darjeeling – zimno, zimniej, najzimniej i never say „Hallo” to baby monkey

Jechaliśmy po krętych, górzystych drogach, jeepem w którym siedziało 11 osób, razem z kierowcą. Kiedy zawitaliśmy do Darjeeling, zaczął nam doskwierać mróz, trzeba było wyciągnąć z plecaka czapki, rękawiczki i kurtki. Znaleźliśmy bardzo tani nocleg, z czego na samym początku się ucieszyliśmy, niestety, później żałowaliśmy tego wyboru. Pokój był brzydki, jak większość w jakich spałem w Azji, brudny, słabo wyprana pościel, obdrapane ściany, śmierdząca wykładzina, brak ciepłej wody ale to nam w ogóle nie przeszkadzało, najgorsze było zimno. Kiedy oddychaliśmy, rozmawialiśmy z naszych ust wydobywała się biała para, w moim śpiworze, którego optymalna temperatura to 2 stopnie, spałem w bluzie, dresach, czapce i grubych skarpetach. Mimo okrutnego zimna poszliśmy zwiedzać miasto, którego ulice były bardzo zatłoczone, wieczorami, na scenie w rynku zawsze odbywały się występy taneczne – miały bardzo dużą publiczność, to i my pooglądaliśmy. W nocy poszliśmy do baru, w którym poczułem się jak w Anglii, duży wyświetlacz, na którym leciał mecz, z każdą następną minuta zaczęło się zbierać coraz więcej ludzi. Posiedzieliśmy chwilę i wróciliśmy do naszego lodowatego pokoju.

Drugiego dnia poszliśmy wszyscy razem wymienić pieniądze i załatwić zezwolenie dla Paua na podróż do Sikkim. Alba i ja zdecydowaliśmy się, że zostaniemy w mieście,  byliśmy już zmęczeni ciągłą podróżą. Po południu Pau wrócił do pokoju, a my wybraliśmy się do tutejszego Zoo, podziwiać zwierzaki mieszkające w Himalajach. Sam zwierzyniec, był słaby, a zwierzęta były zdenerwowane i chodziły w kółko, na szczęście na terenie parku znajdowało się również muzeum poświęcone wyprawom w Himalaje. Zobaczyliśmy jak zmieniał się sprzęt wspinaczkowy, wiele artykułów na temat zniknięć śmiałków chcących zdobyć  najwyższy szczyt świata. Makieta z najwyższym pasmem górskim była bardzo ciekawa (kiedy przyciskało się przycisk z nazwą góry, zapalała się lampka na makiecie. Byliśmy bardzo zadowoleni z odwiedzin i ruszyliśmy do Paua. Kiedy wracaliśmy do hostelu zobaczyłem małą małpkę, podszedłem bliżej, chciałem powiedzieć HALLO i zrobić zdjęcie z bliskiej odległości. Nagle mały uroczy zwierzak zaczął się wydzierać, ja zacząłem się cofać, w przeciągu kilku sekund Albę i mnie okrążyła cała rodzina małp, może dwie rodziny, zaczęły skakać, wrzeszczeć szczerzyć swoje ostre jak brzytwa zęby. Kiedy chciałem zrobić krok, w którymś kierunku, małpy zastawiały drogę. Zaczęliśmy się bać, a na dodatek jedna z małp złapała mnie za spodnie, a druga zaczęła je gryźć, dobrze, że miałem na sobie grube dresy i jej zęby nie zatopiły się w mojej nodze. Starałem się wymachiwać nogą ale mimo wszystko futrzaki nie odpuszczały. Alba powiedziała, żebym zaczął uciekać w stronę miasta, mimo to biegły za mną przez chwilę, ale na szczęście w końcu  odpuściły. Pani weterynarz (Alba) powoli zaczęła iść w moją stronę, kiedy jedna małpa zaczęła do niej podchodzić, dzielna, opanowana dziewczyna powiedziała PARA, PARA !!! (te słowa słyszałem wiele razy, zawsze wprawiały mnie w dobry nastrój i nie zapomnę ich do końca życia) futrzaki odpuściły, nam ulżyło, byliśmy szczęśliwi, że udało nam się uniknąć pogryzień. NEVER SAY HALLO TO BABY MONKEY!!!

Następnego dnia Pau pojechał do Sikkim, a my z Albą zostaliśmy sami. Zdecydowaliśmy się na zmianę hotelu. Płaciliśmy za niego dwa razy więcej ale pokój wyglądał bardzo dobrze – standard europejski, był ciepły, z ładnym widokiem na rozciągające się  w dole góry, MIELIŚMY CIEPŁĄ WODĘ!!!. Jak to powiedziała Alba zaczynamy nowe życie, niestety dziewczynę dopadła choroba. Pochodziliśmy trochę po mieście, gdzie zaczęła się nasza przygoda ze słodyczami, które jedliśmy każdego dnia, ciasta, batony itp. Gorąca czekolada, herbata zastąpiły zimną wodę i Coca – colę. Pochodziliśmy po sklepach gdzie szukaliśmy pamiątek i błyskotek, a później resztę dnia spędziliśmy w pokoju pod kocami i śpiworami, oglądając filmy i ciesząc się z ciepła. Przez kilka dni choroba dawała się we znaki katalunce więc chodziłem po mieście samemu unikając kontaktu z wrednymi małpami. Szlajałem się po straganach i uliczkach górskiego miasteczka, przepiękne stare domki, które w tym mieście „rosną” w dół, a nie do góry, na jednym z nich stała łódka. Także, jeżeli odwiedzasz tutaj znajomego zaczynasz zwiedzanie domu od dachu i schodzisz na niższe piętra. Zrobiłem niewielkie zakupy na wieczorny seans filmowy, zjadłem moje ulubione tosty w towarzystwie tubylców, które przygotowywała miejscowa pani na jednym z miejskich straganów i wróciłem do pokoju.

W Halloween, słońce wstało wcześnie, świeciło mocniej niż przez ostatnie dni, pomogło to Albie wstać z łóżka, wybraliśmy się na wycieczkę na pola herbaciane wraz z Izraelczykiem, którego poznaliśmy kilka dni wcześniej i Francuzką rodzinką. Kiedy dotarliśmy na plantację, każdy poszedł w inną stronę, wszyscy się pogubili. Znalazłem moją chorą towarzyszkę, czuła się fatalnie, poczekaliśmy jeszcze chwilę na innych, ale nikt się nie zjawił, ruszyliśmy w podróż powrotną, po drodze do hostelu wpadłem na pomysł leczniczy, który zawsze działa. Weszliśmy do pierwszego baru i zamówiłem miód pitny, był bardzo dobry, lekarstwo zaczęło działać również na Albę, która poczuła się lepiej (przynajmniej tak powiedziała). Wieczorem postanowiliśmy obejrzeć jakiś horror, ze względu na Halloween wybraliśmy Dracule z Garym Oldmanem i Anthony Hopkinsem. Wieczorem poszedłem zarezerwować jeepa na następny dzień, żebyśmy mogli podziwiać Himalaje z najlepszego lokalnego miejsca (Tiger Hill) i zrobić zakupy, w torbie znalazły się kolejne butelki „lekarstwa” o smaku czekoladowym ( MAGIC MOMENTS), kool koko w puszce, trochę słodyczy – ulubione Bounty, Nuttella, która była wyprodukowana w Warszawie J. Czułem się jak Charlie w fabryce czekolady. Zrobiłem czekoladowego drinka, używając większości składników i zaczęliśmy oglądać film, niestety buforowanie było słabe, film zawiesił się w połowie, nie dane nam było zobaczyć go do końca. Położyliśmy się wcześniej spać bo o 4 rano mieliśmy zamówiony samochód.

Pobudka była ciężka,  nasz kierowca zaczął pukać, śmiałbym rzec napie….ał, że chyba wszystkich mieszkańców obudził. Na zewnątrz było zimno i ciemno, musieliśmy jeszcze poczekać na naszego znajomego z Izraela i Francuzkę. Kiedy wszyscy przybyli wsiedliśmy do samochodu i ruszyliśmy w kierunku popularnego punktu widokowego Tiger Hill. Droga, nie była daleka, ale w ten dzień niebo miało być bezchmurne, wiec zrobił się ogromny korek, ale dotarliśmy na miejsce na czas. Oczywiście nie podjechaliśmy pod sam punkt widokowy i musieliśmy się jeszcze wdrapywać i zapłacić po 10 rupi, ale na górze w cenie biletu był gorący czaj, który pomógł przetrwać mroźny poranek. Przyjechała masa turystów, wszyscy chcieli znaleźć najlepsze miejsce, niektórzy wchodzili na dachy samochodów, żeby zrobić najlepsze zdjęcia, a przy tym zepsuć widok innym. Wschód słońca wyglądał jak premiera filmowa, wszyscy się zebrali, przed naturalnym ekranem i oczekiwali, kiedy pomarańczowa „gwiazda” wyłoni się zza gór. Ciemne kolory na niebie zaczęły ustępować bieli i odcieniom pomarańczy, z północy z mroku wyłaniały się białe Himalaje, a ze wschodu wschodziło pomarańczowe słońce, które swoimi promieniami zaczęło malować wierzchołki gór. Starałem się cieszyć widokiem, ale moje palce u stóp zaczęły zamarzać w moich trampkach. Na widowni nastąpiło poruszenie, wszyscy zaczęli wznosić prawe ręce pokazując palcem wskazującym z północy na wschód (wyglądało to jak salutowanie jednemu z najgorszych przywódców wszech czasów – Adolfowi), wszędzie było słychać WOW, SUPER, BUTYFULL. Na horyzoncie w blasku fleszy podziwialiśmy Kangchedzongę, nad którą wznosiła się chmurka, przypominająca, biały dym z komina, pomyślałem, że albo wybrali nowego papieża, lub to jeden z dowodów, że Yeti istnieje i właśnie gotuje sobie obiad z kolejnych śmiałków, którzy chcieli zdobyć jeden ze szczytów Himalajów. Wszyscy zaczęli się zbierać do swoich samochodów, my opuściliśmy wzgórze jako ostatni. Nasz kierowca był bardzo zniecierpliwiony, przyszedł po nas i powiedział, że już czas się zbierać. Wypiliśmy po czaju, który był w cenie biletu, zrobiliśmy ostatnie zdjęcia, ruszyliśmy w kierunku domu.

Po drodze zobaczyłem wzniesienie, na którym znajdowało się dużo buddyjskich flag oraz piękny widok, zatrzymaliśmy się na chwilę. Pooddychaliśmy świeżym powietrzem, nacieszyliśmy oczy, wsiedliśmy do samochodu i pojechaliśmy. W czasie drogi nasz kierowca strasznie się rozgadał, pochodził z Tybetu, bardzo pobożny człowiek, opowiedział nam historię swojego kraju i o buddyzmie. Mimo, wszystko powiedział, że przed śmiercią musi zabić przynajmniej 10 Chińczyków, później zaczął mówić coś o Żydach, którzy robią dobrą robotę z Palestyńczykami i powinni ich wykończyć. Nie chcieliśmy się wdawać w dyskusje bo facet był śmiertelnie poważny. Powiedzieliśmy mu, żeby nas wysadził wcześniej, w samochodzie została tylko, Francuzka, która spieszyła się bo musiała opuścić wcześnie swój hostel, wyruszała do Kalkuty. Alba, nasz kolega z Izraela i ja wybraliśmy się na pieszą wycieczkę, podczas, której udało nam się odwiedzić dwie świątynie, po dwóch godzinach drogi doszliśmy do hotelu i zaczęliśmy się pakować, przed długą podróżą do Kalkuty, która czekała nas następnego dnia.

Następnego dnia opuściliśmy Darjeeling, najpierw 3 godzinna Jeepem do Siligury, na miejscu chcieliśmy złapać pociąg do Kalkuty na stacji kolejowej okazało się, że możemy pojechać tylko klasą generalną, nie zdecydowaliśmy się na tę opcję, oznaczałoby to siedzenie na podłodze w przepełnionym pociągu. Wróciliśmy do centrum, myśleliśmy, że będziemy musieli nocować w Siliguri ale na szczęście znaleźliśmy autobus z miejscami sypialnymi i pojechaliśmy w nocną podróż. Chcieliśmy się przespać, ale rzucało nami po całym autobusie, ja nie zmrużyłem oka, podróż się przedłużała, podczas której nabyłem siniaka na czole, łokciu u tyłku, to była chyba najgorsza podróż jaką miałem podczas całej podróży po Azji, na szczęście w miłym towarzystwie Alby 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *