rotorua – parujące miasto i maoryska wioska

Anioły w niebie miały chyba niezłą browarową imprezę bo z nieba się lało, byłem cały mokry po 5 min, od kiedy wysiadłem z Nakedbusu. Niebo grzmiało, na ulicach i chodnikach powstawały kałuże. Przypomniała mi się wtedy piosenka, którą śpiewała mi mama jak byłem mały, szła ona jakoś tak „Przez wichry, burze, błota, kałuże idzie Bartosz dzielny zuch trla lala ….”. No więc, nie zważając na otaczającą mnie pogodę ruszyłem ulicami Rotoruy szukając jakiegoś schronienia, na parę dni. Oczywiście nie mogło być łatwo i większość hosteli dla backpacekrsów była zajęta. Po godzinie poszukiwań znalazłem hostel Crash Palace.

Wypakowałem swoje graty,  zszedłem na dół poznać jakiś ludzi i dowiedzieć się o miejscowych atrakcjach. Hostel tętnił życiem, ludzie grali w Bilarda, Ping-ponga, Pokera, a kilka osób siedziała w jacuzzi (tak hostel miał jacuzzi). Szybko poznałem ludzi, wypytałem o miejsca, które warto zobaczyć i poszedłem do miasta. Zaczęło się rozpogadzać więc podróż stała się przyjemniejsza. Błądziłem miedzy ulicami, aż w końcu dotarłem do Kuirau park. Co jakiś czas, na zielonej łące znajdowały się ogrodzenia, za którymi były źródła termalne, z których wydobywała się szara para, w powietrzu unosił się zapach siarki, a może był to zapach zupy grzybowej. Cały park wyglądał jak kuchnia, z wielkimi garami z gotująca się zupą. Po parku udałem się nad jezioro, gdzie oglądałem kościół St Faith’s Ohinemutu, cmentarz Maorysów, poległych podczas II Wojny Światowej. Nigdy wcześniej nie widziałem takich pomników, były połączone ze sobą i wyglądały jak wzburzone morze, a obok nich stały małe totemy. Wychodząc z miejsca umarłych wszedłem na plac, na którym znajdowało się więcej maoryskich totemów i wielka scena, niestety nie było nikogo w pobliżu, żeby dowiedzieć się o przeznaczeniu tego miejsca. Nie tracąc czasu ruszyłem wzdłuż jeziora, które nazywało się tak samo jak miasto. Na jeziorze unosiły się motorówki, statki i kilka samolotów, ludzie przy brzegu karmili czarne łabędzie. Kiedy zaczęło się ściemniać, a wraz z z ciemniejącym niebem zaczęło padać, za kierunek obrałem hostel. Po drodze minąłem choinkę zrobioną z rowerów i Eat street, gdzie mieściły się najbardziej ekskluzywne restauracje w mieście, po przejściu tej ulicy kubki smakowe i mój nos powiadomiły mój mózg, że najwyższy czas coś zjeść. Szybko wróciłem do hostelu, zaspokoiłem „małego głoda” owocami i zszedłem na dół poimprezować z innymi mieszkańcami hostelu.

Następnego dnia wstałem bladym świtem i udałem się Fenton street do TE PUIA NZMACI parku krajobrazowego zobaczyć więcej wód termalnych oraz gejzerów. Pomarańczowe, żółte domy i ceglane chodniki wyglądały przepięknie przy oświetlonych przez promienie słoneczne pomarańczowych drzewach. Stanąłem w kolejce po bilet i trochę się nastałem bo z dwóch autobusów wyskoczyli chińscy turyści. Kiedy dopchałem się Maoryska kasjerka (wytatuowana w całości), sprzedała mi wejściówkę z dziesięcio procentową zniżką i zapłaciłem 44,5 dolca, bo jak się okazało goście mojego hostelu dostają 10%. Wejście strzegło kilkanaście maoryskich posągów, dalej znajdowało się kilka restauracji i mapa informacyjna. Wybrałem szlak i ruszyłem. Pierwszym przystankiem był dom ptaka Kiwi, biedak był sam w małym akwarium ucharakteryzowanym na Nowo Zelandzkie lasy. Biedak musiał czuć się jak w Big Brotherze bo wszystkie pomieszczenia, po których się poruszał, były monitorowane. Czas mnie gonił, wiec udałem się drewnianą drogą podziwiać gejzery.  Białe skały, żółkły i zieleniały od gazów wydobywających się z wód termalnych, widok był przepiękne, na twarz spadały mi krople wody, które wylatywały z gejzerów. Na miejscu zapytałem się jednego z Azjaty czy mógłby mi zrobić zdjęcie, kiedy to się stało wszystkie Azjatki, chciały zrobić sobie ze mną zdjęcie, znów skończyłem jako model dla dziewięciu pań i paru kolesi. Po kilku minutach blasku fleszy ruszyłem dalej drewnianą ścieżką i podziwiałem kolejne baseny wód termalnych skąpanych w bujnej roślinności parku narodowego. Obejście całego ośrodka zajęło mi jakieś 1,5 h. Na samym końcu mieściły się sklepy z pamiątkami i pracownia, gdzie Maorysi rzeźbili totemy, panie mogły nauczyć się składać wiklinowe koszyki, jak również pleść dywany z trzciny, którymi rdzenni mieszkańcy wyspy dekorowali swoje domy, ale najbardziej podobała mi się odtworzona maoryska wioska, z domkami, narzędziami i miejscem na ofiarę dla bogów.

Po zwiedzeniu wszystkiego udałem się na długi spacer powrotny szlakiem przez las. Kierunek pokazywał mi strumień, który miał wpływać do jeziora miejskiego. Oczy cieszyły biegające zające, do uszu wpadał odgłos sumienia i szeleszczące od mocnego wiatru drzewa, w powietrzu unosił się piękny zapach drzew, do czasu kiedy wszedłem na teren wód termalnych. Widok jak z filmów po apokaliptycznych sucha ziemia, ze szczelin wydobywały się chmury dymu, powietrze znów zaczęło śmierdzieć siarką, roślinność była martwa, co jakiś czas tabliczki informowały, że strefa jest zagrożona. Szedłem dalej mijając ludzi którzy spacerowali z psami, biegali i jeździli na rowerach. Droga doprowadziła mnie do Government gardens, gdzie podziwiałem pięknie przystrzyżoną roślinność, różne rodzaje kwiatów, małe oczka wodne, różne rzeźby i stare domy, które pięknie się wpasowały w otaczający krajobraz. Zastanawiałem się czy pójść do muzeum, które polecali ludzie w hostelu ale koszt 20 dolarów odstraszył mnie bo już wydałem więcej w tym mieście niż myślałem. Wróciłem do hostelu gdzie odbywała się wielka impreza. Tej nocy w pokera, zwycięzca dostawał zgrzewkę browarów, więc było o co walczyć, niestety nie poszło mi za dobrze i odpadłem po 10 rozdaniach. Dołączyłem do znajomych, których poznałem pierwszej nocy. Dan opowiadał historię jak to przejechał całą Nową Zelandię z lodówką na plecach. Zastanawiałem się czy gdym zobaczył kolesia z lodówką zatrzymałbym się. Po pierwsze gdzie taką lodówkę wrzucić, dwa co ten koleś może trzymać w lodówce, a może ta lodówka przeznaczona była by na moje zwłoki. Amanda i Jane zaproponowały jonta i kąpiel w jacuzzi, nie przekonywały mnie długo, a zwłaszcza jak zobaczyłem je w strojach bikini. Browar lał się przez całą noc były tańce, hulańce i  różnego rodzaju gry, jednak co dobre czasem musi się skończyć i tak się też stało. Właściciel hostelu powiedział, że jesteśmy już za głośno i dwa zażegane kible to za dużo i wysłał nas do łóżek.

Następnego dnia planowałem swoją podróż w przeciągu 3 dni musiałem znaleźć się pod największą góra w NZ, aby spotkać się ze znajomymi, kiedy udało mi się wszystko zarezerwować, czekałem na godzinę 17, miał po mnie przyjechać autobus, który miał mnie zawieźć do Maoryskiej wioski MI TAI. Z hostelu odebrała mnie Maoryska dziewczyna z wytatuowaną brodą, była odziana w grube futro, zaprowadziła mnie do pojazdu i pojechaliśmy na spotkanie z kultura. Na miejscu posadzili nas przy piękne przygotowanych stołach co już mnie wkurzyło, bo myślałem, że będziemy siedzieć na ziemi i jeść z jakiś drewnianych misek albo wielkich liści.  Po jakimś czasie przyszedł wodzirej imprezy, który rozbawiał ludność swoimi żartami i wiedzą językową. Powiedział jak będzie wyglądał nasz pobyt w wiosce co zobaczymy i co zjemy. Kiedy zrobiło się ciemno weszliśmy do lasu, szliśmy ścieżką, która rozświetlały nam pochodnie i pupy świetlików, których było od groma. Kiedy doszliśmy do rzeki, która spływała z gór, woda była krystalicznie czysta, z oddali było słychać pieśni i okrzyki, stanęliśmy przy brzegu rzeki, a z ciemności wypłynęło wielka łódka z ubranymi w plemienne stroje Maorysami. Wszyscy wojownicy wysiedli z kanu i udali się do wioski, a wraz z nimi my. Po krótkim spacerze przez las, doszliśmy do wioski, która wyglądała jak scena w teatrze – znów się wkurzyłem, bo myślałem, że będzie wyglądało to bardziej naturalnie. Wszyscy posadzili „cztery litery” na plastikowych krzesłach, a na scenie znaleźli się Maorysi, którzy pokazywali nam narodowe tańce, okrzyki, zabawy, opowiedzieli o obyczajach, tatuażach ich znaczenia (głównie oznaczały one odwagę, męstwo), zaczęło mi się bardzo podobać. Niestety na sam koniec była pokazana walka na kije, która wyglądała jak zabawa dzieci na podwórku, mogli by to już podarować. Mój brzuch zaczął wydawać głośne odgłosy informując mnie, że czas najwyższy na jedzenie. Modły zostały wysłuchane i wódz wioski zaprosił nas na tradycyjny posiłek Kai czyli wołowina, kurczak i baranina zmiksowane z warzywami. Posiłek  był spory i wychodząc z wioski nabawiłem się ciąży spożywczej. Byłem wkurzony, że wydałem na tą zabawę 80 dolców. Jasne nauczyłem się czegoś o kulturze ale było to bardzo sztuczne i przypominało teatr. Kiedy znalazłem się w hostelu pożegnałem się z ludźmi, bo następnego ranka trzeba było ruszyć w podróż.

 

matamata – hobbiton i pierwszy „stop” w NZ

DRYYNNNN, DRYYYNNN….!!! Wcześnie rano obudziły mnie 4 różne alarmy moich współlokatorów z hostelu. Z ust ludzi było słychać Fuck!!, Why again!!, I do not want to get up!! 5 more minutes!! Wstałem razem z nimi, chłopaki i dziewczyny zbierali się do pracy – zbieranie owoców, każdego dnia podjeżdżał po nich traktor, który zbierał ludzi spod hosteli i wiózł ich na farmę lub sady. Wsiadłem z nimi do pojazdu i wysadzili mnie na wylotówce do Matamaty. Pierwszego „stopa” w Nowej Zelandii złapałem w przeciągu 15 min. Kierowca był stary Nowozelandczyk o imieniu Patryk, zajmował się rolnictwem. Pytał jak mi się podoba NZ, skąd jestem, jak się mieszka w Polsce itp. W mgnieniu oka, znalazłem się w Matamacie (mieście, które słynie z Hobbitonu). Patryk wysydził mnie pod samym i-sitem (miejsce informacji turystycznej), życzył powodzenia, w dalszej podróży odjechał.

