russell – bay of islands i raj

Między wyspami, między zatokami, otoczone plażami, znajdowało się małe miasteczko zwane Russell. Zamieszkałem tam w starym domu, który powoli zjadały korniki. Na 15 Baker street mieszkałem z 6-cioma współlokatorami: Michele, angielką, która była właścicielką mieszkania, Kelly z Nowej Zelandii, Saige z US, Brendhanem z Irlandii i dwoma świetnymi pasami Papim i Charlim. Cała ta gromadka przyjęła manie z otwartymi ramionami niczym Jezus z Rio de Janeiro.

Zacząłem pracować jako barman i runner w pierwszym licencjonowanym hotelu i restauracji w Nowej Zelandii „Duke of Melborugh”. Pracowałem w międzynarodowym towarzystwie, ludzie pochodzili z Niemiec, Holandii, Anglii, Irlandii, RPA, US and A, Meksyku, Nowej Zelandii w tym Maorysi ale najwięcej było Francuzów i ja (jedyny Polak) byłem brany za jednego z nich. Mimo, iż mieliśmy ręce pełne roboty i pracowaliśmy po 12 godzin dziennie, czułem się świetnie, w czasie przerw chodziłem się kąpać w czystej ciepłej wodzie, a w pracy podziwiałem jak piękne dziewczyny w bikini wychodzą z morza ociekające wodą, ahhhh te chwile doprowadzały do tego, że czasem latając w obłokach rozlewałem wino na klientów. Pracę ułatwiał również nasz szef, który chciał byśmy byli dobrymi sprzedawcami, więc przed praca testowaliśmy wina (czasami za 120 dolców za kieliszek), o końcu pracy przypominały nam zachody słońca, które były jedne z najlepszych jakie widziałem, zachodzące, pomarańczowe słońce rozpływało się na wodzie zatoki.

Wieczory spędzaliśmy w pubie „Taverna”, gdzie mieliśmy zniżki 50% na alkohol. Kończyło się to tak, że połowa naszej pensji lądowała znów w kieszeni naszego szefa. Po godzinnie 2, kiedy pub został zamykany starałem się dotrzeć do domu, niczym Odyseusz do swojej Itaki, ale zawsze słychać było odgłosy jakiejś imprezy, lub ludzi, którzy mówili, że idziemy na plaże lub nad warf (przystań), głosy te działały mnie jak śpiew syren na marynarzy, poddawałem się im i tonąłem w morzu alkoholu. Na plaży lub warfie, ściągaliśmy nasze ciuchy i bawiliśmy się do rana – sex, drugs and rock n roll. Raz zostałem aresztowany, na szczęście Mike (jedyny policjant na wyspie), był stałym klientem naszego baru więc nie wlepił mi mandatu, ale poczułem na swoich nadgarstkach metal kajdanek. Następnego dnia wracaliśmy do pracy z wielkimi kacami, na twarzach pojawiał się (jak to stwierdził Kazik Staszewski) fałszywy uśmiech, który trzymaliśmy przez następne 12 godzin.

Kiedy mieliśmy wolne dni zwiedzaliśmy pobliskie zatoki, gdzie nurkowaliśmy, serfowaliśmy, pływaliśmy. Elliot Bay była moim ulubionym miejscem, piaszczysta plaża, lazurowa woda, z której wyłaniały się skały. To właśnie tam widziałem jeden z najpiękniejszych widoków w moim życiu – dziewczyna toples zanurzona w wodzie, a w oddali wyskakujące z wody delfiny. Cała okolica była przepiękna woda, rośliny (palmy przypominające wielkie ananasy), co jakiś czas to inna wyspa – RAJ. Strasznie szybko zakochałem się w tym miejscu i wiedziałem, że ciężko będzie mi je opuścić.

Oczywiście nie chodziło tylko o to, że przez większość czasu byłem pijany lub pod wpływem trawki (która była bardzo dobra). Ludzie w tym miejscu byli super, nikogo nie obchodziło skąd jesteś, jaki jest twój status społeczny, wszyscy się lubili i szanowali, rzadko dochodziło do jakiś spięć. W niedzielę grywaliśmy w piłkę nożna (grali wszyscy dziewczyny, chłopaki, nie było ograniczeń wiekowych od 7 do 56 +), później chodziliśmy na plaże gdzie graliśmy w siatkówkę, a wieczory spędzaliśmy grając w pokera, gdzie przegrywaliśmy lub wygrywaliśmy ciężko zarobione pieniądze w cudownej atmosferze w domu z pięknym widokiem na najdłuższą plażę w okolicy Long Beach.

Kolejną świetną zabawą było wędkarstwo, które jest bardzo popularne w całej Nowej Zelandii. Łowiliśmy ryby na łodziach i stojąc na skałach, to drugie miejsce było dużo fajniejsze (nie zapomnę tych wielkich fal obijających się o skały i oblewających całe moje ubranie. Do tej pory nie zapomnę kiedy pierwszy raz poszedłem na ryby z Jamesem i Saschą. Sascha i ja nie wiedziliśmy zbyt dożo na temat wędkowania więc James dał nam kilka wskazówek jak powinniśmy się przygotować. Pierwszą z nich była lodówka pełna piwa, bez tego ani rusz, przynęty, zakładanie haczyków itp.. ale najlepsza lekcja to zabijanie ryby po złowieniu. James ubrany w strój prawdziwego myśliwego wyglądał jak Allan Quatermain owinął sobie rękę szmatą, przygniótł rybę do skały wyjął nóż i powiedział : no to teraz chłopaki musimy dźgnąć rybę prosto w mózg i przekręcać ostrzem parę razy, a następnie wypatroszyć rybkę wyciągając z niej wszystkie flaki, a po tym wszystkim trzeba ją oskalpować z łusek. Ja miałem na samym początku wielki problem z tymi czynnościami ale Sascha wykonywał je z uśmiechem na ustach. Najlepsze było jednak uczucie jak wracało się do domu z kilkoma rybami i robiło się kolację dla całego domu, czułem się jak prawdziwy mężczyzna, który upolował zwierzynę i zapewnił rodzinie posiłek.

Russell i całe Bay of Islands oferuje turystom dużo atrakcji, pływanie z delfinami, skoki ze spadochronem, nurkowanie, narty wodne, wędkowanie na marliny, odwiedzanie pobliskich wysp. Ja zakochałem się w tym miejscu, poznałem wspaniałych ludzi, widziałem wspaniałe miejsca, bawiłem się jak nastolatek. Zobaczyłem jak się, żyje w małym miasteczku, poczułem się wolny i szczęśliwy, a czy to nie jest to czego każdy z nas pragnie…