Mt. cook – najkrótszy stop i pierwsze trzęsienie ziemi

Przez moje powieki zaczęło przedzierać się słońce,  przetarłem oczy i ujrzałem zza szyby piękne góry, których szczyty pokryte były obfita warstwą śniegu, u ich stóp rozciągały się zielone pastwiska, pełne białych owiec. Szybko sięgnąłem po aparat i po butelkę wody, do której przyssałem się niczym niemowlę do matczynej piersi. Siedziałem z głową przyklejoną do szyby przez całą podróż, a kac, którego się nabawiłem przez moich Francuskich znajomych, pijąc całą noc i wspominając czasy, kiedy pracowaliśmy razem, nie był wstanie mnie oderwać od pięknych widoków. Jednym z naszych przystanków było jezioro Tekapo. Wszyscy pasażerowie, niczym zahipnotyzowani, ruszyli w stronę brzegu błękitnego, niczym niebo, jeziora.  Na horyzoncie rozciągały się góry, i żółte pola z szarymi kamieniami, które przypominały równiny Rohanu z „Władcy pierściena”. Przy brzegu jeziora stał stary, murowany, mały kościół przy, którym zgromadziła się większość turystów, więc podarowałem sobie zwiedzanie wnętrza. Pożegnałem się z Tekapo i ruszyliśmy dalej.

W Twizlu (mała miejscowość niedaleko MT. Cook) spotkałem się z Asią i Olkiem. Ostatni raz widzieliśmy się pół roku temu w Mumbaju, nie mogliśmy uwierzyć, że ten czas tak szybko minął, wyściskaliśmy się mocno, zrobiliśmy zakupy i ruszyliśmy w drogę. Droga byłą przepiękna z jednej strony szare góry porośnięte bujną zielenią z drugiej, błękitne jak niebo lodowcowe jezioro, trzymałem głowę za oknem z wywalonym językiem niczym pies na tylnym siedzeniu samochodu. Olek puścił „Dżem – Wehikuł czasu” i dzieliliśmy się naszymi przygodami z podróży. Kiedy dojechaliśmy do chatki, która znajdowała się przy jeziorze, które,  aż się prosiło, żeby do niego wskoczyć. Olo  powiedział mi „POWODZENIA” , kiedy zanurzyłem stopę, która zamarzła w sekundę zrozumiałem, że nic z tego. Gdy wypakowaliśmy wszystkie rzeczy, zrobiliśmy sobie mała Polską imprezę. Na stole wylądowały ogórki, sałatka ziemniaczana (dziękuję Asiu) i oczywiście nie mogło zabraknąć wódki. Zrobiliśmy małą imprezę, ale nie chcieliśmy szaleć, bo następnego dnia czekała nas wycieczka, nie widzieliśmy się długo, więc impreza się przeciągnęła, kiedy księżyc odbijający się w jeziorze postawił „kropkę nad i” poszliśmy spać.

Wycieczka pod Mt. Cook była bardzo fajna i edukacyjna. Pierwszym przystankiem było muzeum poświęcone sir. Edmundowi Hillaremu (facet ćwicząc przed wejściem na Mount Everest, wszedł i zszedł z Mount Cook dwa razy). Zobaczyliśmy stary sprzęt wspinaczkowy, zdjęcia i stare maszyny ale najlepszy był film, pokazujący maoryską legendę o powstaniu największej góry w Nowej Zelandii (oczywiście w 3D). Po edukacyjnej części ruszyliśmy szlakiem, który prowadził nas do podnóży Mount Cook. Szliśmy ścieżką zwaną Hooker valley (Hooker po polsku znaczy Prostytutka, valley dolina), myślę, że potraficie wyobrazić sobie uśmiech na mojej twarzy jak zobaczyłem tabliczkę z nazwą. Prostytutka była niesamowita – pierwsza klasa. Pod naszymi nogami rozciągały się pola żółtej trawy, gdzieniegdzie wyrastały czarne krzaki, czubki otaczających nas gór pokryte były białym, topniejącym od mocnego słońca śniegiem, który przemieniał się w wodę i spływał po zboczach gór i wypełniał lodowcową rzekę, która przedzierała się między szarymi głazami. Przechodziliśmy przez wiszące mosty i czyliśmy  się mali przez otaczające nas góry. Kiedy dotarliśmy do celu zobaczyliśmy wielką Mt. Cook, która królowała nad pozostałymi górami, u jej stup znajdowało się kolejne lodowcowe jezioro, w którym pływały krystalicznie czyste kawałki lodu. Nacieszyłem swoje oko przepiekanym widokiem i ruszyliśmy w drogę powrotną. Po 4 godzinnej podróży poszliśmy do restauracji, gdzie spotkaliśmy się ze znajomymi Olka i Asi. Wieczór był super i pierwszy raz wygrałem w darty (co nigdy wcześniej się nie zdarzyło).

Niestety, tylko ja miałem wakacje moi znajomi musieli pracować, więc zostawałem sam w domu. Nie mogłem pozwolić sobie na nudę więc wspinałem się na pobliskie wzgórza i podziwiałem widoki, kiedy znalazłem odpowiednie miejsce kładłem się na zboczu gór i podziwiałem piękne góry, gdzie bym nie spojrzał – 360 stopni, zawsze coś przykuwało uwagę. Pewnego dnia postanowiłem odwiedzić Olka i Asię w pracy. Niestety nie jeździły do nich autobusy więc, na stojąc na szerokiej drodze usiadłem i wyciągnąłem palec i zacząłem łapać stopa. Zatrzymało się dwóch Niemców, z którzy poczęstowali mnie piwem STEINLAGER (NZ piwo z niemiecką nazwą, po wypiciu stało się moim ulubionym), opowiedziałem chłopakom o Nowej Zelandii (wylądowali 4 dni temu), wysadzili mnie przy restauracji, pożegnaliśmy się i i życzyliśmy sobie miłej podróży – był to najkrótszy „stop” w moim życiu . Olek z Asią pracowali w restauracji, ale w tym miejscu znajdowało się centrum turystyczne, z którego można było się wybrać na wycieczkę śmigłowcem w góry. Niestety impreza była droga, więc podarowałem sobie (dla ludzi, którzy mają kasę pewnie warto).

Jednego dnia nie chciało mi się wstawać w wyra, coś mnie jednak zmusiło. Leżałem sobie wygodnie przeglądając sobie wiadomości gdy nagle poczułem coś dziwnego – stałem się lekki, sztućce zaczęły obijać się o siebie, ściany zaczęły drgać (na samym początku pomyślałem, że znajomi świetnie się bawią w pokoju obok) ale kiedy siła wszystkiego się podwoiła i Asia wybiegła z pokoju, z oczami na wierzchu i zapytała „Kazik czułeś to !!!” – było to moje pierwsze trzęsienie ziemi. Powiem wam jedno nie chce sobie nawet wyobrażać co czuli ludzie w 2011r. Po wszystkim, kiedy doszliśmy do siebie wybraliśmy się na małą wycieczkę po okolicy. Ruszyliśmy drogą po której biegały stada królików, Bugs i Lola pewnie nieźle się bawili, na własne oczy zobaczyłem, co znaczy rozmnażać się jak króliki. Na ulicy znajdowało się wiele rozjechanych futrzaków, zostały one szybko oczyszczane przez ptaki (orły, sokoły), które fruwały po pięknym niebie. Okolice Twizla były przepiękne, uroku dodawały im drzewa, które nabierały pięknych jesiennych kolorów, a zachody słońca wyglądały jak namalowane impresjonistycznym stylem Moneta. Zobaczyliśmy również strzyżenie owiec. Na farmie roiło się od owiec, kiedy weszliśmy do stodoły było ich jeszcze więcej. Dwóch rosłych facetów wyciągało owce z zagrody chwytami rodem z MMA, a później golili je maszynkami dużo większymi niż te, którymi golą nas u fryzjera.

Mt. Cook jest miejscem, które trzeba zobaczyć w Nowej Zelandii. Piękne widoki, dobre wspinaczki, przechadzki, powietrze, gwieździste niebo  – po prostu urywa dupę!!!