Była godzina 7.45 rano, nad nisko zabudowanym miasteczkiem, unosiła się mgła, ulice były puste, sklepy pozamykane, a do otwarcia i-situ zostało jeszcze 1,5 h. Ruszyłem ulicami miasta i już po paru minutach poczułem, że jestem blisko hobbitowej ziemi. Miasto było otoczone, zielonymi pastwiskami, bar przypominający jedną z karczm z filmu, przy tablicy z napisem „Matamata – Welcome to Hobbiton”, znajdowała się terakota przypominająca Gandalfa, budynek informacji turystycznej był ucharakteryzowany na budyni z filmu Petera Jacksona „Władca pierścienia” dach wykonany był ze strzechy, drzwi i okna przypominały wejścia do hobbicich nor. Bardzo chciałem zapalić sobie Nowo zelandzkie ziele, przed domem Bilbo Bagginsa, jak to robiły inne niziołki wraz z Gandalfem, ale znajomy powiedział mi, że na terenie Hobbiotonu, jest zakaz palenia. Czas „leciał” strasznie wolno, więc usiadłem pod drzewem, nabiłem drewnianą fajkę zielem i zacząłem popalać. Jeden puff, drugi puff, płuca zalały się dymem, oczy zrobiły się czerwone, jak u królika, a ja odleciałem myślami w podróż po Sherie. Do rzeczywistości sprowadziły mnie kasztany spadające z drzewa na moją głowę. Kiedy otworzył się drzwi do informacji, wszedłem do środa wraz z innymi turystami, kupiłem bilet za 75 dolców. W cenie biletu znajdowała się wycieczka z przewodnikiem, przejazd autobusem na plan i jedno piwo w knajpie. Czekając na transport, zrobiłem sobie zdjęcie z mosiężnym Golumem, i oglądałem pamiątki.

Kiedy podjechał zielony autobus, wszyscy wsiedli do środa, a z głośników odezwała się pani, która kierowała pojazdem i opowiadała nam cała historię jak  Peter Jackson wybrał właśnie to miejsce, o przygotowaniach do zdjęć, historię miasteczka. Po 15 min dotarliśmy na miejsce. Do autobusu wsiadała nasza przewodniczka Amanda, która była Angielką i wielką fanką powieści J.R.R Tolkiena i oczywiście filmów Petera Jacksona „Władca pierścienia”. Dziewczyna powiedziała nam o zasadach panujących na planie i ruszyliśmy do Sherie. Dookoła nas rozciągały się  wzgórza pokryte zielonym dywanem trawy, a nad naszymi głowami znajdowało się błękitne niebo z białymi chmurami, przez które przebijały się promienie słoneczne. Otaczały nas garnizony białych, no może nie do końca białych owiec, które czasem wchodziły nam na drogę. Wysiedliśmy z autobusu, a Amanda otworzyła nam małe drzwiczki i zaprosiła nas do Sherie.

WOW, WOW !!! Kiedy zobaczyłem dolinę Hobbitów, podjarałem się jak małe dziecko, które zaczyna bawić się swoją nową zabawką, wyskoczyłem ze swoich trampek i zacząłem zwiedzać Sherie na boso, jak na prawdziwego Hobbita przystało. Muszę przyznać, że wyobraźnia działa bo hobbitowe ziele, które spaliłem wcześniej jeszcze działało. Chodziliśmy małymi alejkami, a z pagórków wyłaniały się następne kolorowe domki niziołków. Każdy dom był pomalowany inaczej, obok nich stały małe krzesła, stoliki, na których stały wiklinowe kosze wypełnione owocami. Większość posiadłości, było pozamykanych i nie można było do nich wchodzić. Szliśmy dalej małymi żółtymi alejkami, a kierunek wskazywały nam drewniane drogowskazy, napisy były wykonane czcionką z języków elfów, dokładnie taką jaka pamiętam z książek. Po drodze mijaliśmy maleńkie farmy, których strzegły strachy na wróble, przechodziliśmy przez małe mosty, aż dotarliśmy na polanę gdzie odbywały się urodziny Bilbo Bagginsa. Polana otoczona była kolorowymi lampionami, żółtymi namiotami, huśtawkami dla dzieci. Do pełni szczęścia brakowało tylko fajerwerków, które odpaliło by jakiś dwóch zwariowanych kolesi, jak to uczynili Pippin i Merry.

Na sam koniec udaliśmy się do Green Dragon, gdzie napiliśmy się piwa, Amanda nalała piwa i podała mi, jako pierwszemu, w ramach nagrody (odpowiedziałem na najwięcej zagadek z Hobbita). Usiadłem przy kominku w oberży, popijałem żółty płyn. Kiedy skończyłem siadłem sobie nad jeziorem i podziwiałem cały hobbiton. Ruszyliśmy w kierunku autobusu, który zawiózł nas do głównego domu, gdzie ludzie mogli nabywać pamiątki. Podróż do Sherie bardzo mi się podobała, nie żałowałem ani centa wydanego na zwiedzanie. Poszedłem na wylotówkę w stronę Tuarangi, stałem tam 40 min. aż w końcu udało mi się złapać samochód, który zawiózł mnie do hostelu.