besakih – największa świątynia bali i najwyższy wulkan agung

Po kilku dniach pobytu w Ubud, które było miejscem wypadowym po okolicznych atrakcjach: pola ryżowe, wodospady. Dwójka znajomych i ja stwierdziliśmy, że przydałoby się jakieś wyzwanie. Sebastian wpadł na pomysł wspinaczki na największy wulkan na Bali. Dużo osób z naszego hostelu stwierdziło, że to za wysoko. Nasza ekspedycja składała się z trzech osób Sebastiana, Mariny i mnie. Po południu, wynajęliśmy samochód, przed wejściem na górę, chcieliśmy zwiedzić największą świątynie w Bali. Po drodze zobaczyliśmy najbrzydszą plażę – ever (czarny piach wulkaniczny, masa śmieci, i ścieki które wpływały do morza) oraz rozciągające się pola ryżowe.

Już kilometr, przed świątynią zbierali się naciągacze i zaczęło się targowanie. Bilet wejściowy (nie wspomnieli, że trzeba zapłacić za parking, za przewodnika i że trzeba mieć chustę zakrywającą  nogi itp.). Po całym targowaniu byliśmy już tak wkurzeni, że ode chciało się nam zwiedzania. Mimo to Besakih było najładniejszą świątynią jaką widziałem na Bali. Duże, strzeliste, pokryte sianem stożki poukładane na sobie, tworzyły ładne piramidy. Do tego typowe dla balijskich świątyń kamienne wejścia, w środku znajdowały się place modlitewne z ołtarzami, które otaczały posągi przypominające zwierzęta.

W trakcie naszego zwiedzania odbywała się ceremonia, ludzie siedzieli razem na ziemi ubrani w białe koszule, mężczyźni mieli na głowach białe opaski, a kobiety przepasane były żółtymi szarfami. Wszyscy siedzieli w ciszy, ze złączonymi rękoma i wsłuchiwali się w modlitwy kapłana, który znajdował się przed ołtarzem, modląc się odpalał następne kadzidła i walił w gong dając znać wiernym, ze teraz kolej na ich indywidualną modlitwę. W jednej chwili, chmury ustąpiły, a za nimi ukazał się wulkan Agung (3142 m.n.p.m), kiedy zobaczyłem to strome wejście, stwierdziłem, że muszę się pomodlić, bo będę potrzebował jakiejś boskiej pomocy do pokonania tej góry. Po zwiedzeni u świątyni, zaczęliśmy szukać przewodnika, który zabierze nas na szczyt, po 30 min, negocjacji znaleźliśmy naszego człowieka i umówiliśmy się na 11 w nocy na parkingu przed górą. Marina stwierdziła, że ludzie chodzą bez przewodników i że nie potrzebnie wydajemy pieniądze (po drodze na górę, wszyscy jednogłośnie stwierdziliśmy, ze bez przewodnika było by ciężko i niebezpiecznie).

Przed wejściem na górę, napełniliśmy nasze żołądki, zrobiliśmy zakupy (czekolady i wodę) i pojechaliśmy na nasze umówione spotkanie. Nasz przewodnik, kiedy zobaczył moje conversy na nogach zapytał się mnie czy nie mam innych butów, bo w tych może być ciężko zdobyć wulkan, kiedy powiedziałem, że to jedyne moje obuwie, zasugerował, żebym trzymał się przed nim. Agski tak nazywał się nasz przewodnik, powiedział nam parę niezbędnych rzeczy o tej podróży i ruszyliśmy w drogę. Na niebie wisiał księżyc z towarzyszącymi mu gwiazdami, które oświetlały nam drogę, szybko jednak włączyliśmy swoje czołówki. Pierwsza część drogi prowadziła, przez dżunglę, nie było jeszcze stromo ale chodzenie po piasku było dość męczące, zwłaszcza, kiedy trzeba było się wspinać używając liian, żeby się podciągnąć. Za każdym razem, kiedy się podciągałem na jakimś drzewie, sprawdzałem najpierw czy nie ma na nim jakiś pająków albo węży. Następny odcinek był bardziej stromy, zaczynały się kamienie, które nieprzyjemnie masowały moje stopy przez cienką podeszwę conversów. Pot lał się z nas, wszystkie ciuchy były mokre i kiedy wchodziliśmy wyżej, traciliśmy osłonę drzew i chłodny wiatr zmusił nas do ubrania bluz. Po czterech  godzinach z krótkimi przerwami zatrzymaliśmy się na dłużej, gdzie spotkaliśmy się z innymi grupami turystów. Nasi przewodnicy rozpalili ogień, zalali nasze kubki gorącą herbata i kawa, a do jedzenia dostaliśmy ciasteczka. Spędziliśmy tam godzinę, część z nas poszła na chwilę spać, kiedy Agski powiedział, że czas ruszać, nie byliśmy zbyt szczęśliwi ale pocieszył nas, że jeszcze tylko dwie godziny (prawie się popłakałem). Ostatni odcinek był najcięższy, śliskie skały, wąsko, nie było łańcuchów, które mogłyby służyć do podciągania albo chociaż do ochrony przed spadnięciem z tej świętej góry. Większość ludzi wchodziła na czworaka. Najgorsze było jednak to, że kiedy wydawało się, że już koniec, kilka kroków dalej ukazywało się większe wzniesienie. Nareszcie dotarliśmy na szczyt, wszyscy siedli, nikt nie miał nawet siły, żeby podziwiać wnętrze wulkanu, pierwsze papierosy pojawiały się w ustach ludzi, a wraz z nimi gorące zupki chińskie. Wszyscy siedzieli zmęczeni i wyczekiwali na wschód słońca. Na horyzoncie, za chmur zaczęło wychodzić słońce, widok był przepiękny, u naszych stóp widać było całe Bali, wszyscy złapali aparaty i robili zdjęcia.

Po 45 minutach dostaliśmy sygnał do wymarszu, na twarzach ludzi pojawił się smutek, połączony z cierpieniem. Droga w dół jak wiadomo nie należy do łatwych i tak właśnie było. Wszyscy co do jednego upadali na tyłki, mój spotkał się z ziemią lub skałami ponad 20 razy. Kiedy byłem już na dole na upragnionym parkingu czułem się dumny była to największa góra, na którą się wspiąłem i na pewno do najłatwiejszych nie należy. Kiedy wróciliśmy do domu nasi współlokatorzy gratulowali nam sukcesu i wytrwałości. Po krótkim świętowaniu oddelegowali  nas pod prysznice, a później do łóżek.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *