luang prabang – utopia i lazurowe oczka

Do Luang Prabang pojechaliśmy większą drużyną: Lisa, Nina, Oskar i Ja. Miasto znajduje się na liście Unesco, słynie gównie z wielu świątyń i wodospadu z lazurowymi oczkami wodnymi. Dla mnie świątynie to już nuda, ale chciałem bardzo zobaczyć największy wodospad w Laosie, no i muszę przyznać, że uwielbiam wodę lejącą się wielkim strumieniem ze skał. Dużo turystów, wybiera to miejsce jako start lub metę poprzez spływ łodzią  po Mekongu.

Kiedy znaleźliśmy hostel, z pięknym widokiem na brązową, wielką rzekę (strzegł go wielki, piękny ptak), wybraliśmy się na spacer po mieście. Małe budynki, ozdobione lampionami, ciągnęły się wzdłuż głównej ulicy, wszędzie porozkładane były ogródki piwne, pełne spragnionych turystów. Przez większość dnia chodziliśmy i zwiedzaliśmy świątyniach, które można znaleźć ,w tym mieście wszędzie. Ja zdecydowałem się wejść tylko do jednej, a to tylko z tego powodu, że znajdowała się na wzgórzu w środku miasta(nie to, że mnie nie interesują ale widziałem ich już setki). Świątynia, nie należała do najpiękniejszych, nawet do tych średnich, jednak rozciągającym się na dole miastem i krętą rzeką można było nacieszyć oczy. Wieczorem, poszliśmy zjeść coś na nocnym markecie. Na stołach znajdywały się przeróżne potrawy, kolorowe warzywa i owoce, wyglądało to jak biesiadowa tęcza. Musze przyznać, że było to najlepsze jedzenie jakie jadłem w Laosie i do tego tanie, za cały talerz, trzeba było zapłacić jakieś 6 zł, wszystkie nasze talerze wyglądały jak „kopce kreta”. Po obfitym posiłku wybraliśmy się na spacer po markecie z pamiątkami. Tłoczno, duszno i te same duperele, gdzie wszędzie, nie wiem czemu, ludzie się tak zachwycają tym miejscem, stoisko, które przyciągnęło moją uwagę, wypełnione było butelkami z alkoholem i skąpanymi w nich wężami, skorpionami i innymi strasznymi zwierzakami. Podekscytowany Oskar, zdecydował się kupić jedną butelkę, którą wypiliśmy przed snem i muszę przyznać, że była to jedna z najobrzydliwszych rzeczy jakie w życiu nie miałem przyjemności pić (ponoć bardzo dobra dla penisa).

Następnego ranka wstałem  wcześnie rano, żeby odprowadzić Lisę na łódkę, którą miała dopłynąć do Tajlandii. Było chwilę po piątej więc poszedłem na spacer na główną ulicę zobaczyć jak miejscowi mnisi, proszą ludzi o jedzenie i pieniądze. Pomarańczowy wąż mnichów wił się po ulicy z domów do restauracji z wyciągniętymi misami. Czasami się zastanawiam, po co ludzie wstają tak wcześnie, żeby ich obdarować, no ale to taka kulturowa tradycja, która ponoć przynosi im szczęście i dostatek. Po widowisku poszedłem obudzić moich towarzyszy, bo tego dnia chcieliśmy zobaczyć wodospad Kuang Si. W tuk-tuku poznaliśmy nowych znajomych z Izraela i Czech, z którymi później spędziliśmy resztę dnia. Kuang Si było niesamowite, przepiękne lazurowe oczka w dużych ilościach, cieszyły oczy wszystkich moich towarzyszy, otaczające je drzewa i rośliny tworzyły niesamowity klimat. Wszyscy chcieliśmy wskoczyć do wody, zgodnie jednak stwierdziliśmy, że zrobimy to w drodze powrotnej w ramach nagrody z ciężki wysiłek. Muszę przyznać, że było trochę chodzenia, leśnymi ścieżkami i wspinaczki ale było warto. Kiedy zeszyliśmy na dół i wskoczyliśmy do tej przepięknej wody było cudownie, czego nie mogą powiedzieć tego moje genitalia bo woda była przeee lodowata. Po kilku godzinnej podróży wróciliśmy do miasta, nasi nowo poznani znajomi zaproponowali wypad na piwo do najsławniejszego baru w mieście „Utopia” – nie trzeba było nas długo namawiać. Utopia, rzeczywiście okazała się fajnym barem o hipissowskim klimacie,z pięknym widokiem i boiskiem do siatkówki, które wykorzystaliśmy. Bawiliśmy się świetnie, niedosyt jednak pozostał, bo o godzinie 00:00 klub został zamknięty i niedopici, spragnieni zabawy ludzie wracali niepocieszeni do swoich hosteli.

Reszta dni w Luang Prabang była dla Oskara i mnie tragiczna. Po pierwsze opuściła nas Lisa, która udała się na północ Laosu. Dwa ciągle padało, wszyscy ludzie siedzieli w sowich hostelach. Trzy i to najgorsze, jedzenie zniszczyło nasze żołądki. Miałem już przeboje po jedzeniu azjatyckim ale czegoś takiego nie jeszcze nie przeżyłem. Nie mogłem się ruszyć z łóżka, no chyba, że do toalety, bo lało się ze mnie wszędzie, skurcze żołądka, przez które ledwo brałem oddech i tak przez 3 dni. Razem z Oskarem zużyliśmy chyba wszystkie lekarstwa z naszych apteczek ale na szczęście puściło i obyło się bez wizyty u lekarza – myślałem, że moje szczęście się skończyło i dopadała mnie jakaś choroba.

Luang Prabang mnie nie zachwycił, ale uważam, że dla ludzi, którzy w Azji nie byli to może być ciekawe miejsce. Dużo kultury, dobrej zabawy w Utopi i kąpieli w lodowatych lazurowych oczkach pod wodospadem, nikt kto przyjeżdża do Laosu nie może przegapić.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *