auckland – witaj new zealand i miasto statków

Siedziałem w samolocie Boeing 767 linie Emirates i oglądałem jak błękit oceanu ustępuje miejsca zieleni Nowej Zelandii. Pilot ogłosił, że za kilka minut podchodzimy do lądowania na międzynarodowym porcie lotniczym w Auckland. Chwilę później w moich uszach zaczęła się piosenka Guns’n Roses „Welcome to the Paradise City” where the grass is green and the girls are pretty. Na mojej twarzy pojawił się uśmiech i poczułem się lepiej. W hali przylotów powitał mnie plakat z uśmiechniętym Frodo Bagginsem i innymi postaciami z „Władcy pierścienia”. Odebrałem swój bagaż, przeszedłem przez kontrole, wybrałem pieniądze i wyszedłem na świeże powietrze, gdzie dostarczyłem swoim płucom dawki dymu. Miałem dużo czasu, bo autobusy odjeżdżają z lotniska co 10 min.  Kupiłem bilet za 16 dolarów na Airbus, który miał mnie dowieźć do centrum Auckland (cena mnie dobiła).

Centrum miasta przywitało mnie wieżowcami i wielkim świętym Mikołajem, który przypomniał mi, że będą to kolejne święta Bożego Narodzenia spędzane bez mojej rodziny i najbliższych przyjaciół. Pierwszą rzeczą, którą musiałem zrobić to znaleźć nocleg, udałem się na Hobson Street, gdzie znalazłem najtańszy nocleg w Hostelu Silverfern – cena 23 dolce za noc, czasami jest taniej ale ja musiałem przylecieć, akurat wtedy, kiedy w mieście Rollings Stones dawali koncert (ceny noclegów w górę i ograniczona ilość miejsc). Kiedy podpisałem wszystkie papiery, dostałem klucz, prześcieradło, koc, poduszkę, a następnie udałem się do swojego pokoju gdzie oprócz mnie spało dziewięć innych osób. Hostel był czysty, z kuchnią, miejscami socjalnymi (bilard, miejsce na grilla, mała sala „kinowa”, kafejka internetowa, salon gier). Zrzuciłem z pleców garb i poszedłem zabłądzić w mieście, po tych kilku miesiącach podróżowania, stwierdziłem, że jest to najlepsza metoda na poznanie miasta. Po kilku godzinach włóczenia się po ulicach miasta wróciłem do hostelu i poszedłem spać.

Następnego dnia  musiałem uzyskać kilka niezbędnych informacji, żeby przetrwać w kraju, który stanie się moim domem przez najbliższy rok. Jak najlepiej zdobywa się informacje? – poprzez kontakty z ludźmi, którzy już tu trochę egzystują. Udałem się do pokoju socjalnego, zobaczyłem, że większość osób pije napoje wysoko procentowe, udałem się więc do sklepu, kupiłem wino (jeden z najtańszych alkoholi w NZ, a przy tym bardzo dobry), przysiadłem się do ludzi, wziąłem pierwszy łyk wina i rozmowy ruszyły. Informacje zaczęły wpływać do mojej głowy wraz z kolejnymi łykami mojego Sauvignon blanc. Dowiedziałem się, jak powinno wyglądać tutejsze CV, w którym banku otworzyć konto, jakie sklepy z żywnością są najtańsze, jak zdobyć numer podatkowy, co jest najtańszym środkiem transportu, na jakich stronach szukać pracy. Życie w Silverfern było bogate w doświadczenia, pierwsze przyjaźnie, pierwsze imprezy, które odbywały się każdego wieczora. Międzynarodowa atmosfera, którą dostarczali Włosi, Hiszpanie, Niemcy i inne nacje, zaczęła mi się bardzo podobać, ale nie mogłem zapomnieć o priorytetach, którymi było znalezienie pracy, bo „leciałem” już na oparach swoich oszczędności.

Ok, postanowiłem wziąć się w garść i pozałatwiać parę spraw. Musiałem załatwić sobie numer telefonu, udałem się do sklepu z komórkami, musiałem odblokować swój telefon. Okazało się, że cena to 80 dolarów  i muszę zostawić komórkę na 4 dni ( to chyba jakieś żarty pomyślałem i załamałem się w jednym momencie), zdecydowałem się na tańszą opcje i kupiłem najtańszy telefon jaki mieli za 20 dolarów. Konto bankowe otworzyłem w kiwi bank bo nie wymagali potwierdzenia adresu i musiałem wpłacić tylko 5 dolarów na konto aby je uruchomić. Pozostał mi tylko numer podatkowy „IRD”, udałem się na pocztę gdzie dostałem formularz do wypełnienia, problem pojawił się kiedy poprosili mnie o 2 dokumenty paszport – ok miałem, międzynarodowe prawo jazdy – nie miałem. Pani pracująca na pocznie powiedziała mi, że są inne sposoby otrzymania numeru. Jednym z nich jest specjalne spotkanie, na które trzeba się umówić, a drugim dostarczenie listu od pracodawcy. Stwierdziłem, że poczekam z numerem, aż znajdę pracę. Wróciłem do pokoju, gdzie napisałem CV zgodnie z instrukcjami, które otrzymałem od moich nowych znajomych i zacząłem je rozsyłać wszędzie gdzie się dało ,po wszystkich stronach takich jak Trade me, gumetree, backpackerboard. Seasonalwork.co.nz, sesonaljob.co.nz, picknz.co.nz . Kasa przeciekały mi przez ręce więc wysyłałem CV wszędzie gdzie się dało, stwierdziłem, że na początku będę wykonywał każdą nawet najbardziej gównianą robotę – chodziło przecież o przetrwanie.

Nie mogłem siedzieć tylko w hostelu, wiec każdego dnia chodziłem po mieście składając CV w barach, których najwięcej było na Queen Street. Wszędzie gdzie nie poszedłem obserwował mnie Skycity (najwyższy budynek w Auckland) niczym wszystko widzące Oko Saurona. Często przesiadywałem w Victoria park, który jest największym parkiem w mieście, ludzie grają tam w cricekt, rugby (dwa najważniejsze sporty w NZ), młodzi jeżdżą na rolkach w skateparku. Najciekawszą częścią miasta jest port, z którego odpływają i promy do najbliższych wysepek, znajdują się też tam najlepsze knajpy i kluby, do których chodziliśmy się bawić. Na Quay street mieści się wielki magazyn kontenerów, które wyglądały jak miasto dla starych, bezużytecznych robotów z filmu „Ja, Robot”. Największe wrażenie robiła na mnie jednak wschodnia część miasta, znajdowała się tam przystań i magazyny dla prywatnych łodzi. Widok był niesamowity, setki żaglówek z postawionymi masztami wyglądały jak polska husaria przygotowana na bitwę z Turkami pod Chocimiem.  W mieście znajduje się wiele budowli, które przypominają statki lub ich części, co czyni to miasto jednym w swoim rodzaju.

Po tygodniu do miasta przyjechała Julia ze swoimi znajomymi, z którymi przemierzała zielone ziemie Nowej Zelandii. Zwiedzaliśmy razem miasto, piliśmy tutejsze wina, wymieniliśmy się doświadczeniami z podróży. Czułem się fantastycznie rozmawiając w języku ojczystym na drugim końcu świata. Niestety nie mieliśmy zbyt wiele czasu, bo Julia miała lot następnego dnia, ale spędziliśmy miło czas i to było na tą chwilę najważniejsze. Dziękuje Julia, buziaki!!! Przez następne dni imprezowałem z mieszkańcami hostelu i rozsyłałem CV. Po tygodniu dostałem telefon, że potrzebują barmana w Russell, spakowałem swoje rzeczy i ruszyłem na północ.

Auckland było dobrym przystankiem, poznałem fantastycznych ludzi, ucząc się i bawiąc w jednym czasie, a to najlepsza forma nauki. Miasto nie jest cudem architektonicznym ale potrafi zaskoczyć. Życie nocne ma dużo do zaoferowania i nie da się nudzić. W czasie dnia można wyskoczyć na czyste plaże i kąpać się w czystej wodzie, podziwiać ciekawą architekturę. W tym mieście można załatwić wszystkie sprawy niezbędne do dalszego podróżowania lub podjęcia pracy.