sajgon (ho chi minh) – welcome vietnam i tunele cu chi

Nareszczcie, po długiej podróży z Shinoukville, dotrałem do Sajgonu. Ania, Klaudia (polki, które poznałem w Kambodży) i ja ruszyliśmy szukać hostelu, niestety, wcześniej nie zdobyliśmy żadnych informacji na temat hosteli lub dzielnicy w, której najlepiej się zatrzymać. Żar lał się z nieba, na próżno było szukać schronienia w cieniu, koszulka ząłczyła się z plecakiem i moimi plecami lepiej niż za pomocą superglu. Po dwóch godzinach poszukiwań znaleźliśmy odpowiadający nam hostel za 3,5 dolara, co wszystkich nas bardzo cieszyło, jednak najbardziej, ucieszył mnie widok zimnego piwa z lodówki ze sklepu naprzeciwko. Zanim, jednak go otworzyłem, przejechałem puszką po swoim rozgrzanym , brudnym, spoconym ciele, a później uraczyłem swój organizm wypijając piwo jednym duszkiem.

Następnego dnia wybrałem się na spacer po mieście. Ulice Sajgonu nie różnią  się bardzo od reszty Azjatyckich metropolii. Żeby przejść na druga stronę ulicy, nie ma co czekać na zielone światło, i trzeba wejść na ulicę pełną samochodów, skuterów i zrobić sobie uliczny slalom gigant. Główne ulice przepełnione były restauracjami przeplatającymi się z biurami turystycznymi. Przy mniejszych uliczkach i placach znajdują się stragany z owocami, warzywami, rybami i innymi turystycznymi pierdułkami, oczywiście ludzi mnóstwo, co chwila ktoś mnie szturcha, łapie i oferuje swoje produkty. Na każdym rogu siedzi koleś na skuterze i oferuje podwózkę NIE DZIEKUJE !!! Architektonicznie miasto wygląda super!!! W centrum, stare budynki są poodnawiane i wyglądają super przy wyrastających jak grzyby po deszczu, szklanych, nowoczesnych wieżowcach. Najbardziej jednak podoba mi się to miasto po zapadnięciu zmroku. Kolorowe światła neonów (czerwone, zielone, pomarańczowe, żółte, niebieskie) oświetlają ulicę, wieżowce świecą niczym choinki na boże narodzenie. Miejskie parki i skwery ożywają, ludzie wychodzą na ulicę grać w badmintona, piłkę nożna, jakaś grę, w której kopie się lotkę przez siatkę i ćwiczyć na miejskich otwartych siłowniach. Wieczorem umówiłem się z Simonem (Szwajcarem, którego poznałem w Laosie i spotkaliśmy się również w Kambodży). Siedziałem sobie na schodach przez placu, kiedy podeszło do mnie dwóch młodych Wietnamczyków, zapytali się czy mogą się dosiąść i porozmawiać (bo uczą się angielskiego i chcą poćwiczyć mowę), oczywiście zgodziłem się. 5 min. później dosiadło się do nas 11 kolejnych osób i miałem małą klasę słuchaczy. Kiedy przyszedł Simon, pożegnałem swoją wietnamską grupę i poszliśmy do pobliskiego baru pogadać o planach na kilka kolejnych dni.

Jednego dnia pojechałem z Klaudią i Anka do tuneli cu chi. Byłem tego bardzo ciekawy. Jeżeli można tak to powiedzieć, jestem wielkim fanem wojny w Wietnamie i nie mogłem się doczekać, żeby zobaczyć tunele, które odgrywały w tej wojnie dużą rolę . Filmy o wojnie w Wietnamie widziałem chyba wszystkie „Plooton” Olivera Stona, Czas Apokalipsy Francisa Forda Coppola i wiele, wiele innych.  Wszystkie te filmy pokazywały jak wojna w Wietnamie wyglądała oczami Amerykanów, byłem ciekawy jak widzieli to Wietnamczycy. Wycieczka z przewodnikiem, zaczęła się od pokazania małych osad, w których mieściły się bazy Wietkongu, mogliśmy zobaczyć tam broń używaną w czasie wojny, został nam puszczony film, który pokazywał zwycięstwa żołnierzy komunistycznego wietnamu nad Amerykaninami. Dalej można było, oczywiście za opłata postrzelać ze starej broni do celu. Zjedliśmy dzienną porcję jedzenia, która przysługiwała żołnierzowi (trochę ryżu i coś co przypominało w smaku posłodzonego ziemniaka). Oglądaliśmy pułapki, zastawiane na wroga, które były bardzo okrutne (aż mnie w kroczu rwało, jak sobie wyobraziłem, gdybym to ja miał być ofiarą). Na pytanie, co się działo z ciałami, przewodnik nie chciał odpowiedzieć (albo nie mógł – kanibalizm, był znany na wojnach, kiedy ludzie nie mieli czego jeść). Na sam koniec, wchodziliśmy do tuneli, które miejscami były naprawdę ciasne, ponoć i tak zostały powiększone dla celów turystycznych. Ciągnęły się one kilometrami, nawet do Kambodży i Laosu. Wypad bardzo mi się podobał, następnego dnia zdecydowałem zrobić sobie wycieczkę po sajgońskich muzeach.

Tak jak pomyślałem, tak zrobiłem i następnego dnia wybrałem się w edukacyjną podróż po miejskich muzeach i musze powiedzieć, że było super (jeżeli można tak to ująć). Zdjęcia ukazujące bombardowania, zniszczone wioski i miasta, ofiary ludzi, stary sprzęt wojskowy itp. Łza się w oku kręci. Fajnie było usłyszeć to wszystko  z ust człowieka, który, żył w tamtych czasach i poznać historię z „drugiej strony”.  Po powrocie pożegnałem się z dziewczynami, które ruszały w dalszą podróż. Wieczorem spotkałem się z Simonem, który, przyprowadził dwójkę niemieckich znajomych i wraz z Wietnamczykiem z mojego hostelu udaliśmy się na Sajgońskie imprezy, które trwały do rana, tańce hulance – Sajgon posiada najwięcej knajp, które są otwarte przez cała noc i jest chyba najlepszym miejscem do imprezowania w Wietnamie.

Sajgon zrobił na mnie duże wrażenie, jest bardzo przyjazny i łatwy  w poruszaniu się. Ludzie, którzy lubią historię pokochają to miasto. Osoby, które chcą poimprezować i wypić co nie co, na pewno znajdą coś dla ciebie w tym mieście.