piwa i hasz, który właściciel hostelu palił w niesamowitych ilościach, którymi oczywiście się dzielił z gośćmi, którzy dawali mu zarobić. Poznaliśmy nowych ludzi, którzy zdecydowali się ruszyć z nami następnego dnia zdobywać kolejne szczyt Pokhary Sarangot.

Słońce pukało swoimi promieniami do okna mojego pokoju, tak właśnie pogoda witała mnie każdego ranka w tym małym, kolorowym miasteczku. Jak każdego ranka poszedłem do swojej ulubionej restauracji i zamówiłem Mo- Mo, znajomi zaczęli się schodzić, kiedy wszyscy zjedli ruszyliśmy w drogę. Nasza ekspedycja była spora dwójka Hiszpanów, przepraszam, Katalończyków Alba i Pau, Maltańczyk Mike, Portugalczyk Tiago, Duńczyk Jakob i Ja. Wszyscy dzielnie wspinaliśmy się pod górę, która była o wiele trudniejsza od tej z dnia poprzedniego. Papierosy chciały zabić mnie po raz drugi w czasie mojej podróży po Azji, energii dodali Japońscy dziadkowie, którzy właśnie schodzili z góry i mówili, że widok jest niesamowity. Poklepałem Mika po plecach,  był równie wykończony jak ja, z jego łysej główki spływały krople potu, powiedziałem, że jak oni dali radę to my też damy. Kiedy wyszliśmy z lasu, na górską polanę nad naszymi głowami latały kolorowe paralotnie z krzyczącymi z zachwytu ludźmi, u naszych stóp widać było jezioro Phewa Tal i miasteczko otoczone zielonymi wzgórzami. Musieliśmy jednak zwiększyć tempo, bo białe chmury, które wyglądały jak wyprane w Perewollu White Magic, wznosiły się coraz wyżej. WOW, JEST PIĘKNIE, dotarliśmy na górę, widok zapierał dech w piersiach, piękne Himalaje, pokryte śniegiem, wybijały się ponad chmury. Ten widok cieszył nasze oczy, siedzieliśmy tak przez chwile w ciszy i wpatrywaliśmy się w najwyższe góry świata. Spędziliśmy na szczycie chyba godzinę, górskie powietrze jakoś wpłynęło na nasze organizmy i część ludzi z naszej ekspedycji zaczęła się rozciągać, a niektórzy turyści, kiedy to zobaczyli zaczęli robić to samo. Droga na dół poszła dużo sprawniej, w mgnieniu oka dotarliśmy na dół, moje stopy były zmęczone, przez podeszwę conversów czułem każdy kamień na swojej drodze (nie ma to jak wybór dobrego obuwia). Wieczorem spotkaliśmy się w restauracji, gdzie jedliśmy wegetariańskie burgery, piliśmy zimne piwko. Miejsce było fantastyczne, małe domki zrobione z bambusa, dachy pokryte były wyschniętą trzciną, z kabli zwisały kolorowe lampiony, a cały klimat poprawiała muzyka na żywo. Mike i Ja stwierdziliśmy, że następnego dnia musimy się wykąpać na środku jeziora. Ludziom szybko pomysł się spodobał, jednogłośnie stwierdziliśmy, że jutro wypożyczymy kajaki i popływamy.

Wypad na kajaki, trochę się przedłużał, ale w końcu wszyscy się stawili. Wypożyczyliśmy sprzęt, zwodowaliśmy nasze kolorowe pojazdy i staraliśmy się ruszyć do przodu. Kiedy nauczyliśmy się płynąć prosto, co zajęło nam trochę czasu wypłynęliśmy na środek jeziora. Ja wskoczyłem pierwszy, raczej wpadłem, woda była perfekcyjna, zaraz po mnie do wody wpadł Mike, inni się nie zdecydowali i zostali w kajakach. Po kilku sekundach starań udało mi się wejść na moją żółta łódkę, Mike stwierdził, że coś go ugryzło w nogę, zaczął panikować i chciał wejść szybko do swojego kajaka, który się przewrócił, szybko zaczął nabierać wody i zanurzać się połową swojej objętości w jeziorze. Tiago i ja szybko podpłynęliśmy, rzuciliśmy naszemu rozbitkowi kapok, staraliśmy się przechylić kajak, nie było to proste bo było w nim sporo wody, Mike ciągle mówił, że chce wyjść z wody bo coś go gryzie. Gdy udało nam się przewrócić kajak, następna próba abordażu dokonywana przez naszego kolegę zakończyła się kolejnym niepowodzeniem. Wskoczyłem do wody i pomogłem Mikowi, wejść na „pokład”. W kajaku wciąż było sporo wody ale unosił się na wodzie, Luk zrobił z butelki wiaderko, którym jego brat mógł wybierać wodę z łódki, trochę się baliśmy, że kajak pójdzie na dno jeziora i będziemy w plecy z kasą. Po całej operacji okrzyknąłem mojego Maltańskiego przyjaciela „Titanic Mike” zyskało to aprobatę reszty naszej grupy. Z uśmiechami na naszych ryjkach popłynęliśmy do świątyni, która znajdowała się na niewielkiej wyspie. Nie była zbyt ciekawa, szybko się zmyliśmy, oddaliśmy kajaki i poszliśmy na wspólny posiłek.

Przez kolejne dni, odpoczywaliśmy, chodziliśmy na spacery, ludzie robili zakupy przed wyprawą w góry. Niektórzy rezygnowali, ze względu na informacje o słabych warunkach panujących w Himalajach i śmierci turystów. Pokhara jest pięknym malowniczym miasteczkiem, z pięknymi widokami, wspaniałą atmosferą i tubylcami. Mimo, że sam początek mojego spotkania z Nepalem był pochmurny i szary, nie zapowiadał się najlepiej, Pokhara wszystko zmieniła, byłem ciekawy kolejnych miejsc, spragniony pięknych widoków, kolejnych przygód i ludzi na mojej drodze. Jak dla mnie Pokhara to obowiązkowy kierunek w Nepalu. DANIWAT POKHARA!!!