wyspy gili – rajskie wyspy i sex, drugs and techno

Po dwóch tygodniach spędzonych na Bali, postanowiłem wybrać się na rajskie wysepki Gili. Muszę przyznać, że był to super pomysł. Błękitna woda, biały piasek, palmy z pomarańczowymi kokosami,  i chatki wykonane z bambusa i strzechy.  Jednym słowem RAJ!!!

Pierwszą wyspę, którą odwiedziłem było to Gili Travagan – wyspa cieszy się powodzeniem, ze względu na imprezowy tryb życia. Za dnia ulice są prawie puste, w restauracjach nie ma zbyt wielu klientów, bo wszyscy odkodowują poprzednią noc. Pod wieczór ulice zalewane są ludźmi pragnących zabawy. W rękach pojawiają się piwa lub inne napoje wyskokowe i wszyscy idą oglądać zachód słońca, który jest przepiękny. Po cudownym spektaklu, ludzie idą na nocny market, gdzie zjeść można wszystko, czego dusza zapragnie (niestety ceny są dużo większe, niż na typowych nocnych marketach w Azji). Na tej wyspie spotkałem znajomych, których poznałem w Ubud  Charlotte i Matthiasa, razem odkrywaliśmy zakątki i imprezy tej pięknej wyspy. Drugi dzień na wyspie, nie zapowiadał się za ciekawie, bo cały czas padało, drogi pokryte były błotem. Nie powstrzymało nas to przed wyjściem na „miasto”, gdzie spotkaliśmy innych znajomych z Bali i zaczęło się dziać. Wszyscy ruszyliśmy do klubów, gdzie kolorowe światła były dosłownie wszędzie  i zaczęła się zabawa = beer pong, ściganie się z szotami, piwami itp. Ludzie szaleli na parkietach – sex, drugs, techno. Sex unosił się w powietrzu i nie tylko, kiedy ludzie byli za bardzo zmachani wskakiwali do wody, niektórzy nago. Cała nasza drużyna miała świetną noc i wielu z nas na pewno nie myślało, że ta noc skończy się dla nas tak dobrze. Następny dzień spędziliśmy na plaży, pijąc owocowe koktajle i szukaliśmy ochłody w lazurowej wodzie. Zgodnie stwierdziliśmy, że musimy opuścić te wyspę i udać się na spokojniejszą Gili Air, bo inaczej będzie z nami ciężko.

Gili Air, rzeczywiście okazało się dużo spokojniejszą wysepką. Życie płynie powoli, mieszkańcy worzą ludzi dorożkami, kobiety chodzą z koszami na głowie, a na piaszczystych uliczkach biegają sobie zwierzaki z gospodarstw domowych.  Zamieszkaliśmy w tam w małych domkach bungalow. Dnie spędzaliśmy na plaży gdzie pod parasolami staraliśmy schować się przed niemiłosiernie gorącymi promieniami słońca. Staraliśmy się orzeźwić w wodzie ale przy brzegu woda była strasznie ciepła i żeby się ochłodzi trzeba było wypłynąć na głębsze wody.  Z Matthiasem wzięliśmy maski i wypłynęliśmy w poszukiwaniu żółwi. Po jakimś czasie znaleźliśmy te morskie potwory, jeden z nich miał ponad metr długości – przepiękny widok (widziałem żółwie wcześniej na Sri Lance, ale nie takie duże). Ten widok, zaostrzył nasz apetyt  i następnego dnia wybraliśmy się na nurkowanie. Pierwszy raz żałowałem, że nie kupiłem GO-pro, widok był cudowny, rafa koralowa we wszystkich kolorach tęczy u naszych stóp spowodowała radość na naszych twarzach. Dookoła nas pływały kolorowe, o różnych kształtach rybki (czułem się jak jeden z bohaterów bajki „Gdzie jest Nemo”, no i oczywiście nie mogło zabraknąć żółwi, które skubały rafę. W czasie tej podróży mieliśmy mała przerwę na zwiedzenie trzeciej wyspy Gili Meno, która jest najspokojniejsza ze wszystkich i jest popularnym kierunkiem dla nowożeńców. Nic specjalnego, ale na tej wysepce znajduje się całkiem niezłe jezioro, jeden z mieszkańców powiedział nam, że nikt nie wie jak jest głębokie. Ostatnie dni na wyspie, nie były nudniejsze od poprzednich. Spotkaliśmy się ze znajomą Charllot, która zabrała nas do swojego hostelu, gdzie największą atrakcją był basen w kształcie grzyba, który świecił na różne kolory. Poznaliśmy tam nowych ludzi, zjedliśmy razem kolację i jeden z mieszkańców zaproponował grzybki, które można było kupić od tego samego kolesia, u którego zamówiliśmy kolację. Później oczywiście wszyscy skończyli bawiąc się na imprezie. W czasie powrotu do „domu” Charlott i ja właziliśmy do każdego basenu hotelowego, które mijaliśmy po drodze, bo woda w morzu, wciąż była za ciepła. Ostatniego dnia tych pamiętnych wakacji Charlotte i ja poszliśmy na lekcje gotowania, gdzie mieliśmy zabawy po pachy i o dziwo nic nie spieprzyłem, może to dzięki młodemu wyrozumiałem kucharzowi, którego hasłem było „ easy peasy lemon squeezy”.

Na wyspach Gili, każdy znajdzie coś dla siebie, ja się bawiłem świetnie, ze wspaniałymi ludźmi i pięknymi stworzeniami morskimi, mam nadzieje, że ty czytelniku, jeżeli tam pojedziesz będziesz bawił się tak świetnie jak ja. UWAŻAJ!!! na narkotyki, są łatwo dostępne zwłaszcza trawa (która nawet nie rosła blisko trawy, którą znacie) i grzybki. Na Gili Travagan jest trochę policji, na Gili Air, policja przypływa na dwie godzinny dziennie.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *