sydney – świetne miasto i spotkanie po latach

Sydney było zawsze jednym z miast , które chciałem zobaczyć. I muszę wam powiedzieć, że się nie zawiodłem. Miasto ma wszystko czego obywatelom potrzeba. Jest piękne =  architektura, zagospodarowanie przestrzenne, zieleń, dobra komunikacja, puby, plaże, jedzenie z całego świata, mili ludzie  i wiele miejsc, które potrafią zmienić nudny dzień, w niezła przygodę. Przyjechałem tutaj odwiedzić swoje znajome, zdecydowały się przyjechać tutaj na chwile, parę lat temu i odwiedzając je dowiedziałem się dlaczego…

Zacznę jednak od początku. Kiedy wylądowałem na lotnisku, Ania czekała na mnie ze swoim mężem Jackiem. Naszym pierwszym przystankiem był Polski klub, który oczywiście był miejscem spotkań australijskiej polonii, poznałem paru ludzi, w tym jednego z chłopaków, którzy podróżują vanem przez świat i prowadzą bloga, jak ja (miło było wysłuchać ,jak ich podróż przebiega). Zdziwiło mnie jednak to jak dużo Chińczyków lubi naszą kulturę, bo było ich tam trochę. Najlepszą niespodzianką było piwo Brok (nie piłem Polskiego piwa od dość dawna, a to konkretne piwo przypomina mi lata młodości – tanie i dobre).

Po cudownym początku Ania z Jackiem zabrali mnie na wypada za miasto. Odwiedziliśmy Hunter Valley, gdzie degustowaliśmy wina (w moim przypadku wypijałem).  Najlepszy czas jednak mieliśmy na wydmach Stockton Sand Dunes. Rozbiliśmy tam baldachim i nasze siedzenia, Ania stała się naszym Robertem Makłowiczem i przygotowywała nam grilla na świeżym powietrzu, a świeżości dodawała nam morska bryza, wraz z zimnym piwem. Pogoda nie była naszym sprzymierzeńcem i czasami całkiem nieźle padło, no ale z cukru nie byliśmy, więc nie się nie daliśmy.  Zaczęliśmy jeździć samochodem po wydmach. Jacek cieszył się jak dziecko, nie rozumiałem tego do momentu kiedy dał mi poprowadzić i muszę wam powiedzieć, że to była frajda. Czułem się jak Hołowczyc, lub nasz stary skoczek Małysz w rajdzie Dakar.  Oczywiście nie mogło zabraknąć kąpieli, więc wskoczyłem do wspaniałej wody, a Posejdon za pomocą fal nie chciał mnie wypuścić z morza. Po wspaniałym weekendzie wracaliśmy drogą, którą otaczały łąki i eukaliptusowe lasy, które przypominały wielkie brokuły. Po drodze mijaliśmy znaki z uwaga na kangury i misie koala, więc siedziałem z głową wbitą w szybę i wypatrywałem zwierzyny. Niestety miśków nie zauważyłem, ale dostrzegliśmy stado kangurów, na które rzuciliśmy się z aparatami i pojechaliśmy dalej. Kiedy dotarliśmy do domu, byliśmy tak zmęczeni, że prawie od razu położyliśmy się spać ale, że zostało jeszcze wino, wypiliśmy trochę do snu.

Kolejne dni szlajałem się po mieście, zachwycając się modernistyczną architekturą, pięknymi parkami i atmosferą miasta. Miasto tętni życiem, po ulicach ludzie jeżdżą na rowerach, biegają, bary są pełne turystów i mieszkańców, którzy wychodzą z pracy na lunch. Spacer przez Harbour Bridge (największy most w Sydney)zajął mi 20 min w jedną stronę, most ma wysokie barierki, kamery są wszędzie i co jakieś 200 metrów stoi ochroniarz, a wszystko po to żeby nikt nie wskoczył. Na most można się również wspiąć ale ponoć, nie można mieć ze sobą aparatów i zbędnego sprzętu (oczywiście z przewodnikiem i sprzętem asekurującym). Muszę przyznać, że warto było się przejść bo widok robi wrażenie. W całym zwiedzaniu, nie mogło zabraknąć, Sydney Opera House, który jest wizytówką całej Australii i nie dziwi mnie to wcale, budynek jest przepiękny zewnątrz jak i w środku. W tym mieście parki tętnią życiem, ludzie grają w różne sporty, opalają się, spożywają wspólne posiłki, jest super przyjaźnie. Bardzo ładnym parkiem jest Royal Botanic Garden, z przepiękną roślinnością, białymi budynkami i posągami, zaraz za nim znajduje się wspaniała zbudowana z piaskowca gotycka Katedra św. Maryi. Później błądziłem po dżungli wieżowców, przedzierając się przez ludzi i samochody, musze przyznać, że ludzie w Sydney to najlepiej ubrani ludzie.

Nie obijałem się za bardzo w Sydney, odwiedziłem znajomą Dominikę i Maćka. Zjedliśmy razem kolację, powspominaliśmy stare czasy, bardzo miło spędziliśmy czas. Dominika, tak jak Ania przyjechały do Australii kilka lat temu, z początku na chwile, a siedzą do dzisiaj. Pod koniec pobytu byłem już trochę zmęczony upalnymi dniami, więc rozpocząłem życie nocne. Kiedy wszyscy wracali z pracy chodziliśmy wieczorami na plaże i do restauracji. Pierwszy raz spróbowałem Kraba i był przepyszny, zaraz po kalmarach najlepsze morskie jedzenie, mimo iż łatwo się tego nie je.

Ostatniego dnia spotkałem się z Ania po jej pracy i popłynęliśmy miejskim promem na plaże Manly, która jest jedną z najbardziej znanych w Sydney. Jak za starych dobrych czasów, wlaliśmy trochę vódki do butelek z colą i świętowaliśmy na plaży. Zamówiliśmy sobie również kebaby, których o mały włos nie zjadły mewy. Tym razem te latające szczury, przeginały, siadały ludziom na głowach, machały skrzydłami przed twarzą i wsadzały dzioby do jedzenia. Jacek powiedział mi, że ma plan wziąć bardzo ostre jedzenie i je nakarmić, żeby te ptaszyska po wybuchały (Jacek czekam na relacje!!!).  Wieczorem poszliśmy na Darling Harbor, gdzie co sobotę odbywa się pokaz fajerwerków. Siedliśmy z Anią w jej starej restauracji i podziwialiśmy jak na ciemnym niebie rozbłyskają kolorowe światełka. Był to miłe pożegnanie z Sydney. Dzięki ludziska było super mam nadzieje, że do zobaczenia wkrótce.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *