vientiane – laos wita i park buddy

Moja przygoda z Laosem zaczęła się na granicy Tajsko- Laoskiej w Nong Kha,i do której dojechałem pociągiem z Buri Ram. Na granicy poznałem Matta, chłopaka z Nowej Zelandii, szybko znaleźliśmy wspólny język i zdecydowaliśmy się kontynuować podróż do Vientie (stolicy Laosu) razem. Po wypełnieniu wniosku wizowego i staniu w długiej kolejce, przekroczyliśmy granice i wsiedliśmy, wraz z innymi turystami do „świniobusa”(samochodu, z przyczepą, która wygląda jak zagroda dla świń), który zawiózł nas do stolicy. Już po drodze poczułem się dziwnie, coś się zmieniło, ale nie wiedziałem co, aż w końcu dotarło do mnie, że zmienił się kierunek jazdy z lewego na prawo stronny. Skutery wypełniały ulicę, na większości, domów powywieszane były czerwone, komunistyczne flagi, a po „chodnikach” walały się śmieci – AZJIA.

Stolica Laosu nie zachwyca, jest to chyba najnudniejsza, najwolniejsza stolica ze wszystkich, które widziałem do tej pory, wiedziałem od samego początku, że długo tutaj nie zabawie. Pierwszego dnia pogadałem z ludźmi, zbierałem informacje na temat kraju, na co uważać, co warto zobaczyć. Większość osób podawała mi te same miejsca do zwiedzania, dużo osób ostrzegało przed kupowaniem narkotyków na ulicy (w klubach można palić i kupić bez problemu). Opowieść jednego Brytyjczyka dała mi najbardziej do myślenia, opowiedział mi, że dwa dni temu został złapany z opium, kiedy palił przy rzece i dwóch policjantów powiedziało 2 tys. dolarów albo więzienie. No cóż jak sam stwierdził, zakończy te wakacje dużo wcześniej niż się spodziewał. Po zebraniu informacji wybrałem się na zwiedzanie niewielkiej ilości zabytków, Pha lat Lung (złota pagoda) była jedną z ładniejszych atrakcji, That Dam niczym nie wyróżniająca się stupa nie zrobiła dużego wrażenia, szybko więc ruszyłem na wypożyczonym rowerze (chyba najlepsza opcja zwiedzenia stolicy) dalej na główny plac, zobaczyć łuk triumfalny, spędziłem tam trochę czasu przy fontannie, której woda była bardzo orzeźwiająca w tym upalnym 35 stopniowym dniu. Po ciężkim dniu wraz z Matem wybraliśmy się nad Mekong. Nad brzegiem, rozciągały się czerwone namioty gdzie ludzie sprzedawali, różnego rodzaju pierdółki i grillowane jedzenie (nic szczególnego, gorsze tajskie jedzenie), zatrzymaliśmy się w jednym barze, gdzie młodzi tubylcy zaprosili nas do stolika. Wznieśliśmy kilka toastów, mikrofon krążył z rąk do rąk i zaczęło się Karaoke, ja, jak zawsze odpuściłem sobie tą przyjemność ale podpity Matt dawał czadu. Pod koniec wybrałem się do toalety i dosłownie z niej wyleciałem, gdyż nagle przy oddawaniu potrzeby fizjologicznej,  zobaczyłem pająka wielkości mojej ręki, cofnąłem się tak szybko, że przyłożyłem drzwiami faceta czekającego w kolejce. Muszę przyznać, po tym widoku miałem problemy z zaśnięciem.

Następnego dnia z Mattem wypożyczyliśmy, skuter i pojechaliśmy do Parku Buddy znajdującego się 14 km od miasta. Chłopak wyciskał ze skutera ile się dało, nie miałem z tym problemu ale w pewnym momencie „rajdowiec” nie zobaczył dziury, kiedy w nią wpadliśmy podskoczyłem tak wysoko, że omal nie przeskoczyłem Matta, przestraszyłem się tak, że sprawdziłem czy nie narobiłem w gacie(na szczęście nie). Kiedy dojechaliśmy na miejsce zablokowaliśmy, skuter i ruszyliśmy w stronę parku, okazało się, że zostawiliśmy nasze portfele w skuterze, wróciliśmy więc ale okazało się, ze nie możemy otworzyć i odpalić skutera. Próbowaliśmy wszystkiego, aż w końcu lokalsi zaczęli się interesować i chcieli pomóc, niestety nic to nie dało. Na szczęście paragon (był tam numer telefonu do właściciela) z zakupu skutera, został u mnie w kieszeni . Zadzwoniliśmy i po 40 min. przyjechał nasz koleś z drugą parą kluczyków i udało się odpalić skuter, a co ważniejsze mieliśmy nasze telefony, dokumenty i pieniądze. Po wszystkim udaliśmy się do Parku Buddy i muszę przyznać, że była to najlepsza atrakcja w mieście. Na zielonej trawie, znajdowało się wiele posągów Buddy w tym jeden ogromy, leżący i wiele innych statuł przedstawiające demony, dziwne stwory (bardzo mroczne), zrobiły one na mnie duże wrażenie i nie chciało mi się wychodzić z tego parku. Kiedy wróciliśmy do hostelu, zabukowałem sobie bilet do Vang Vieng i zmęczony udałem się w objęcia Morfeusza.

Vientien nie zrobiło na mnie dobrego wrażenia, 2 dni są wystarczające na zebranie informacji i zobaczenia wszystkich atrakcji, nie może w nich zabraknąć Parku Buddy. Moja rada jest taka – zobaczcie co musicie i uciekajcie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *