matamata – hobbiton i pierwszy „stop” w NZ

DRYYNNNN, DRYYYNNN….!!! Wcześnie rano obudziły mnie 4 różne alarmy moich współlokatorów z hostelu. Z ust ludzi było słychać Fuck!!, Why again!!, I do not want to get up!! 5 more minutes!! Wstałem razem z nimi, chłopaki i dziewczyny zbierali się do pracy – zbieranie owoców, każdego dnia podjeżdżał po nich traktor, który zbierał ludzi spod hosteli i wiózł ich na farmę lub sady. Wsiadłem z nimi do pojazdu i wysadzili mnie na wylotówce do Matamaty. Pierwszego „stopa” w Nowej Zelandii złapałem w przeciągu 15 min. Kierowca był stary Nowozelandczyk o imieniu Patryk, zajmował się rolnictwem. Pytał jak mi się podoba NZ, skąd jestem, jak się mieszka w Polsce itp. W mgnieniu oka, znalazłem się w Matamacie (mieście, które słynie z Hobbitonu). Patryk wysydził mnie pod samym i-sitem (miejsce informacji turystycznej), życzył powodzenia, w dalszej podróży odjechał.

Była godzina 7.45 rano, nad nisko zabudowanym miasteczkiem, unosiła się mgła, ulice były puste, sklepy pozamykane, a do otwarcia i-situ zostało jeszcze 1,5 h. Ruszyłem ulicami miasta i już po paru minutach poczułem, że jestem blisko hobbitowej ziemi. Miasto było otoczone, zielonymi pastwiskami, bar przypominający jedną z karczm z filmu, przy tablicy z napisem „Matamata – Welcome to Hobbiton”, znajdowała się terakota przypominająca Gandalfa, budynek informacji turystycznej był ucharakteryzowany na budyni z filmu Petera Jacksona „Władca pierścienia” dach wykonany był ze strzechy, drzwi i okna przypominały wejścia do hobbicich nor. Bardzo chciałem zapalić sobie Nowo zelandzkie ziele, przed domem Bilbo Bagginsa, jak to robiły inne niziołki wraz z Gandalfem, ale znajomy powiedział mi, że na terenie Hobbiotonu, jest zakaz palenia. Czas „leciał” strasznie wolno, więc usiadłem pod drzewem, nabiłem drewnianą fajkę zielem i zacząłem popalać. Jeden puff, drugi puff, płuca zalały się dymem, oczy zrobiły się czerwone, jak u królika, a ja odleciałem myślami w podróż po Sherie. Do rzeczywistości sprowadziły mnie kasztany spadające z drzewa na moją głowę. Kiedy otworzył się drzwi do informacji, wszedłem do środa wraz z innymi turystami, kupiłem bilet za 75 dolców. W cenie biletu znajdowała się wycieczka z przewodnikiem, przejazd autobusem na plan i jedno piwo w knajpie. Czekając na transport, zrobiłem sobie zdjęcie z mosiężnym Golumem, i oglądałem pamiątki.

Kiedy podjechał zielony autobus, wszyscy wsiedli do środa, a z głośników odezwała się pani, która kierowała pojazdem i opowiadała nam cała historię jak  Peter Jackson wybrał właśnie to miejsce, o przygotowaniach do zdjęć, historię miasteczka. Po 15 min dotarliśmy na miejsce. Do autobusu wsiadała nasza przewodniczka Amanda, która była Angielką i wielką fanką powieści J.R.R Tolkiena i oczywiście filmów Petera Jacksona „Władca pierścienia”. Dziewczyna powiedziała nam o zasadach panujących na planie i ruszyliśmy do Sherie. Dookoła nas rozciągały się  wzgórza pokryte zielonym dywanem trawy, a nad naszymi głowami znajdowało się błękitne niebo z białymi chmurami, przez które przebijały się promienie słoneczne. Otaczały nas garnizony białych, no może nie do końca białych owiec, które czasem wchodziły nam na drogę. Wysiedliśmy z autobusu, a Amanda otworzyła nam małe drzwiczki i zaprosiła nas do Sherie.

WOW, WOW !!! Kiedy zobaczyłem dolinę Hobbitów, podjarałem się jak małe dziecko, które zaczyna bawić się swoją nową zabawką, wyskoczyłem ze swoich trampek i zacząłem zwiedzać Sherie na boso, jak na prawdziwego Hobbita przystało. Muszę przyznać, że wyobraźnia działa bo hobbitowe ziele, które spaliłem wcześniej jeszcze działało. Chodziliśmy małymi alejkami, a z pagórków wyłaniały się następne kolorowe domki niziołków. Każdy dom był pomalowany inaczej, obok nich stały małe krzesła, stoliki, na których stały wiklinowe kosze wypełnione owocami. Większość posiadłości, było pozamykanych i nie można było do nich wchodzić. Szliśmy dalej małymi żółtymi alejkami, a kierunek wskazywały nam drewniane drogowskazy, napisy były wykonane czcionką z języków elfów, dokładnie taką jaka pamiętam z książek. Po drodze mijaliśmy maleńkie farmy, których strzegły strachy na wróble, przechodziliśmy przez małe mosty, aż dotarliśmy na polanę gdzie odbywały się urodziny Bilbo Bagginsa. Polana otoczona była kolorowymi lampionami, żółtymi namiotami, huśtawkami dla dzieci. Do pełni szczęścia brakowało tylko fajerwerków, które odpaliło by jakiś dwóch zwariowanych kolesi, jak to uczynili Pippin i Merry.

Na sam koniec udaliśmy się do Green Dragon, gdzie napiliśmy się piwa, Amanda nalała piwa i podała mi, jako pierwszemu, w ramach nagrody (odpowiedziałem na najwięcej zagadek z Hobbita). Usiadłem przy kominku w oberży, popijałem żółty płyn. Kiedy skończyłem siadłem sobie nad jeziorem i podziwiałem cały hobbiton. Ruszyliśmy w kierunku autobusu, który zawiózł nas do głównego domu, gdzie ludzie mogli nabywać pamiątki. Podróż do Sherie bardzo mi się podobała, nie żałowałem ani centa wydanego na zwiedzanie. Poszedłem na wylotówkę w stronę Tuarangi, stałem tam 40 min. aż w końcu udało mi się złapać samochód, który zawiózł mnie do hostelu.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *