melbourne – przystanek australia i polski festiwal

Po długim i męczącym locie liniami Air Asia, podczas których spędziłem czas w towarzystwie otaczających mnie naprawdę dużych ludzi i koszmarnego dzieciaka, który dosłownie rwał marce gęby włosów, kopał innych pasażerów i wrzeszczał – miałem ochotę zabić bachora.  Wylądowałem na międzynarodowym lotnisku Melbourne w Australii – krainie kangurów i miśków koala, które jak słyszałem są wiecznie na haju po „wcinaniu” liści eukaliptusa. W hali przylotów czekała na mnie Alex i Damian Cybulscy – rodzinka mojej przyjaciółki ze studiów Kasi. Była to dla mnie duża niespodzianka, noc miałem spędzić na lotnisku i za rana mieliśmy się spotkać w mieście. Po przywitaniu i poznaniu się, wsiedliśmy do samochodu, którym ruszyliśmy rozświetloną autostradą do domu. Tej nocy spałem jak dziecko, pierwszy raz od dłuższego czasu spałem w wygodnym łóżku i nie musiałem, sprawdzać pokoju w poszukiwaniu robactwa, które w nocy mogłoby się wkraść do moich ust.

Następnego dnia Alex wyruszyła do pracy, więc zabrałem się z nią do centrum. Umówiłem się z nią, że spotkamy się po jej pracy i wrócimy razem do domu. Kiedy zobaczyłem centrum, wiedziałem od pierwszego wejrzenia. Na chodnikach było czysto, po ulicach samochody jeździły swoimi pasami, było to naprawdę dziwny widok po 5 miesiącach spędzonych w Azji, a w szczególności po Indiach. Ulice wypełnione były ludźmi, a w szczególności Azjatami, what the fuck?? Czy ja rzeczywiście opuściłem Azję, a może to jest jakiś dziwny sen – pomyślałem. Błądząc po dżungli wieżowców, poczułem pragnienie i postanowiłem udać się do baru. Young and Jackson był pierwszym miejscem jakie odwiedziłem, barman dał mi skosztować każdego piwa, aż w końcu zdecydowałem się na jakiegoś lokalnego Cidera, wiadomo na jednym się nie skończyło, zwłaszcza, że siedząc przy barze zawsze pozna się jakiś ludzi. Do baru przychodzili ludzie, którzy mieli przerwę na lunch, niektórzy z nich przyszli coś zjeść ale większość z nich piło piwo albo dwa, po których wracali do pracy (co mi się bardzo spodobało). Po trzech rozweselających napojach opuściłem tawernę i z uśmiechem na twarzy, szumem w głowie ruszyłem przed siebie. Nadrzecze, było bardzo zadbane, ładne promenady, nowoczesne rzeźby ozdabiały miasto, które i tak było piękne. Nowoczesne, szklane wieżowce, zadbane stare kościoły i stare kamienice wyglądały razem niesamowicie. Kiedy zaczęło burczeć w moim brzuchu postanowiłem, pójść do restauracji, których w Melbourn jest od groma. Zamówiłem sobie największego burgera z menu. Pragnienie poczucia krowy w moim pysku było tak duże, że już przy wybieraniu burgera zacząłem się ślinić. Pierwszy kęs – jesus christ kurwa superstar – orgazm ustno, brzuszno, umysłowy. Nie spodziewałem się, że będę tęsknić tak za jakimś jedzeniem. Najedzony, ruszyłem na spotkanie z Leandro, który był przyjacielem Kasi. Umówiliśmy się na Federation Square w Taxi Pub, gdzie wypiliśmy parę piw i umówiliśmy się na następny dzień. Resztę czasu postanowiłem spędzić w jednym z miejskich parków, gdzie ludzie grali w piłkę, trenowali boks, a dookoła hasały psy. Kiedy wybiła godzina 20, udałem się na spotkanie z Alex i wróciliśmy do domu gdzie czekał na nas pyszny polski obiad = kotlety mielone, ziemniaki i surówka, przygotowany przez mamę Alex.  Rodzice okazali się fantastyczni, sympatyczni, zabawni i bardzo otwarci, porozmawialiśmy, pośmialiśmy się trochę przy zimnym piwie, wypaliliśmy trochę papierosów, a później poszliśmy spać.

Następnego dnia spotkałem się z Leandro, umówiliśmy się na plaży w St Kidla. Było ponad 30 stopni, na plaży ludzi od groma. Kiedy znaleźliśmy miejsce, szybko wskoczyłem w szorty i ruszyłem do wody, oczywiście przed wejściem, zapytałem mojego nowego brazylijskiego kumpla czy mogę liczyć na to, że jakiś rekin dobierze się do mojego tyłka, na szczęście odpowiedział, że nie mam się czego obawiać, ruszyłem więc do wody i ochładzałem swoje ciało w wodach oceanu. Po kąpieli, napajaliśmy się pięknem ciał kobiet w kostiumach bikini, znajdujących się na plaży. Kiedy zgłodnieliśmy poszliśmy do pobliskiego pubu Vineyard, zamówiliśmy jedzenie i oczywiście nie mogło zabraknąć zimnego piwa. Kiedy słońce zaczęło zachodzić, ruszyliśmy w kierunku domu Leandro, gdzie czekali na nas jego współlokatorzy z większą ilością napojów alkoholowych. W domu mieszkało dwóch Brazylijczyków, Brazylijka i Włoszka. Po domowej imprezie ruszyliśmy do klub. Przed wejściem do lokalu, bramkarz zażyczył sobie mojego dokumentu, kiedy zacząłem sięgać ręką do mojej bezpiecznej kieszeni (znajdowała się wewnątrz spodni) ochroniarz powiedział, że on tego dokumentu do ręki nie weźmie, wpuścił nas, w środku czekała nas niezła impreza, tańce, hulance, swawole. Wracaliśmy do domu chwiejnym krokiem na ranem, szukając pożywienia. Większość ludzi zrobiła to samo więc za kierunek wszyscy imprezowicze wybrali pobliski Mc’ donalds. Wyglądało to jak pielgrzymka pijanych zombie – „eeeee, jeśśśśćććć”, naprawdę nie zazdrościłem pracownikom ale cieszyłem się swoim burgerem.

Następnego dnia udaliśmy się na inną plażę i mój brazylijski przyjaciel opowiadał mi o życiu w Australii, szybko zachęcił mnie do aplikowania o wizę do tego kraju. Przy plaży znajdował się szereg kolorowych domków, na skalistym wybrzeżu ludzie łowili ryby, a na niebie powiewały latawce ludzi uprawiających Kite Surfing. Po długim spacerze i rozmowach udałem się na spotkanie z Alex. Wieczorem poszliśmy na polską domówkę, gdzie spotykali się ludzie z polskich zespołów tanecznych, poznałem kilka nowych osób i napiłem się Absolwenta, Żubrówki, i Jana III Sobieskiego – dom smakował dobrze. Po imprezie odebraliśmy Damiana z klubu, po drodze do domu wstąpiliśmy na wzgórze z którego było widać całe miasto, widok był niesamowity – zgraja świetlików urządzała sobie imprezę, wszyscy jednak byliśmy zmęczeni i pragnęliśmy snu.

Kolejnego dnia wybraliśmy się do parku w poszukiwaniu kangurów, chodziliśmy ścieżkami, przedzieraliśmy się przez krzaki, niestety nie mogliśmy znaleźć kangurów, mimo iż kupy tych futrzaków były wszędzie. Kiedy traciłem już nadzieje, że nie zobaczę jednego z symboli Australii nagle zobaczyliśmy małego kangura, podskakiwałem z radości jak małe dziecko. Chwilę później zobaczyliśmy mamę, która szybko uciekła i na sam koniec tatę kangura, skubany był wielki, umięśniony, budził respekt więc nie odważyłem się podejść za blisko z obawy przed stratowaniem. Zaczęliśmy śledzić wielkiego futrzaka ale ten nie robił, nie wyglądał na przerażonego i kicał sobie swobodnie, ale i udało się mu nas zgubić. Muszę przyznać, że to wspaniałe zwierzęta, niestety ludzie w Australii mają duże problemy z tymi futrzakami. Misja zakończyła się sukcesem. Wieczorem razem z Alex wybraliśmy się na polską imprezę. Zabawa odbywała się w Lithuanian House. Dookoła słychać było język polski, z baru do szklanek spływała vódka. Z głośników wydobywało się polskie disco polo, przy którym wszyscy się świetnie bawili. Nasza drużyna wygrała w losowaniu kolejną flaszkę, która szybko rozeszła się pod stołem. Wyglądało to jak moja studniówka.

Wstaliśmy dość wcześniej, bo na Federation Square odbywał się Polish Festival, Alex jest członkiniom jednego z zespołów tanecznych „Łowicz”, więc musieliśmy być na miejscu o 10.  Na miejscu było biało-czerwono. Polskie flagi i białe orły powiewały na wierze, na stoiskach można było zobaczyć pluszowe bociany, narodowe koszulki i inne gadżety z polskimi symbolami. Qatar air lines zorganizował konkurs na tanie bilety do Polski. Stoiska z jedzeniem oferowały pierogi, placki ziemniaczane, kiełbasę z kapustą, gołąbki, oczywiście kosztowałem wszystkiego. Aby zaspokoić pragnienie udałem się do namiotów piwnych, które sprzedawały Żywca i Okocima. Na głównej scenie dzieciaki recytowały polskie wierszyki – to był powrót do przeszłości, czasów przedszkolnych, miałem takiego jokera na twarzy – przypominając sobie jak to ja byłem małym szkrabem i recytowałem te wiersze. Po maluchach na scenę wkroczyły zespoły taneczne, ludzie tańczyli krakowiaka, mazurka, a ze sceny przeganiał ich Lajkonik HAHAHA BOMBA!!!. Mogłem poczuć się jak w domu będąc 15 000 km dalej – MEGA!!!. Po występach udaliśmy się do Pubu i wszyscy razem bawiliśmy i piliśmy piwko.

Kiedy wstałem następnego dnia, postanowiłem zwiedzić okolice, w której mieszkała rodzina Cybulskich. Była to dzielnica domków jednorodzinnych, gdy wychodziłem wziąłem ze sobą GPS bo bałem się, że zabłądzę. Na ulicach było cicho, spokojnie, domki były bardzo ładne, otoczone zielonymi trawnikami, kolorowymi krzakami i palami. Wyglądało to jak z Australijskiego serialu „Szkoła złamanych serce”, który czasami oglądałem za młodu. Wieczorem Alex z Damianem poszli na sztukę Les Miserables, ja udałem się na wycieczkę po wieczornych ulicach Melbourn. Rozświetlone wieżowce i budynki wyglądały fantastycznie, wyglądało to jak walka kolorów na ulicy. Na głównym telescreenie Federation Square wyświetlany był mecz Australii z Japonią, który oglądałem wraz z innymi mieszkańcami miasta, niestety drużyna kangurów dostała w tyłek 2:1. Po meczu odebrałem Alex i Damiana i pojechaliśmy do domu.

Przez następne dni zwiedzałem miasto, które z dnia na dzień podobało mi się co raz bardziej, odwiedziłem miasteczko olimpijskie, stadiony, parki, szlajałem się po uliczkach oddalonych od centrum, które przypominały małe miasteczka z amerykańskich westernów. Żal ściskał mi tyłek, że muszę opuszczać to wspaniałe miasto. Spędziłem w tej metropoli tydzień, zakochałem się, jest to jedno z najlepszych miast w jakich byłem. Wspaniała architektura, mnóstwo zieleni,  piaszczyste plaże, sympatyczni ludzie, dużo restauracji, pubów i klubów, gdzie każdy znajdzie dla siebie coś dobrego. Dziękuje za wspaniałą polską gościnność całej rodzinie Cybulskich i Kasi, bez której nie byłoby to możliwe.