mui ne – niebo pełne latawców i wioska rybacka

Do Mui ne wybrałem się sam, pożegnałem znajomych i ruszyłem na północ. Muszę przyznać, że byłem spragniony wody i ochłody, po gorącym Sajgonie i brązowych wodach Mekongu. Podróż minęła szybko, niestety na miejscu było ciężko. Nie zarezerwowałem noclegu, więc, włóczyłem się od hostelu do hostelu i nie mogłem znaleźć miejsca, a miasto, w zasadzie miasteczko, nie jest duże. Udało się po 1,5 godzinie. Zrzuciłem plecak i poszedłem coś zjeść. Ku mojemu zaskoczeniu, większość napisów i menu były po rosyjsku – spoko. Nie ciężko, było zamówić ryż z warzywami. Posiłek był tani i smaczny, kiedy zaspokoiłem swój głód, wskoczyłem w spodenki i udałem się na plaże.

Słońce już zachodziło, ale była to najlepsza pora na kąpiel. Plaża była super, ciepły, złocisty piasek, przedzierał się przez moje palce, a nadchodząca zimna fala wszystko zmywała. Pomarańczowe niebo, ustępowało miejsca niebieskiemu. Nad wodą unosiły się latawce kitesurfingów, widok były niesamowity. Nie mogłem dłużej czekać i wskoczyłem do wody o perfekcyjnej temperaturze. Kurcze, muszę przyznać, że nie chciało mi się wychodzi z tej wody. No ale zmęczenie dało o sobie znać i wróciłem do hostelu.

Następnego dnia wstałem, wcześnie rano, wsiadłem na skuter, który wypożyczyłem dzień wcześniej i pojechałem zwiedzać okolice. Na pierwszym planie była pustynia, piasek był zimy, słońce jeszcze nie wstało, więc rozkoszowałem się chłodem przed nadchodzącym skwarem. Turyści zaczęli się zjeżdżać i pustynia pokryła się małymi quadami, nie mogę powiedzieć, że nie chciałem się przejechać ,po pustynnych wydmach, ale niestety budżet nie pozwalał. Słońce wyrzuciło księżyc z horyzontu, niebo zrobiło się pomarańczowe, a piasek złocisty. Wietnamczycy zaczęli się zjeżdżać, wspinali się na wydmy i zjeżdżali na plastikowych płytach z wydm, też spróbowałem no i skończyłem z piaskiem w paszczy.

Przystankiem numer dwa, była wioska rybacka. Po prostu SUPER!!! Zaparkowałem skuter, na horyzoncie rozciągało się morze, wypełnione łódkami i czymś co przypominało miski do prania. Zszedłem na dół, gdzie znajdował się stragan, zapach, cóż chyba sami wiecie – rybny smród. Plaża była pełna Wietnamek w kapeluszach, sprzedających, owoce morza i ryby. Jedna z Wietnamek była tak przejęta prezentacją swoich produktów, że dostałem jednym z nich w twarz.

Na koniec, zostawiłem sobie kanion. Przy wejściu zostawiło się buty i trzeba było zapłacić. Oczywiście chciałem zaoszczędzić i wrzuciłem swoje buty do torby. Kanion może nie imponował rozmiarami ale był ładny i pomarańczowy, kolor piasku był przyjemny dla oka. Całą podróż przez kanion maszerowałem w małym strumyku, co było świetnym uczuciem, kiedy to diabelskie słońce rzucało promieniami w moje ciało. To była moja ostatnia wycieczka w Mui ne. Chciałem zostać dłużej, niestety miałem termin i trzeba było się spieszyć. Mui ne na pewno spodoba się każdemu, a jeżeli jesteś kitesurferem to kierunek obowiązkowy.

 

 

delta mekongu – wodne tunele i wino ryżowe

Nad Deltę Mekongu wybrałem się ze znajomym Szwajcarem Simonem, nasze drogi, krzyżowały się już wcześniej. Poznaliśmy się w Laosie, później imprezowaliśmy razem na Kambodżańskiej wyspie Koh rong i nasze drogi skrzyżowały się po raz kolejny w Ho Chi Minh (stary Sajgon, Ho Chi Minh to ojciec współczesnego Wietnamu). Stwierdziliśmy, że trzeba to oblać i razem z innymi ludźmi z hostelu ruszyliśmy w rozświetlone, pełne zabawy ulice wielkiej metropolii. W czasie imprezowania , zrodził się pomysł wspólnej wycieczki nad Deltę Mekongu.

Ooooo…… gorąco, strasznie gorąco, w ustach sahara, koszula potem zalana, w głowę wbijają się igły. Wczorajsza dobra impreza dawała o sobie znać. Spojrzałem na zegarek, zerwałem się z łóżka, które wyglądało raczej jak prycza i obudziłem Simona. Po szybkim prysznicu, wrzuciliśmy plecaki na plecy i biegiem przez pełne skuterów ulice ruszyliśmy w stronę dworca. Okazało się, że nie musieliśmy się spieszyć, bo autobus miał opóźnienie. Sterczeliśmy, jak te kołki i prażyliśmy się na rozgrzanym asfalcie, patrzą jak młodzi Wietnamczycy grają w lotkę i tańczą break dance. Po dość długiej podróży, która całkowicie udało mi się przespać, przerzuciliśmy się rozklekotaną łajbę, gdzie dołączyliśmy do innych turystów.

Po 1,5 godzinie dopłynęliśmy do celu. Z wielkiej łajby, przerzuciliśmy się na małe łódki, których „kapitanami” były starsze, wprawione w wiośle Wietnamki, w stożkowych kapeluszach (Non la). Przygoda się zaczęła!!! Otaczały nas ściany z bambusów i palm, kanały zakręcały, można było poczuć się jak w labiryncie, co jakiś czas z zielonych „sufitów”przedzierało się słońce. Woda koloru brąz, nie zachęcała do kąpieli, nawet do schłodzenia nóg. Nie płynęliśmy dość długo i czułem się nieusatysfakcjonowany. Kiedy dobiliśmy do brzegu i chcieliśmy ruszyć w drogę starsza Wietnamka, z uśmiechem na twarzy zaczęła krzyczeć I’M GOOD TIP TIP, bardzo nie chciałem tego robić, bo podróż była bardzo krótka, no ale jak mogłem się oprzeć temu szczeremu, szczerbatemu uśmiechowi starszej damy. Daliśmy kobiecie 30 tys. wietnamskich dongów, czyli około 1,5 USD, kobieta nie wyglądała na szczęśliwą. Na miejscu mogliśmy zobaczyć farmę krokodyli, zrobić sobie zdjęcie z wężem, ale dla mnie i Simona ważniejszy był posiłek. Udaliśmy się do restauracji, gdzie zjedliśmy coś świeżego – ryby i żaby. Po posiłku, zobaczyłem hamaki, po prostu mnie przyciągały, położyłem się i zasnąłem. Ktoś mnie szturcha i szturcha, nie oddam swojego miejsca – myślę, ale ten ktoś nie przestaje, otwieram oczy, a przede mną stoi Wietnamczyk, który pokazuje palcem na zegarek. Ok, wstałem obudziłem swojego szwajcarskiego druha i udaliśmy się do łódki. Okazało się, że byliśmy częścią jakiejś grupy i wszyscy na nas czekali, dawno nie widziałem tylu zdenerwowanych ludzi, ale muszę przyznać, że nic mnie to nie obchodziło, bo po dobrej drzemce, kaca już nie było. HURRAAA!!!!

Popłynęliśmy łódką na kolejną wyspę gdzie, mogliśmy zobaczyć jak lokalni mieszkańcy robią tutejsze naleśniki i piją dużo ryżowego wina. Na łódce, gadałem z jednym starszym Niemcem, który zdecydował się kupić jedną butelkę. Wino ryżowe, było w plastikowej butelce po wodzie mineralnej. Sąsiad z drugiej strony Odry zaproponował picie:

– Hej, Bartosz napij się ze mną

– Nie, dziękuje

– No co ty, przecież ty Polak

– Ja wiem ale ja właśnie wyleczyłem kaca (w mojej głowie szatan zaczął szeptać- czym się strułeś tym się lecz). No dobra rzekłem.

Oczywiście nie mieliśmy szklanek i mieliśmy tylko wodę, a wino było ciepłe. (wino ryżowe to nie normalne wino, to wysoko procentowy samogon) Trzeba było pić z butelki

-PROST!!!

-PROST!!!

O Jezu jak mnie przekręciło, nie spodziewałem się czegoś takiego, to była diabelsko mocna wietnamska mikstura. Tych PROSTÓW (na zdrowie po niemiecku) było trochę, ale na szczęście butelka była mała.

Po małym napitku wybraliśmy się w kilka osób na wycieczkę rowerową po wyspie. Rowery były stare i rozklekotane, czekałem, tylko jak zaraz, komuś koło odpadnie. Jechaliśmy małymi ścieżkami i mijaliśmy pola ryżowe, stare chaty, które wyglądały jakby miały się wkrótce zawalić, drzewa były pełne owoców, wycieczka była przyjemna i bardzo kolorowa. Nie mieliśmy zbyt dużo czasu i musieliśmy wracać na łódkę, którą dopłynęliśmy do miasta. Szybko znaleźliśmy hotel i poszliśmy spać, chcieliśmy zobaczyć wodny market, który odbywa się tylko z rana.

Muszę przyznać, że wstałem jak nowo narodzony, nie wiem czy było to wino ryżowe czy ,wreszcie, dobre łóżko w dobrym hotelu. Poszliśmy na przystań i złapaliśmy pierwszą łódkę. Po obu brzegach rzeki można było zobaczyć domy stojące na palach, masę śmieci i pełno łódeczek. Na miejscu cała rzeka była pełna duży, małych łodzi, sprzedawano tam głównie owoce i warzywa ale robiło to wrażenie. Jak dziki rzuciłem się na panią, która podpłynęła do nas i sprzedawała ananasy – MMMMM niebo w gębie. Nie to, że w życiu nie jadłem ananasa ale on naprawdę smakował niesamowicie. Po markecie udaliśmy się do miasta i wsiedliśmy do autobusu, którym wróciliśmy do Ho ci minh. Wszystkim gorąco polecam to miejsce!!!