hanoi – stoilca i chińska wiza

Hanoi było moim ostatnim przystankiem w Wietnamie, przyjechałem tam odwiedzić znajomą Wiktorię i wyrobić sobie wizę do Chin. Kiedy wjeżdżaliśmy do Hanoim, korek był ogormny. Ulice wypełnione były skuterami i przebiegającymi między nimi ludzmi. Od granicy miasta do centrum jechaliśmy około 1,5 godzinym, nie wspiminając, że cała podróż w rozklekotanym minibusie, gdzie wszyscy byliśmy ściśnięci trwała 7,5 godziny. Kiedy wysiadłem z autobusu, moje zmęczone pośladki i powiginane nogi były bardzo szczęsliwe.

Do spotkania z Wiktorią zostało mi jeszcze trochę czasu, wiec szwędałem się po Old Quater – dzielnicy w centrum miasta. Na ulicach było pełno ludzi, tubylców jak i turystów, nie wiem kogo było więcej. Otaczały mnie małe kolorowe, niezadbane budynki, porośnięte roślinami, a czasami wrastającymi wnie drzewami. Na ulicach, było pełno starganów z podrobioną odzieżą, obuwiem, zegarkami i innymi gadżetami MADE IN VIETNAM. Kiedy zbliżał się czas do mojego spotkaniam wszedłem na ulice Ma May, jest to jedna z głównych ulic Old Quater, na której pełno jest hoteli, hosteli, barów, klubów i oczywiście biur podróży. Wkońcu spotkałem się z Wiktorią w małej knajpie Glamour. Pogadaliśmy, napiliśmy się i pojechaliśmy do mieszkania Wiktori gdzie miejszkałem przez 1,5 tygodnia.

Najważniesza była wiza, więc następnego dnia udałem się do Chińskiej ambasady, która znajdowała przy parku Lanina – jak dla mnie, lepszej lokalizacji, nie można było wybrać – „wielki” wódz patrzy. Nie wiem czemu, ale miałem dziwne przeczucie, że nie bedzie łatwo. Moje uczucia mnie nie zawiodły, już przy wejściu widziałem zdenerwowanych, klnących ludzi, którzy wychodzili z kwitkiem. Ze mną nie było inaczej, mimo iż, miałem ze sobą wszystkie niezbędne dokumenty, to pani w okienku powiedziała, że brakuje jeszcze kilku dokumentów i o wizie na 3 miesiące moge zapomnieć. Wyszedłem wkurzony, bo miałem najdzieje, że szybko to załatwię i będzie z głowy, a tutaj pojawiły się następne problemy. Musiałem zmienić plany podroży i zarezerwować dodatkowe bilety lotnicze. No cóż, nie były to pierwsze problemy na mojej drodze, wziąłem głęboki wdech i powiedziałem sobie, że dam radę, bez paniki, wszystko będzie dobrze (pierwsza zasada – nie panikuj, wyluzuj i coś wymyślisz), uśmiechnąłem się do słońca i pierwszego napotkanego przechodnia i poszedłem do „domu” zostawić papiery, a poźniej ruszyłem na miasto.

Przez kolejne dni zwiedzałem stoilcę. Wiedziałem trochę o wojnie w Wietnamie, po odwiedzeniu muzeów i więzienia, ta wiedza się na pewno poszerzyła. Kiedy skwar lał się z nieba chroniłem się w parkach, przy większości z nich znajdują się jeziora lub oczka wodne. Lokalsi są bardzo miłymi ludzmi, jasne wielu z nich, chce ciebie oszukać i zarobić ekstra kasę, ale jest tak we wszystkich Azjatyckich krajach, ja do tego przywykłem i łatwy w tych sparawach nie jestem. Kilka razy zostałem zaporszony do stołu na poczestunek i kilka szklanek wina ryżowego, po których wychodziłem bardzo szczęśliwy, zwłaszcza, że posiłek i napitka były za darmo. Za dnia za dużo się jednak nie dzieje, nie znaczy to jednak, że będziesz się w tym mieście nudził, bo zaraz za rogiem możesz zobaczyć choćby smażone pyski i tyłki psów. Same ulice są ciekawe, możesz na nich znaleźć wiele „skarbów” buty (głównie klapki), kaski, plecaki. Ulice mogą niektórych przerazić, ze względu na ruch, nie masz jednak wyjścia bo chodniki, jak jakieś się znajdą wypełnione są straganami i czasami cieżko jest przejść, więc chcąc nie chcąc, trzeba się włączyć do ulicznego ruchu. Nie ma jednak obaw, ludzie na skuterach omijają pieszych, jest tak samo z przejściem przez ulicę, ruch jest przez cały czas, nie ma sensu czekać na mniejszy ruch, trzeba na nią wejść i iść z wystawioną ręką.

Wieczory i noce w Hanoi sąmoim znadniem ciekawsze. Miasto jest wielką choinka, świeci się wszystko, metropolia wypełnione jest neonami i kolorowymi światłami. Ze wsząd słychać muzykę bo bawrów, dyskotek i klubów karaoke jest od groma. Wieczorami wychodziłem na miasto z Wiktorią i jej znajomymi. Poznawałem życie lokalnych obcokrajowców, którzy żyją i pracują w Hanoi od jakiegoś czasu. Większosć z nich jest nauczycielami angielskiego, niektórzy mają własne biznesy, grają w zespołach muzycznych albo pracują dla korporacji. Obcokrajowcy, którzy tutaj mieszkają pochcodzą z całego świata: Afryka, Ameryka, Europa, Azja, Australia…Niektóre kluby potrafią tutaj zadziwić, dziewczyny tańczące na barach w bikini, darmowe szoty, piwa i wiele z nich jest na poziomie europeskim. Bardzo popularne w Hanoi są Bia Hoie, bardzo tanie bary gdzie siedzi się na plastikowych małych krzesełkach, od którcyh tyłek pęka, ale piwo kosztuje 7000 dongów, czyli jakieś 25 euro centów. Do stolików często podchodzą lokalsi, którzy chcą wyczyścić lub naprawić buty, pani z jedzeniem i pamiątkami, po jakimś czasie jednak przestajesz zwracać na to uwagę.

W Hanoi spędziłem 1,5 tygodnia, wyrobiłem sobie wizę z małymi problemami, poznałem fajnych ludzi, dobrze pojadłem, nauczyłem się wiele o historii tego kraju i świetnie się bawiłem. Bawiłem się tak dobrze, że wróciłem później do tego miasta i mieszkałem tutaj przez rok, ale to już w innym artykule. Ta stolica była jedną z najlepszych w Azji, gdzie każdy znajdzie coś dla siebie.

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *