queenstown – imprezowe miasto i milford sound

Queenstown jest jednym z najbardziej popularnych miast w Nowej Zelandii dlatego nie mogło mnie tam zabraknąć. Miasto słynie z imprezowego stylu życia. Za dnia ludzie spędzają czas na uprawiani sportów wodnych na wielkim jeziorze, uprawiają trekking po okolicznych górach, które dosłownie oplatają miasto. W czasie zimy ludzie jeżdżą na nartach lub snowboardach, a inni zwyczajnie spędzają czas w barach. Nocą całe miasto śni, z budynków dochodzą śpiewy i wychodzą pijani, uśmiechnięci ludzie. Czego można więcej chcieć od życia….

Pierwszy raz przyjechałem do tego miasta w połowie maja wraz z moimi znajomymi francuzami Sachą i Tibo. Szukaliśmy wtedy pracy na nadchodzący sezon zimowy, z myślą, za dnia będziemy szaleć na stokach, a wieczory w pracy i na imprezach. Niestety w każdej restauracji, pubie, klubach spotykaliśmy się z tą samą odpowiedzią, możecie zostawić CV ale przez najbliższy czas nikogo nie będziemy potrzebować, bo sezon się jeszcze nie rozpoczął. Nic innego nam nie pozostało jak poszlajać się po knajpach i korzystać z całkiem niezłych cen w czasie happy hours. Później odwiedziliśmy dwójkę naszych znajomych, którzy mieszkali w mieście Arrowtown jakieś 15 min od Queenstown. Miasteczko małe, ale w czasie jesieni, wygląda przepięknie, otoczone wzgórzami z drzewami  pomarańczowo- żółtych kolorach.

Drugi raz zawitałem do miasta z Albą (dziewczyną, którą poznałem w Indiach), zatrzymaliśmy się w najtańszym hostelu w mieście „Black Sheep” – może najtańszy ale jacuzzy i świetna atmosfera  robią swoje. Również jak wcześniej z chłopakami, odwiedzaliśmy knajpy ale również szlajaliśmy się po okolicy i podziwialiśmy piękno tego miejsca. Jeżeli masz kasę znajdziesz tutaj kasyna, laserdromy, domy strachu, lodowy bar no i ponoć najlepsze burgery w Nowej Zelandii – Fergburger ale na to potrzebujesz trochę czasu, bo kolejki jak za komuny.

W pobliżu Queenstown znajduje się Milford sound, moim zdaniem najpiękniejsze miejsce w Nowej Zelandii. Jest to jeden z tych obrazów, który zostaje w głowie na długo. Widziałem to miejsce kiedy padało i chyba pierwszy raz uważam, że najlepsza pogoda do zwiedzania tego miejsca to lejący się z nieba deszcz, jakby anioły miały imprezę, na której wypiły hektolitry browara. Z otaczających gór spływają wodospady, które spadają na otaczająca nas zieleń, widok niczym z Jurasic Park. Gdzieniegdzie, na górach wciąż spoczywa biały puch. Widok był cudowny.

Za drugim razem pojechałem tam z Albą, pogoda była słoneczna i było również ładnie, ale nie tak jak za pierwszym razem. Wodospadów nie było, dobrym zastępstwem były odbicia gór w pobliskich małych jeziorkach i małe zielone ptaki (chyba papugi).  Na sam koniec podróży wybraliśmy się łódką przez fiordy, widok był niesamowity, wielkie skaliste klify i wzgórza otwierały nam drogę do oceanu. Po drodze, podziwialiśmy wygrzewające się na skałach foki i całkiem okazałe dwa wodospady. Ponoć czasem jak ma się szczęście da się spotkać wieloryby i pingwiny, my do tych szczęśliwców nie należeliśmy i Alba była trochę niepocieszona. Mimo to jest to fantastyczne miejsce, które każdy powinien zobaczyć.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *