kathmandu – świątynia małp i święto diwali

Nadszedł czas na stolicę Nepalu. Po pięknych miasteczkach pojechaliśmy do zatłoczonego i pełnego kurzu Kathmandu. Kiedy wjeżdżaliśmy do stolicy, widok był przerażający, brudne ulice, zaniedbane domy, bieda, której aż tak nie było widać we wcześniejszych miejscach. Chodziliśmy starymi uliczkami miasta, przeciskając się przez gromady ludzi, unikaliśmy zderzenia z motocyklami chowając się między straganami, aż w końcu udało nam się znaleźć hotel, który mieścił się w dzielnicy Thamel.

Następnego dnia poznawaliśmy miasto, które w każdym zaułku skrywało jakaś małą świątynie, lub stary, piękny budynek. Ulice były pełne ludzi, robiących zakupy i przygotowywali się do Święta Światła Diwali. Pau nie przepadał za dużymi miastami więc szybko chciał odbębnić zabytki, ruszyć dalej do spokojnych wiosek, Alba i ja mieliśmy jednak inne plany, trzeba było kupić kartki, pamiątki. Nie było z tym większego problemu, sklepów z pamiątkami, kartkami w Kathmandu jest sporo nie wiem czy nie więcej niż lokali North Face. Ludzie często zaczynają podróż po Nepalu właśnie od stolicy, tubylcy więc trafili na żyłę złota i sprzedają podróbki znanych firm trekkingowych, oczywiście można znaleźć rzeczy dobrej jakości „perełki”, część z tych rzeczy nie trafiła do firmowych ze względu na jakąś skazę. Ja kupiłem Softshella, torbę wodoodporną (do tej pory mnie nie zawiodły) i czapki Nepalskie, Alba zadowoliła się plecakiem. Wieczorem znaleźliśmy małą restaurację, w której ludzie grali na gitarze. Stwierdziliśmy, że będzie to dobry klimat, siedliśmy, zamówiliśmy jadło, po jakimś czasie Pau przejął instrument i zaczął grać hiszpańskie piosenki, a później znane hity, do których wszyscy śpiewali. Po jakimś czasie przyszło więcej ludzi i zaczął się karciany hazard, nie przyłączyliśmy się do gry. W Nepalu zawsze gra się na pieniądze. Wróciliśmy do pokoju zmęczeni całym dniem chodzenia i poszliśmy spać na naszych dwóch złączonych łóżkach (nie mieli 3 osobowego pokoju).

Wstaliśmy bladym świtem, ruszyliśmy zwiedzać kolejne części miasta. Durbar Sguare z pałacem królewskim Hanuman Doka wyglądał SUPER!!! Pełny był wieżyczek, których wyższe poziomy były coraz mniejsze ozdobionymi w czerwonymi falbankami, które powiewały na wietrze. Do budowli wchodziło się przez  portale wykonane z drewna, w których wyrzeźbione były postacie potworów i ludzi. Nad placem i budynkami latały stada gołębi, których zabójcze, śmierdzące odchody znajdowały się na całej kostce brukowej (wielu ludzi się ślizgało).  Ulice wypełnione były małymi kapliczkami, miedzy ludźmi przedzierały się ryksze z parasolami. Kiedy wyszliśmy z centrum poszliśmy do Swayambunath Świątyni Małp. NO NIE, ZNÓW DUŻO WYSOKICH SCHODÓW !!! Ulubione miejsce futrzaków mieściło się na wysokiej górce. Na dole znajdywało się dużo straganów, jak przez całą drogę na górę. Za wstęp musieliśmy zapłacić 200 rupi, co zniechęciło Paua, Alba i ja zdecydowaliśmy się na wejście. W środku spotkaliśmy się może 3 małpy, mimo to świątynia była bardzo ładna, na środku stała biała stupa z namalowanymi oczami i nosem, zakończona złotym stożkiem, wszędzie powiewały buddyjskie flagi, i posągi świętego człowieka. Małpy miały nawet swój prywatny basen, w którym oddawały się kąpielom, niestety, nie było nam dane tego zobaczyć. Warto było jednak wdrapać się na szczyt ze względu na widok całej stolicy. Kiedy schodziliśmy spotkaliśmy futrzaki, które zdecydowały się opuścić własne miasto i wyjść na spacer. Były wszędzie na schodach, rozstawionych stoiskach, murach. Postanowiłem się zbliżyć do naszych kuzynów ale nie za blisko. Po gorącym dniu wybraliśmy się do restauracji na zimne piwo, które miało nam pomóc położyć spać, w drodze do hotelu spotkaliśmy Mika (jeden z Maltańskich braci) z dziewczyną, namówił nas na wizytę w Nagarkot, którą rozważaliśmy, pogadaliśmy trochę, powspominaliśmy Pokharę i rozeszliśmy się.

Na kolejny dzień zaplanowaliśmy Patan, w dzień Diwali ulice wypełnione były kwiatami nad głowami powiewały kolorowe wstążki, część sklepów była pozamykanych, przed lokalami, które były otwarte ludzie malowali kolorowe znaczki przypominające kwiatki, w większości z nich znajdywały się swastyki, dookoła porozstawiane były małe świeczki, od malowideł rysowane były ścieżki, prowadzące do sklepów. Ulicami biegały psy i inne zwierzęta umalowane różnymi kolorami, ozdobione w naszyjniki z pomarańczowych kwiatków. Po długim spacerze doszliśmy do Patan, zapadł już zmrok, zabytki rozświetlały lampiony porozwieszane na budynkach, z głośników dobiegały Nepalskie oraz Hinduskie piosenki, z boku dobiegały odgłosy wybuchających petard. Po jakimś czasie siedzenia w centrum Patan, zdecydowaliśmy się na powrót do guest housu, z rana czekała nas wyprawa do Nagarkot.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *