xi’an – terakotowa armia i pierwsza podróż chińskim pociągiem

Przyszedł czas, żeby wyrwać się na chwilę z Pekinu, wybrałem kierunek Xi’an, żeby zobaczyć terakotową armię. Moim pierwszym błędem było rezerwowanie biletu na ostatnią chwilę i to jeszcze w okresie, kiedy Chińczycy mają przedłużony weekend. Wierzcie mi, bolało.

No więc, pierwsze przykazanie w Chinach. Zawsze, sprawdź wcześniej wszystkie informacje na temat swojego pociągu w intrenecie (czas, klasę, numer pociągu itp.), bo jak nie, to przy kasie dla obcokrajowców, nie zawsze będzie pani, która gada po angielsku i później, mogę tylko powiedzieć, powodzenia, jeżeli nie znasz chińskiego. Jeżeli, nie zarezerwujesz biletu wcześniej, to możesz pożegnać się z miejscem siedzącym. Kiedy, już masz bilet, to masz kolejny problem, bo jest „zaszyfrowany” chińskimi krzaczkami (sprawdź opis biletu w intrenecie). No więc, wszystko to mi się przytrafiło. Na szczęście, jakoś z tego wybrnąłem, wsiadłem do właściwego pociągu i przygoda się zaczęła. Ludzi mnóstwo, a myślałem, że w Indiach już wszystko widziałem. Ludzie zajęli swoje miejsca siedzące, a ja dołączyłem do ekipy stojącej. Czułem się jak sardynka w puszcze. Nie wiem jakim cudem pani z wózkiem z jedzeniem znalazła miejsce w tej puszcze. Wszyscy zaczęli wyciągać jedzenie (zupki chińskie, kurze nóżki itp.). W chińskich pociągach można palić i wszyscy z tego korzystają i pociągi są wypełnione dymem. Byłem tam jedynym białasem, więc większość oczu było skierowanych na mnie i co jakiś czas miałem jakieś towarzystwo, więc gadałem sobie na migi, sytuacja się trochę uprościła jak ktoś wyciągnął flaszkę. Zaczęły się śpiewy, a na twarzach pojawiły się uśmiechy. Kiedy część ludzi powysiadało z pociągu, udało mi się trochę zdrzemnąć na podłodze. Po 17 godzinach dotarłem na miejsce.

Hallo Xi’an. Był ranek ruszyłem z ludźmi do wyjścia. Na zewnątrz, było szaro, zimno i na dodatek padał deszcz. Musiałem jakoś zapełnić swój czas bo do mojej rezerwacji zostało trochę czasu. Zatrzymałem się w Mc Donaldzie, żeby załadować mapę miasta i sprawdzić, gdzie znajduje się mój hostel. Kiedy deszcz zamienił się w mżawkę, udałem się na wycieczkę po mieście. Pierwsze wrażenie nie było najlepsze, stare, szare zaniedbane budynki, brzydkie wiadukty wszystko to wyglądało jak PRL, który znam ze zdjęć. Kiedy jednak zagłębiałem się bardziej, mogłem podziwiać stare typowe chińskie budynki, wielki mur miejski i kolejne pagody. W centralnej części miasta wyrastały wieżowce. Udałem się do muzeum, które głównie skupiał się na dynastii Qing. Później udałem się do dzielnicy muzułmańskiej, po drodze zobaczyłem wieże dzwonu. Muzułmańska dzielnica była świetna dobre jedzenie, lampiony i przesympatyczni ludzie. Do tej pory nie wiedziałem, że w chinach żyje tylu muzułmanów. Po zwiedzaniu miasta i jeździe chińskimi autobusami dotarłem do hostelu. W hostelu czekała mnie niemiła niespodzianka. Najpierw okazało się, że obsługa nie mówi po angielsku i porozumiewaliśmy się przy użyciu komputerowego tłumacza i wymienialiśmy uśmiechy. Okazało się, że nie mają mojej rezerwacji ale za 5zł mogę się przekimać na kanapie w lobby u boku wielkiego psa. Wieczór spędziłem z ludźmi z hostelu i zbierałem informacje jak się dostać do terakotowej armii. Nie tylko mnie przypadła do gustu muzułmańska kuchnia, więc ekipa wybraliśmy się na kolację do muzułmańskiej dzielnicy. Szybko poszedłem spać, bo chciałem z samego rana zobaczyć terakotową armie bez tłumu ludzi.

Tak jak postanowiłem tak zrobiłem. Następnego dnia wstałem wcześnie rano, znalazłem autobus i ruszyłem do oddalonego 20 km od miasta Muzeum, gdzie znajduje się Terakotowa Armia, która była głównym celem mojej podróży. Mimo iż, dotarłem na miejsce jednym z pierwszych autobusów to   turystów było dużo. Kupiłem bilet i udałem się do grobowca, gdzie spoczywała armia. Wszedłem do wielkiego budynku, który przypominał hangar i u moich stup pojawiło się kilka tuneli w których stali gliniani żołnierze. Każdy z nich ma inną twarz, w rękach dzierżą broń, są też wojownicy na rydwanach. Miejsce robi na mnie ogromne wrażenie i nie mogłem uwierzyć, że te figury się zachowały w tak dobrej kondycji przez wieki. Nie wiem ile czasu spędziłem w hangarze ale trochę czasu minęło. Kiedy wyszedłem, poszwendałem się po okolicznych ogrodach i muzeach, a później ruszyłem do miasta. Kiedy dotarłem do Xi’an, zwiedziłem resztę miasta, kupiłem bilet powrotny na następny dzień (tym razem bez problemów) i następnego dnia ruszyłem z powrotem do Pekinu.

Terakotowa armia rządzi, jedzenie jest przepyszne, co do samego miasta. No cóż jest dużo do zobaczenia, ale mnie jakoś nie powaliło. Może to przez pogodę i długa męczącą podróż. Na pewno jednak warto.

beijing – witajcie chiny i wielki mur

Po długi staraniach o wizę, w końcu udało mi się dotrzeć do Chin. Pierwszym przystankiem był Pekin, pojechałem odwiedzić swoją byłą dziewczynę Niję i przy okazji zobaczyć trochę zabytków. Stolica państwa środka tak mi się spodobała, że zostałem tam 3 miesiące. Oczywiście nie tylko przez dziewczynę ale także, przez kulturę, klimat (ludzi, nie klimat pogodowy) i atmosferę miasta. Pekin to ogromne miasto, ale nie ma się czemu dziwić, bo żyje tam ponad 21 milionów ludzi. Każde znane miejsce, zabytki, place, stacje metra przypominają mrowiska. Na stacjach metra, pracują ludzie, którzy upychają pasażerów w pociągach metra. Na stacjach, w turystycznych miejscach trzeba przechodzić przez bramki jak na lotniskach, przez co robią się naprawdę duże kolejki. Chińczycy są bardzo „pomocni” ,jak się jakiegoś zapytasz o drogę, to nawet jak nie wie to i tak jakiś kierunek tobie wskaże. W Pekinie nie ma mowy o nudzie, bo do zobaczenia jest wiele……

Zacznijmy jednak od początku, jak każdy turysta postanowiłem zobaczyć jeden z cudów, które zbudowali homosapiens. Tuż za granicami stolicy Chin, znajdują się góry, po których rozciąga się Wielki Mur. Widok jest niesamowity, ciężko jest uwierzyć, że ludziom chciało się coś takiego zbudować, ale na nasze szczęście, jest na co popatrzeć. Kiedy dotarliśmy z Niją na miejsce, ludzi było od groma, nie odstraszyło mnie to nawet przez moment. Przedzieraliśmy się przez wszystkich ludzi, pokonywaliśmy kolejne schody. Było warto, widok był niesamowity, musze przyznać, że wyglądał jak naprawdę duża gąsienica. Nie, serio, przepiękny widok. Jak, ktoś nie jest fanem schodów to może wjechać na górę gondolą.

Nocą, no cóż, trzeba się pobawić. Uwierzcie mi Chińczycy to uwielbiają. Pekin w nocy wygląda przepięknie, wieżowce świecą i reklamy na budynkach rozświetlają miasto. Na ulicach nie ma już takiego ruchu jak za dnia i spacery są naprawdę przyjemne. Nie będę was jednak ściemniał, nie spacerowaliśmy za długo, nie licząc kilku romantycznych wyjść. Wieczory Chińczycy spędzają w barach karaoke. Bary karaoke wyglądają niesamowicie. Grupy dostają własny pokój, który jest bardzo komfortowy. Na stole ląduje wielki talerz z owocami i duże ilości alkoholu. Kiedy ludzie śpiewają inni tańczą impreza na całego, niektórzy potrzebują pomocy, żeby stamtąd wyjść. Alternatywą są kluby, które są jednymi z najlepszych jakie, w życiu widziałem, nie ściemniam ani trochę. Ogromne, na parkietach są przedstawienia rodem z karnawałów z Rio de Janeiro. Ludzie bawią się do upadłego, a dziewczyny…. Jak jesteś obcokrajowcem to możesz się napić za darmo i poznać dużo, ale to dużo ludzi bo wielu z tubylców chce się z tobą napić.

Nie myślcie, że cały czas imprezowałem w tym mieście. Odwiedziłem narodowe muzeum, gdzie dowiedziałem się wiele na temat historii jednego z najstarszych narodów na tej planecie i muszę przyznać, że jest niesamowita. Świątynia Nieba, zrobiła na mnie duże wrażenie, poprzez przepiękne budowle i zagospodarowanie terenu. Teraz jest tam wielu turystów, ale kiedyś była ona dostępna tylko dla niewielu. Zakazane Miasto, cóż powiedzieć, przepiękna, starożytna architektura chińska, lwów i demonów jest tyle samom co gargulców we Francuskich katedrach. Plac Tianamen, który jest naprzeciwko Zakazanego Miasta, jest pełen turystów, często protestują tam ludzie, miałem okazje zobaczyć dziadka, który biegła nago i rzuciło się na niego pięciu policjantów, kiedy jeden z nich zorientował się, że kręcę film, podszedł do mnie i poprosił ładnie o mój telefon i wykasował film.

Po zwiedzaniu najważniejszych miejsc poznawałem, kuchnie (którą bardzo polubiłem-ostra), gry (często grają w kości) i życie obywateli Chin, musze przyznać, że są to naprawdę w porządku ludzie. W supermarketach znajdziesz zawsze coś ciekawego do jedzenie np. żółwia. No i oczywiście musiałem zobaczyć Pandę. Pekin gorąco wszystkim polecam.  

 

hong kong – dżungla wieżowców i nocna tęcza

AAAAAA Hong Kong!!! Nareszcie to miasto chciałem zobaczyć, chyba od zawsze. Nie wiem, ile razy widziałem to miasto na filmach i mówiłem sobie, że pewnego dnia zobaczę to miasto. Nie zawiodłem się i spodobało mi się jeszcze bardziej. Tak, się zachwyciłem tą metropolią, że odwiedziłem ją trzy razy. Hong Kong to dżungla starych zaniedbanych i nowoczesnych o dziwnych kształtach wieżowców. Przez cały czas wyobrażałem sobie, że to miasto jest całkowicie zurbanizowane, jak się okazało to tylko w 30 procentach, a kolejne 70 to zielone wzgórza i plaże.

Ulice w Hong Kongu wydają się bardzo wąskie, może to dla tego, że wszystko wydaje się tutaj małe przy ogromnych wieżowcach.Kiedy patrzy się w górę, ciężko jest dostrzec niebo. Na chodnikach, pełno ludzi na ulicach, mnóstwo samochodów, dwupoziomowych tramwajów i przeciskających się przez wielki korek czerwono-czarnych taksówek. Mimom, że ma się wrażenie, ze są tam same budynki i nic więcej, można przysiąść w kilku bardzo przyjemnych parkach. W niektórych z nich, natknąć się można na pomniki znanych postaci ze świata filmów i kreskówek. Nie ma co mówić, Hong Kong jest drogim miastem. Na ulicach miasta mijałem sklepy Louis Vuitton, Prada, salony Porsche itp. Jeżeli chodzi o jedzenie to można znaleźć jedzenie tanio ale też takie, gdzie strasznie zaboli to twój portfel. Oczywiście ja zawsze znajdę coś tanio i zjem coś dobrego w towarzystwie miłych ludzi w mniejszych uliczkach. Jeżeli chodzi o noclegi, no cóż, jak chcesz nocować w hotelu to trochę popłyniesz ,chyba, że znajdziesz promocję na booking.com lub podobnej. Ja mieszkałem w hostelach, ceny jak w Europie, ale trzeba pamiętać, że ceny od piątku do niedzieli skaczą o 100%.

Dobra, teraz wam opowiem, jak wygląda niezurbanizowany Hong Kong. Jak wcześniej wspomniałem, to miasto, na prawdę posiada dużo zielonych terenów i innych miejsc gdzie możesz uciec od zgiełku ulicy, niestety, może nie od turystów. Ja postanowiłem odwiedzić te miejsca z ludzmi poznanymi w hostelu. Była to śmieszna drużyna, która składała się z dwóch chłopaków mnie, Carlosa z Brazyli i czterech dziewczyn ze stanów(Anny, Rachel, Deannam Judith). Robiliśmy wycieczki, każdego dnia, a wieczorami bawiliśmy się. Zaliczyliśmy grzbiet smoka, który nie był ciężki, ale widok na zatokę był przepiękny (byłby lepszy gdyby nie mgła). Zobaczyliśmy wielkiego Buddę, który jest jednym z symboli Hong Kongu, wioskę rybacką,która ucieka daleko, od zamożnego serca miasta. Mieliśmy dużo zabawy i pięknych widoków.

Hong Kong jednak ożywa nocą. Wszystkie budynki zaczynają świecić, neony również, czasami masz wrażenie, że w nocy, jest jaśniej niż za dnia.Światła budynków tworzą tęczę na rzece, widok jest niesamowity. Wraz z moją dziewczyną Niyą podziwialiśmy piękną panoramę miasta z Victoria Peak i wyspę Hong Kong. Najlepsze imprezy są na wyspie Hong Kong i tam radziłbym też wybrać hostel. Niestety ceny w klubach są dość wysokie ale nie odstrasza do ludzi ze skromniejszym budżetem, bo przy knajpach znajduje się 7eleven, gdzie ludzie kupują alkohol i cieszą się muzyką na ulicach, gdzie dociera muzyka z pobliskich klubów.

 

Hong Kong jest niesamowity, jak dla mnie chyba drugie najlepsze miasto po Barcelonie. Kierunek obowiązkowy dla każdego turysty. Jeżeli jesteś w Azji i wybierasz się do Chin to jest  najlepsze miejsce, żeby wyrobić sobie wizę do Państwa Środka (WIERZ MI, JA WIEM!!!).

 

 

 

 

hoi an – kolorowe miasto i zniszczone sanktuarium

Hoi an to małe i bardzo malownicze miasteczko położone na wybrzeżu Wietnamu. Po wcześniejszych imprezach w Wietnamie do Hoi an przyjechałem wypocząć i w spokoju podziwiać zabytki. To miasteczko okazało się to tego idealne. Spędziłem tam cztery dni, przez które oczyściłem swój organizm.

Przez pierwsze dwa dni chodziłem sobie po mieście i cieszyłem się spokojem. Kolorowe domy ozdobione były lampionami, ulice wypełnione sklepami z odzieżą w bardzo dobrej cenie, małe klimatyczne restauracje i długie stargany z kolorowymi owocami oraz warzywami dodawały uroku temu miejscu. Rzeka wypełnioina była małymi i dużymi łodziami, gdzie ludzie handlowali rybami lub wozili turystów kanałami. Wieczory w tym mieście są magiczne, żałowałem, że nie mam dziewczyny, która mógłbym zabrać na spacer (nie jestem romantykiem, ale myślę, że każdemu taki pomysł by do głowy przyszedł jak by to miejsce zobaczył). Ulice rozświetlają kolorowe lampiony, stare wietnamki, puszczają wieńce na wodzie i rzeka płonie.

Po dwóch dniach byczenia się, postanowiłem wybrać się na wycieczkę i zaobaczyć sanktuarium My son. Był to strzał w dziesiątkę, nie było to Ankor Wat z Kambodży, no może kiedyś, ale wyglądało całkiem imponująco. Niestety przez te wszystkie lata, doliczając do tego wojny, miejsce to zostało zniszczone. Mimo to położone w dżungli miejsce bardzo mi się podobało. Brązowo, pomarańczowo, szare ruiny przepięknie komponowały się w otaczającą je zieleń pobliskiej Dżungli. Dodatkowo spotkałem tam bardzo fajną grupę ludzi z Argentyny. Szybko się zaprzyjaźniliśmy i zdecydowaliśmy się zjeść kolację i następnego dnia wybrać się na plażę. Następnego dnia wypożyszczyłem rower i wraz z nowymi znajomymi pojechaliśmy na plażę. Musze przyznać, że pogoda nam dopisała, a piaszczysta plaża pomogła się zrelaksować, niestety woda nie była za ciepła, ale miło było się schłodzić w upalny dzień.

Hoi an bardzo mi się podobało i jest idealnym miejscem, żeby sobie odpocząć od tłocznych miast Wietnamu i nie ma tutaj smogu.

 

 

 

hanoi – stoilca i chińska wiza

Hanoi było moim ostatnim przystankiem w Wietnamie, przyjechałem tam odwiedzić znajomą Wiktorię i wyrobić sobie wizę do Chin. Kiedy wjeżdżaliśmy do Hanoim, korek był ogormny. Ulice wypełnione były skuterami i przebiegającymi między nimi ludzmi. Od granicy miasta do centrum jechaliśmy około 1,5 godzinym, nie wspiminając, że cała podróż w rozklekotanym minibusie, gdzie wszyscy byliśmy ściśnięci trwała 7,5 godziny. Kiedy wysiadłem z autobusu, moje zmęczone pośladki i powiginane nogi były bardzo szczęsliwe.

Do spotkania z Wiktorią zostało mi jeszcze trochę czasu, wiec szwędałem się po Old Quater – dzielnicy w centrum miasta. Na ulicach było pełno ludzi, tubylców jak i turystów, nie wiem kogo było więcej. Otaczały mnie małe kolorowe, niezadbane budynki, porośnięte roślinami, a czasami wrastającymi wnie drzewami. Na ulicach, było pełno starganów z podrobioną odzieżą, obuwiem, zegarkami i innymi gadżetami MADE IN VIETNAM. Kiedy zbliżał się czas do mojego spotkaniam wszedłem na ulice Ma May, jest to jedna z głównych ulic Old Quater, na której pełno jest hoteli, hosteli, barów, klubów i oczywiście biur podróży. Wkońcu spotkałem się z Wiktorią w małej knajpie Glamour. Pogadaliśmy, napiliśmy się i pojechaliśmy do mieszkania Wiktori gdzie miejszkałem przez 1,5 tygodnia.

Najważniesza była wiza, więc następnego dnia udałem się do Chińskiej ambasady, która znajdowała przy parku Lanina – jak dla mnie, lepszej lokalizacji, nie można było wybrać – „wielki” wódz patrzy. Nie wiem czemu, ale miałem dziwne przeczucie, że nie bedzie łatwo. Moje uczucia mnie nie zawiodły, już przy wejściu widziałem zdenerwowanych, klnących ludzi, którzy wychodzili z kwitkiem. Ze mną nie było inaczej, mimo iż, miałem ze sobą wszystkie niezbędne dokumenty, to pani w okienku powiedziała, że brakuje jeszcze kilku dokumentów i o wizie na 3 miesiące moge zapomnieć. Wyszedłem wkurzony, bo miałem najdzieje, że szybko to załatwię i będzie z głowy, a tutaj pojawiły się następne problemy. Musiałem zmienić plany podroży i zarezerwować dodatkowe bilety lotnicze. No cóż, nie były to pierwsze problemy na mojej drodze, wziąłem głęboki wdech i powiedziałem sobie, że dam radę, bez paniki, wszystko będzie dobrze (pierwsza zasada – nie panikuj, wyluzuj i coś wymyślisz), uśmiechnąłem się do słońca i pierwszego napotkanego przechodnia i poszedłem do „domu” zostawić papiery, a poźniej ruszyłem na miasto.

Przez kolejne dni zwiedzałem stoilcę. Wiedziałem trochę o wojnie w Wietnamie, po odwiedzeniu muzeów i więzienia, ta wiedza się na pewno poszerzyła. Kiedy skwar lał się z nieba chroniłem się w parkach, przy większości z nich znajdują się jeziora lub oczka wodne. Lokalsi są bardzo miłymi ludzmi, jasne wielu z nich, chce ciebie oszukać i zarobić ekstra kasę, ale jest tak we wszystkich Azjatyckich krajach, ja do tego przywykłem i łatwy w tych sparawach nie jestem. Kilka razy zostałem zaporszony do stołu na poczestunek i kilka szklanek wina ryżowego, po których wychodziłem bardzo szczęśliwy, zwłaszcza, że posiłek i napitka były za darmo. Za dnia za dużo się jednak nie dzieje, nie znaczy to jednak, że będziesz się w tym mieście nudził, bo zaraz za rogiem możesz zobaczyć choćby smażone pyski i tyłki psów. Same ulice są ciekawe, możesz na nich znaleźć wiele „skarbów” buty (głównie klapki), kaski, plecaki. Ulice mogą niektórych przerazić, ze względu na ruch, nie masz jednak wyjścia bo chodniki, jak jakieś się znajdą wypełnione są straganami i czasami cieżko jest przejść, więc chcąc nie chcąc, trzeba się włączyć do ulicznego ruchu. Nie ma jednak obaw, ludzie na skuterach omijają pieszych, jest tak samo z przejściem przez ulicę, ruch jest przez cały czas, nie ma sensu czekać na mniejszy ruch, trzeba na nią wejść i iść z wystawioną ręką.

Wieczory i noce w Hanoi sąmoim znadniem ciekawsze. Miasto jest wielką choinka, świeci się wszystko, metropolia wypełnione jest neonami i kolorowymi światłami. Ze wsząd słychać muzykę bo bawrów, dyskotek i klubów karaoke jest od groma. Wieczorami wychodziłem na miasto z Wiktorią i jej znajomymi. Poznawałem życie lokalnych obcokrajowców, którzy żyją i pracują w Hanoi od jakiegoś czasu. Większosć z nich jest nauczycielami angielskiego, niektórzy mają własne biznesy, grają w zespołach muzycznych albo pracują dla korporacji. Obcokrajowcy, którzy tutaj mieszkają pochcodzą z całego świata: Afryka, Ameryka, Europa, Azja, Australia…Niektóre kluby potrafią tutaj zadziwić, dziewczyny tańczące na barach w bikini, darmowe szoty, piwa i wiele z nich jest na poziomie europeskim. Bardzo popularne w Hanoi są Bia Hoie, bardzo tanie bary gdzie siedzi się na plastikowych małych krzesełkach, od którcyh tyłek pęka, ale piwo kosztuje 7000 dongów, czyli jakieś 25 euro centów. Do stolików często podchodzą lokalsi, którzy chcą wyczyścić lub naprawić buty, pani z jedzeniem i pamiątkami, po jakimś czasie jednak przestajesz zwracać na to uwagę.

W Hanoi spędziłem 1,5 tygodnia, wyrobiłem sobie wizę z małymi problemami, poznałem fajnych ludzi, dobrze pojadłem, nauczyłem się wiele o historii tego kraju i świetnie się bawiłem. Bawiłem się tak dobrze, że wróciłem później do tego miasta i mieszkałem tutaj przez rok, ale to już w innym artykule. Ta stolica była jedną z najlepszych w Azji, gdzie każdy znajdzie coś dla siebie.