singapur – azja w pigułce i nowoczesność

O Singapurze słyszałem same dobre opinie, nie pamiętam, ile razy przeglądałem zdjęcia na blogach i w googlach, aż w końcu udało mi się zobaczyć to piękne miasto-państwo na własne oczy. Spędziłem w tym mieście niecałe 3 dni i zdążyłem się zakochać. Nowoczesna architektura przeplata się ze starą-kolonialną, gdzie małe budynki ściskane są przez wielkie drapacze chmur ale nie ustępują im pięknem. Miasto jest wielokulturowe, znajdziemy tutaj kościoły, meczety, hinduskie i buddyjskie świątynie, w parkach zobaczymy rodziny z różnych kultur, które spożywają wspólnie posiłki. Wszystko to możemy zobaczyć przemieszczając się dobrze rozbudowaną linią metra.

Kiedy doleciałem do Singapuru samo lotnisko zrobiło na mnie wrażenie (nie bez powodu często wygrywa konkursy dla najlepszych lotnisk na świecie), ładne wnętrza, dużo zieleni, sklepy, w których znajdziemy wszystko czego chcemy, kino i wiele innych… to takie miasto w mieście. Stwierdziłem, ze nie będę się dalej zachwycał lotniskiem i ruszyłem metrem w kierunku miasta. Gdy dotarłem do centrum miałem problem ze znalezieniem hostelu, gdyż większość była pełna, po długim szukaniu, udało mi się w końcu znaleźć zakwaterowanie, szybko zrzuciłem swoje graty i ruszyłem zobaczyć Marina Bay. Zaczęło się powoli ściemniać i większość wieżowców zaczęła świecić i odbijać się w czarnej tafli wody, widok był przepiękny zwłaszcza budynek w kształcie orchidei, który zmieniał co chwila kolory. Przeszedłem się przez pasaż (same drogie marki) i doszedłem do ogrodów, które powaliły mnie swoim pięknem (połączenie natury, architektury i technologii)wielkie, sztuczne drzewa, obrośnięte naturalną zielenią, świeciły nad moją głową, otaczała mnie zieleń i małe strumyki, bez ogromnej ilości turystów się nie obeszło, nie zniechęciło mnie to jednak do zwiedzania tego miejsca, nie wiem nawet jak zleciały mi te 2 godziny. Zmęczony wróciłem do hostelu i położyłem się spać, żeby wstać wcześnie rano i zobaczyć resztę miasta.

Drugi dzień był również udany, najpierw pojechałem zobaczyć biznesową dzielnicę, gdzie błądziłem po dżungli wielkich, różnych, kolorowych wieżowców. Następnie poszedłem zjeść późne śniadanie do chińskiej dzielnicy, która była pełna kolorowych szyldów, świecących napisów i przeplatających się nad moją głową lampionów, otaczały mnie budynki o chińskiej architekturze i obijali się o mnie chińscy turyści. Ta dzielnica dała mi miły przedsmak przed zwiedzaniem Chin. Zrobiłem sobie spacer po miejskich parkach i mniejszych muzeach, żeby odpocząć od miejskiego zgiełku i nabrać trochę mądrości do swojej głowy. Pod koniec dnia poszedłem do hinduskiej dzielnicy zwanej „Little India” – super, poczułem się jak w Indiach, dookoła masa hindusów, ścisk na małych uliczkach jak Deli, naganiacze, którzy łapali mnie za ręce, żebym coś kupił, oczywiście dla mnie najlepsze ceny, bo przecież jestem przyjacielem!!! Znów hinduskie strzeliste hinduskie świątynie, wypełnione małymi posągami, krów, bogów i grubasów.  No to co jak poczułem się jak w Indiach to nie mogło zabraknąć indyjskiego posiłku. Wszedłem do jednej z restauracji, która wyglądała identycznie jak te w Indiach, w restauracji sami hindusi, przysiadłem się do jednego ze stołów i zamówiłem masale dosę – jeden z moich ulubionych posiłków. Ahhh smakowało dobrze, a do tego znów jadłem rękoma, co muszę przyznać sprawia mi frajdę. Po ciężkim dniu wróciłem do hostelu, przed pójściem spać zacząłem rozmawiać z jednym ze swoich współlokatorów (buddyjskim mnichem) o imieniu Orahula. Powiedział mi trochę o buddyzmie i o życiu mnicha (nie zazdrościłem ale on wydawał się zadowolony), a na koniec pogadaliśmy trochę o Sri Lance, jego domu i moich przeżyciach na tej pięknej wyspie. Na koniec wymieniliśmy się mailami i poszedłem spać.  Następnego ranka opuściłem Singapur.

Moim zdaniem Singapur jest obowiązkowym kierunkiem w Azji, każdy znajdzie tutaj coś dla siebie, nie potrzeba na to miejsce dużo czasu, 2 dni wystarczą i jest to dobre miejsce, na odpoczynek po Azjatyckich krajach.  Można się tutaj łatwo dostać z Malezji i wylecieć stąd do dowolnego miejsca na ziemi. Jest drożej niż w krajach azjatyckich ale dwa dni nie uderzą nikogo po kieszeni. Gorąco polecam.