christchurch- miasto ruina i góry

Christchurch wiele osób uważa, za brzydkie i nudne miasto, ja mieszkałem tam przez 4,5 miesiąca. Muszę, przyznać, że miasto ma dużo do zaoferowania, ale zacznę od początku. Przyjechaliśmy do tego miasta, bo nie mogliśmy znaleźć pracy w Queenstown i Wanaka, w których bardzo chcieliśmy spędzić ostatnie miesiące w Nowej Zelandii. Do Christchurch dojechaliśmy na oparach naszych oszczędności. Zamieszkaliśmy w budynku przypominającym magazyn. Na dole znajdywała się prowizoryczna kuchnia (dużo, rzeczy nie działało), łazienka i zapychająca się w nieskończoność toaleta, całą resztę pomieszczenia zajmowały graty właściciela nieruchomości. Na górze znajdowały się nasze pokoje, które były przedzielone tylko cieniuteńką płytą. Zdecydowaliśmy się tam zamieszkać, bo nie musieliśmy płacić kaucji i czynsz był bardzo niski, ale umieraliśmy z zimna, każdego dnia i nocy. Christchurch na pierwszy rzut oka wygląda brzydko, wszystko jest rozkopane, budynki zniszczone (po trzęsieniu ziemi w 2011), nad centrum miasta królują metalowe żurawie, drogi wypełnione są znakami, pomarańczowymi słupkami i ludźmi w kamizelkach tego samego koloru. Gdyby Steven Tyler  z Aerosmith odwiedziłby to miasto pewnie zmieniłby słowa z „pink goes with fashion” na „orange goes with fashion” . Chodziliśmy  po tych ulicach i szukaliśmy pracy. Większość ludzi mówiła nam, że w tym mieście pracę dostaniemy następnego dnia. I ufff tak się stało ja zacząłem pracować jako pomocnik na budowie (jak 90% backpackersów), a Sacha rozstawiał znaki na drodze, inni znajomi pracowali przy sadzeniu drzew i innych pracach budowalnych. Kupiliśmy sobie rowery, po tym jak znajomy stracił prawko za jazdę po pijanemu i tak zaczęło się odkrywanie Christchurch.

 

 

Praca jak wiecie zajmuje dużą część naszego życia, podobnie było w naszym przypadku pięć dni w tygodniu czasami sześć po dziesięć godzin. Jak każdy wie, praca na budowie nie jest lekka, więc wracałem do domu kompletnie zmęczony . Trasę do pracy pokonywałem zawsze na rowerze srebrzystym rowerze (za 50 dolców) jakieś 5 km w jedną stronę, deszcz, słońce, śnieg, a wszystko to żeby zaoszczędzić na dalsze podróże. Nie to było jednak najgorsze, w poprzedniej pracy podziwiałem piękne dziewczyny wychodzące z wody w kostiumach kąpielowych, teraz widywałem rowy spoconych, wielkich facetów MASAKRA!!! Były też dobre aspekty pracy na budowie, w piątki darmowe piwo od szefa, wszyscy wychodzili nawaleni jak Kwaśniewski po spotkaniu z Borysem Jelcynem  i oczywiście wsiadali „za kółko”. Drugi taki, że w końcu nauczyłem się jak obsługiwać narzędzia i w przyszłości może będę umiał coś naprawić w domu.

Po jakimś czasie Christchurch dało się lubić, poznaliśmy nowych ludzi, mieliśmy kasę, więc zaczęliśmy chodzić na imprezy, których to miasto ma sporo ,naszym ulubionym klubem był „SKINS”, które mieściło się na Lincoln street, często odbywały się tam koncerty i dużo backpackersów tam chodziło, po tych imprezach zawsze wracało się super na rowerach, chodziliśmy na domówki i życie zaczęło nabierać smaku. Ulice zaczęły mi się podobać, zacząłem dostrzegać piękno tego miejsca. Samochody, mimo iż, nie jestem wielkim fanem motoryzacji  ale jak widzisz samochody z lat 80,70,60…30 to szczeka mi opadała, no i oczywiście nie mogłem zapomnieć o Maserati, Ferrari, Porsche. Całkiem przyzwoite graffiti, które ozdabiały ściany zniszczonych budynków. Nowe, modne budynki i kontenerowy plac (w kontenerach znajdywały się banki, sklepy, fast foody, restauracje). Na plaży roiło się zawsze od surferów i rybaków (Hindusi i Chińczycy), którzy wyciągali całkiem pokaźne sztuki. Niestety nie doczekałem się pogody żeby wykąpać się w wodach tego miasta, co nie znaczy, że ze znajomymi nie wypiliśmy kilku piwek na plaży.

Kiedy w górach spadło dużo śniegu, zaczął się sezon narciarski. Oczywiście nie mogliśmy przegapić śnieżnej zabawy. Impreza była dość droga jak na warunki panujące na Mt. Hutt porównując do europejskich kurortów, myślę, że w Polsce mamy lepsze. Mimo to świetnie się bawiliśmy. Ja ostatnim razem jeździłem na nartach jakieś pięć lat temu, ale okazuje się, że z nartami jest jak z jazdą na rowerze, kiedy się nauczysz, już nie zapominasz. Oczywiście parę razy poległem ale co to za wyjazd na narty kiedy nie poczuje się śniegu za koszulką. No i muszę przyznać, że widok był fantastyczny z jednej strony pasma gór pokryte śniegiem, a po drugiej w oddali widać było ocean.

Christchurch okazało się być dobrą bazą wypadową, jedną z wycieczek, którą odbyliśmy była Akaroa, przepiękne miejsce z licznymi zatokami, do których czasami wpływają delfiny. Dookoła znajdują się zielone wzgórza, na których znajdują się pastwiska. Oczywiście wspinaliśmy się na nie i podziwialiśmy przepiękna panoramę, a wspaniałym dodatkiem okazał się zachód słońca.

Castel Rock było kolejną atrakcją w pobliżu, gdzie wybrałem się z kumplami Kenem i Jakiem  z pracy. Miejsce jest magiczne i było scenerią do wielu filmów. Wielu ludzi przyjeżdża, żeby wspinać się na skały, których jest tam od groma, różnej wielkości i kształtów. Niedaleko znajduje się również jaskinia, ale trzeba być przygotowany, żeby do niej wejść. Jest ona częściowo zalana (po brzuch) i woda jest bliska zeru, a pod wodą czają się na ciebie ostre skały. Z chłopakami rozbiliśmy obóz, zjedliśmy obiad, napiliśmy się kilku piwek, zapaliliśmy trochę Hobbitowego ziela. No i cóż okazało się, że można się tam zgubić. Kiedy się rozdzieliliśmy nie mogliśmy się znaleźć przez ponad godzinę.

Christchurch miałem swoje wzloty i upadki , złe i dobre dni ale mimo to miasto będzie mi się dobrze kojarzyło, poznałem tam wspaniałych ludzi i nauczyłem się dużo. Było to również moje ostatnie miejsce w Nowej (Przepięknej) Zelandii.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *