pokhara – welcome nepal i „titanic Mike”

Podróż do Pokhary była długa i niewygodna, najpierw jechaliśmy pociągiem do Gorakhpur około 13 h, gdzie przesiedliśmy się do autobusu, który zawiózł nas do granicy Indyjsko – Nepalskiej Sonauli co zajęło 3h. Z nieba zaczęły spadać pierwsze krople deszczu – Indie płakały, gdy je opuszczamy . Na miejscu, wymieniliśmy pieniądze i zaczęła się biurokracja, wypełnianie formularzy, pytania. Kiedy przekroczyliśmy granicę, zapłaciliśmy za wizę 30 USD, wypełniliśmy kolejne papierki i w naszych paszportach znalazła się wiza na 30 dni. Dziurawe drogi, błoto, kałuże, stragany, szare budynki z poobdrapywanymi ścianami, tak właśnie wyglądało pierwsze miasteczko w Nepalu. Już od samego początku, ludzie proponowali nam transport jeepem do Pokhary albo Kathmandu, odmawialiśmy i poszliśmy do budki, kupić bilety na miejscowy autobus. Musieliśmy poczekać na transport 4 godziny, więc poszliśmy do miejscowej restauracji, gdzie zamówiliśmy chowmein (smażony makaron z warzywami). O godzinie 17:00 zjawił się rozklekotany autobus, z łysymi oponami i ruszyliśmy „szwajcarsko-serowymi” drogami do Pokhary. W czasie drogi nasz autobus zaczął przeciekać, cały plecak Alby był mokry, moje spodnie od strony okna mogłem wyciskać jak mokrą szmatę. W dziurawym, zimnym pojeździe poznaliśmy młodego indyjskiego prawnika Dushyanta, który towarzyszył nam w Pokharze. Po 14h dotarliśmy do celu, miasto jeszcze spało, na dworze nie było żywej duszy. Wypiliśmy po czaju, aby rozgrzać nasz zimne ciałka, później złapaliśmy taksówkę i pojechaliśmy szukać hostelu. Deszcz nie odpuszczał, na niebie kłębiły się chmury, czułem, że zaczynam łapać „doła”. Kiedy udało nam się znaleźć hostel, co nie było łatwe, bo wszystko było pozajmowane, zostawiliśmy plecaki i poszliśmy do pobliskiego baru. Pijąc piwo, opowiadaliśmy historie, poznawaliśmy siebie lepiej, na sam koniec zaplanowaliśmy następny dzień i rozeszliśmy się do pokoi.

 Z rana, mojej głowie przypominał się Nepal Ice ( piwo), wziąłem szybki prysznic, szybko doszedłem do siebie, byłem gotowy na wspinaczkę. Pogoda nam dopisała, z uśmiechami ruszyliśmy pod górę zobaczyć Peace Pagodę. Alba, Pau, i ja dawaliśmy radę, Dushyant jednak szedł powoli, robił częste przystanki (zrozumiałem dlaczego po Indyjskich miastach jeździ tyle rykszy i tuk tuków – Hindusi nie lubią chodzić). Na szczycie znajdowała się biała pagoda, na której namalowane były oczy i nos, charakterystyczne dla Nepalu, przy zboczach góry powiewały kolorowe buddyjskie flagi. Niestety nie mogliśmy zobaczyć Himalajów, które przysłaniały wielkie chmury, usiedliśmy w kawiarni, gdzie czekaliśmy z nadzieją, że najwyższe pasmo górskie przebije się przez zachmurzone niebo. Na miejscu poznaliśmy Hiszpana Gonzalo i Duńczyka Jakoba, pogadaliśmy trochę i stwierdziliśmy, że razem wrócimy do miasta. Po jakimś czasie chmurzyska zaczęły ustępować i mogliśmy zobaczyć wierzchołki. Niestety robiło się późno, więc zaczęliśmy wracać. Wybraliśmy inną ścieżkę, która wiodła przez las, droga nie była łatwa, dużo błota, przewrócone drzewa, wąskie ścieżki przy zboczach, śliskie kamienie utrudniały zejście na dół. Przez chwile myśleliśmy, że się zgubiliśmy bo schodziliśmy dłużej niż myśleliśmy, na szczęście udało nam się zejść do doliny przed zapadnięciem zmroku. Przechodziliśmy przez pola ryżowe i piękny chodź mały wiszący most, pod którym płynęła rzeka, w oddali widać było Annapurne i biały księżyc. Ulice miasta rozświetlały latarnie, lampiony wiszące na słupach i kolorowe witryny sklepowe. Wieczorem spotkaliśmy się z Maltańskimi braćmi Mikem i Lukem (poznaliśmy ich na dworcu w Varansi) w guest housie „Namaste” , w którym zazwyczaj spędzaliśmy wieczory, słuchaliśmy muzyki, ludzie grali na gitarach, śmiechy chichy i dobra zabawa nas nie opuszczała, pewnie przez piwa i hasz, który właściciel hostelu palił w niesamowitych ilościach, którymi oczywiście się dzielił z gośćmi, którzy dawali mu zarobić. Poznaliśmy nowych ludzi, którzy zdecydowali się ruszyć z nami następnego dnia zdobywać kolejne szczyt Pokhary Sarangot.

Słońce pukało swoimi promieniami do okna mojego pokoju, tak właśnie pogoda witała mnie każdego ranka w tym małym, kolorowym miasteczku. Jak każdego ranka poszedłem do swojej ulubionej restauracji i zamówiłem Mo- Mo, znajomi zaczęli się schodzić, kiedy wszyscy zjedli ruszyliśmy w drogę. Nasza ekspedycja była spora dwójka Hiszpanów, przepraszam, Katalończyków Alba i Pau, Maltańczyk Mike, Portugalczyk Tiago, Duńczyk Jakob i Ja. Wszyscy dzielnie wspinaliśmy się pod górę, która była o wiele trudniejsza od tej z dnia poprzedniego. Papierosy chciały zabić mnie po raz drugi w czasie mojej podróży po Azji, energii dodali Japońscy dziadkowie, którzy właśnie schodzili z góry i mówili, że widok jest niesamowity. Poklepałem Mika po plecach,  był równie wykończony jak ja, z jego łysej główki spływały krople potu, powiedziałem, że jak oni dali radę to my też damy. Kiedy wyszliśmy z lasu, na górską polanę nad naszymi głowami latały kolorowe paralotnie z krzyczącymi z zachwytu ludźmi, u naszych stóp widać było jezioro Phewa Tal i miasteczko otoczone zielonymi wzgórzami. Musieliśmy jednak zwiększyć tempo, bo białe chmury, które wyglądały jak wyprane w Perewollu White Magic, wznosiły się coraz wyżej. WOW, JEST PIĘKNIE, dotarliśmy na górę, widok zapierał dech w piersiach, piękne Himalaje, pokryte śniegiem, wybijały się ponad chmury. Ten widok cieszył nasze oczy, siedzieliśmy tak przez chwile w ciszy i wpatrywaliśmy się w najwyższe góry świata. Spędziliśmy na szczycie chyba godzinę, górskie powietrze jakoś wpłynęło na nasze organizmy i część ludzi z naszej ekspedycji zaczęła się rozciągać, a niektórzy turyści, kiedy to zobaczyli zaczęli robić to samo. Droga na dół poszła dużo sprawniej, w mgnieniu oka dotarliśmy na dół, moje stopy były zmęczone, przez podeszwę conversów czułem każdy kamień na swojej drodze (nie ma to jak wybór dobrego obuwia). Wieczorem spotkaliśmy się w restauracji, gdzie jedliśmy wegetariańskie burgery, piliśmy zimne piwko. Miejsce było fantastyczne, małe domki zrobione z bambusa, dachy pokryte były wyschniętą trzciną, z kabli zwisały kolorowe lampiony, a cały klimat poprawiała muzyka na żywo. Mike i Ja stwierdziliśmy, że następnego dnia musimy się wykąpać na środku jeziora. Ludziom szybko pomysł się spodobał, jednogłośnie stwierdziliśmy, że jutro wypożyczymy kajaki i popływamy.

Wypad na kajaki, trochę się przedłużał, ale w końcu wszyscy się stawili. Wypożyczyliśmy sprzęt, zwodowaliśmy nasze kolorowe pojazdy i staraliśmy się ruszyć do przodu. Kiedy nauczyliśmy się płynąć prosto, co zajęło nam trochę czasu wypłynęliśmy na środek jeziora. Ja wskoczyłem pierwszy, raczej wpadłem, woda była perfekcyjna, zaraz po mnie do wody wpadł Mike, inni się nie zdecydowali i zostali w kajakach. Po kilku sekundach starań udało mi się wejść na moją żółta łódkę, Mike stwierdził, że coś go ugryzło w nogę, zaczął panikować i chciał wejść szybko do swojego kajaka, który się przewrócił, szybko zaczął nabierać wody i zanurzać się połową swojej objętości w jeziorze. Tiago i ja szybko podpłynęliśmy, rzuciliśmy naszemu rozbitkowi kapok, staraliśmy się przechylić kajak, nie było to proste bo było w nim sporo wody, Mike ciągle mówił, że chce wyjść z wody bo coś go gryzie. Gdy udało nam się przewrócić kajak, następna próba abordażu dokonywana przez naszego kolegę zakończyła się kolejnym niepowodzeniem. Wskoczyłem do wody i pomogłem Mikowi, wejść na „pokład”. W kajaku wciąż było sporo wody ale unosił się na wodzie, Luk zrobił z butelki wiaderko, którym jego brat mógł wybierać wodę z łódki, trochę się baliśmy, że kajak pójdzie na dno jeziora i będziemy w plecy z kasą. Po całej operacji okrzyknąłem mojego Maltańskiego przyjaciela „Titanic Mike” zyskało to aprobatę reszty naszej grupy. Z uśmiechami na naszych ryjkach popłynęliśmy do świątyni, która znajdowała się na niewielkiej wyspie. Nie była zbyt ciekawa, szybko się zmyliśmy, oddaliśmy kajaki i poszliśmy na wspólny posiłek.

Przez kolejne dni, odpoczywaliśmy, chodziliśmy na spacery, ludzie robili zakupy przed wyprawą w góry. Niektórzy rezygnowali, ze względu na informacje o słabych warunkach panujących w Himalajach i śmierci turystów. Pokhara jest pięknym malowniczym miasteczkiem, z pięknymi widokami, wspaniałą atmosferą i tubylcami. Mimo, że sam początek mojego spotkania z Nepalem był pochmurny i szary, nie zapowiadał się najlepiej, Pokhara wszystko zmieniła, byłem ciekawy kolejnych miejsc, spragniony pięknych widoków, kolejnych przygód i ludzi na mojej drodze. Jak dla mnie Pokhara to obowiązkowy kierunek w Nepalu. DANIWAT POKHARA!!!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *