zakynthos – pierwsza grecka wyspa i ślub (nie mój)

Na Zakynthosie byłem dwa razy i jest to jednyna grecka wyspa jaką do tej pory widziałem. Przez to jak wygląda i jaki klimat na niej panuje, mam nadzieje, że nie będzie to ostatnia grecka wyspwa moich podróży. Wyspa słynie z zatoki wraku, która odwiedziłem, drugim największą atrakcją są, żółwie, które potrafią osiągnąć długość do 120 cm, niestety nie udało mi się ich zobaczyć .

Na wsypie znajduje się wiele barów i dyskotek, także dla ludzi lubiących dobrą zabawę wyspa powinna się spodobać. Jammin Bar i Paradise Coctail Bar są całkiem niezłe. Trzeba jednak pamiętać o jednym, jak przyjeżdżasz wypocząć to lepiej wybrać sobie mniej imprezowe miasteczka i pojechać sobie raz czy dwa razy na dobrą imprezę, bo uwierzcie mi, ciężko będzie spać w pobliżu tych dyskotek. Na austobusy w nocy nie ma co liczyć, wieć pozostaje taksówka, do 20 euro powinniście się zmieścić.

Co do kąpieli, kurde, co tu dużo mówić, woda jest przepiękna, można widzieć na kilka metrów od tafli wody. Fani nurkowania, powinni mieć dużą frajde bo dookoła wyspy znajduje się dużo małych jaskińm gdzie można ponurkować. Mi  się nie udało, bo nie miałem kasy, ale dobrym pomysłem jest wynajęcie łódki ze znajomymi i opłynięcie wyspy dookoła. Zatoka wraku wygląda super, z otaczających ją gór wielu ludzi skacze na spadochronach.

Drugim razem na Zakynthos przyjechałem, bo znajoma Aneta brała tam ślub, świetne miejsce, zwłaszcza, ze wałśnie tam poznała się pierwszy raz ze swoim mężem. Śluby był na brzegiem morza, do którego oczywiście weszliśmy, kiedy zapadł zmrok rozświetlaliśmy niebo lampionami, zabawa była świetna. A po ślubie z kilkoma znajomymi poszliśmy się kąpać do jednego z basenów z pobliskich hoteli. Ta wyspa uszczęśliwia człowieka.

Zakynthos polecam, warto zajrzeć.

 

ateny – kraina bogów i przystanek europa

Ateny, kraina bogów i filozofii. Dwa przedmioty, z których zawsze miałem dobre oceny w szkole i na studiach. Zawsze chciałem się udać to tego miasta, ale coś zawsze stało na przeszkodzie. Po kilku latach w Azji wylądowałem właśnie tutaj.

Po długiej podróży wylądowałem w stolicy Grecji – Atenach. Wiele osób mówiło mi, że Ateny to jedna z najgorszych stolic w Europie. Brudno, syf, lokalsi mają ciebie w dupie… OK, podczas podróży autobusem z lotniska do centrum miasta zobaczyłem ten syf: dużo śmieci na ulicach, graffiti na budynkach i zaniedbane blokowiska, ale większość miast europejskich wygląda tak samo. Kiedy wyszedłem z autobusu było już ciemno, udałem się do mojego hostelu ZEUS – nie ma to jak mieszkać pod dachem u największego greckiego boga. Hostel, może nie wymiata jakością, ale klimatem na pewno. Pokoje nazwach z mitologii np. Hades, na ścianach malunki grackich postaci bogów i kreatur. W hostelu poznałem Hiszpanów, Angielki i Węgirki, wszyscy razem poszliśmy się pobawić do jednego z najlepszych klubów w Atenach Pixi. Ja się oszczędzałem (następnego dnia miałem długa wycieczkę autobusową), ale Bachus pod postacią wina rozkręcił naszą zabawę, Atena odebrała nam rozum (o który powinna zadbać),  Apollo zadział w niektórych przypadkach, po zamknięciu knajp i dyskotek można było zobaczyć wpływ Aresa, kiedy ludzie obijali się pięściami.

Do Aten wróciłem po trzech dniach. Tym razem celem było zwiedzanie. Udałem się do Akropolu, długa wspinaczka, przedzieranie się przez targowiska i stanie w kolejce po bilet, okazało się warte, żeby zobaczyć zniszczony zabytek, pokłoniłem się starym bóstwom i udałem się dalej. Odwiedziłem ogrody narodowe, gdzie podziwiałem figury i niezliczone ilości palm, ale polecam na schronienie się przed upałem, w cieniu palm i rozkoszowanie się spokojem (było niezwykle cicho).Oczywiście udałem się do świątyni Zeusa, która się całkiem nieźle trzyma i wygląda przepięknie, a przez drzwi tej świątyni, ,możemy zobaczyć Akropol. Później szlajałem się po mieście, gdzie zobaczyłem greckich wojskowych odzianych w śmieszne buty z włochatymi kulkami, białymi rajtuzami i okazało się, że nie tylko Szkoci lubią spódnice. Ulice Aten są pokryte przez graffity,ale nadaje im to niesamowity klimat, na ulicach pełno straganów (znajdziesz tam wszystko). Czasami perełki jak bar z „Alicji w krainie czarów”.

Ateny może nie wszystkim przypadną do gustu, ale mi się podobały. Dużo zabawy i zabytków, ludzie mili, sympatyczni. Wiele zabytków do zobaczenia, a jak jesteś studentem i szukasz miejsca na budżecie to perfekcyjne miejsce. POLECAM!!!

shanghai – miasto świateł i szybki pociąg

Shanghai jest jest jedną z wizytówek państwa środka. Do tej pory mogłem podziwiać to miasto tylko na filmach i zdjęciach, aż w końcu mogłem je zobaczyć na własne oczy. Do Shanghaju dotarłem super szybkim pociągiem, który jechał z prędkością 500 km\h. Było bardzo przyjemnie i szybko i jest to super alternatywa dla samolotów. Nasze pandolino mogą się schować. Poleciałem trochę z kasą, ale było warto, raz się żyje.

Shanghai już na początku zaczął mi się podobać. Kiedy zobaczyłem mapę metra widziałem, że wszędzie dotrę bez problemów.  Niestety nie miałem zbyt dużo czasu na to miasto, więc wszystko trzeba było zrobić szybko. Dotarłem do mojego hostelu, zrzuciłem graty i chcąc nie chcąc, musiałem się zdrzemnąć dwie godziny. Nie była to sprawa łatwa, bo w moim pokoju ludzie byli po wielkiej imprezie, w pokoju pachniało gorzelnią i wszyscy chrapali. Po drzemce wybrałem się na miasto, wszędzie znajdowały się wieżowce, co mnie cieszyło – jestem ich wielkim fanem. Na pierwszy ogień wybrałem ogrody Yuyuan, wyglądały przepięknie, stare chińskie budynki, otoczone fosami, dookoła przepiękna roślinność, przepiękne miejsce na randkę. Wieczorem byłem umówiony z koleżanka Niyi, wsiadłem w metro i ruszyłem odebrać ja z pracy. Ha zaprosiła mnie na kolacje, do pobliskiego centrum handlowego. Muszę przyznać, że kuchnia w Shanghaju nie bardzo mi smakuje, jest słodka. Po kolacji poszliśmy nad rzekę Jangcy, która jest najdłuższą rzeką w Azji. Widok był niesamowity, wszystko świeciło, wielkie reklamy na budynkach – super, pływające świecące statki niczym z bajek Disneya. Nie chciało mi się wracać do hostelu, z Ha napiliśmy się trochę chińskiego wina i pospacerowaliśmy po rozświetlonym mieście, niestety, dziewczyna musiała pracować następnego dnia, a ja miałem jeszcze trochę do zobaczenia.

Drugiego dnia czekała mnie mała podróż, do chińskiej Wenecji – Zhujiajiao. Podróż nie jest długa można się tam dostać w niecałą godzinę, a jest warto.  Pływanie małymi łódkami, między domkami, które znajdują się nad rzeką jest bardzo przyjemne, można tam kupić wiele pamiątek, jedzenia itp. Co bardzo mi się podobało w tym mieście jest  to, że ludzie nie skaczą na ciebie, jak w innych Azjatyckich krajach. Po miło spędzonym popołudniu, wróciłem do Shanghaju i poszedłem do muzeum miejskiego, ale nie zachwyciło mnie po tym co widziałem w Bejing. Poszwędałem się jeszcze trochę po mieście i wróciłem do hostelu, gdzie miałem plan odpocząć. Tak się jednak nie stało, bo ludzie z mojego hostelu namówili mnie na imprezę. Poszliśmy na miasto i zaczęło się dziać, wylądowaliśmy w klubie Geisha. Bawiliśmy się długo i bardzo dobrze, kilku ludzi, aż za dobrze i po imprezie, ciężko było nam znaleźć taksówkę, bo cześć taksówkarzy odmawiało serwisu, ze względu na bardzo pijanych, nowo poznanych znajomych.

Następnego dnia, trzeba było się spakować i wracać do Bejing. Nie udało mi się zobaczyć wszystkiego co to miasto ma do zaoferowania, ale mimo to bardzo mi się tam podobało. Shanghaj jest super miastem, gdzie starożytność miksuje się z nowoczesnością. Jest to dobre miejsce, żeby poimprezować, zobaczyć wspaniałą architekturę, dla romantyków też znajdą się miejsca. Ja bardzo polecam, jak dla mnie jedno z fajniejszych miasta w Azji.

datong – wisząca świątynia i groty z 51 tys. buddy

Do Datong wybrałem się z Niyą. Na szczęście, podróż pociągiem, nie była tak długa jak do Xi’an i mieliśmy miejsca siedzące, aczkolwiek to kolejne 11 godzin. Niya chciała przespać większość podróży, niestety nie pozwolili jej na to inni podróżni, bo ciągle wypytywali o mnie, albo robiła za tłumacza. Na Datong mieliśmy 3 dni, co wystarczy na zobaczenie wszystkiego w tym „małym mieście”, w którym mieszka ponad milion ludzi.

Tym razem podróżowanie było łatwiejsze bo Niya mówiła po chińsku, wiec z komunikacją nie było problemów. Po zakwaterowaniu i krótkiej drzemce ruszyliśmy do Grot Yungang. Miejsce to jest znane ze względu na ilość posągów Buddy, bo jest ich tutaj 51 tysięcy. Nie liczyłem ich, ale mogę w to uwierzyć. Na miejscu widzieliśmy wiele grot, które znajdują się w górach. W grotach jak i na zewnątrz znajdują się rzeźby Buddy duże, małe i mikroskopijne. Na tym wielkim obszarze znajdą ja się również liczne świątynie i muzea. Posągów Buddy mogło być więcej niestety Mao to przeszkadzało i zdecydował się, żeby część wyburzyć. Mimo iż miejsce bardzo mi się podobało to nie rozumiem po cholerę tworzyć tyle posągów. Wyglądało to trochę jak Barok – za dużo wszystkiego. Po zwiedzaniu i podróży pociągiem poszliśmy spać następnego dnia chcieliśmy zobaczyć wiszące sanktuarium i trochę miasta.

Muszę przyznać, że miasto Datong nie powala, oprócz starego miasta, które ogrodzone jest murem. Stare zaniedbane budynki, nudna, bezbarwna architektura. No ale to miasto słynie z nudli i Niya nalegała, żebyśmy spróbowali. Nie jestem wielkim smakoszem , a na dodatek moje podniebienie zniszczone jest przez palenie, ale muszę przyznać, że jedzenie i sam makaron były bardzo dobre.  Po południu pojechaliśmy zobaczyć wiszącą świątynie. Świątynia podobała mi się bardziej niż poprzednie groty i była jedyna w swoim rodzaju, we wcześniejszej podróży po Azji jeszcze czegoś takiego nie widziałem. Świątynia przytwierdzona jest do góry , kilkadziesiąt metrów nad ziemią, wykonana jest z drewna i w chińskim stylu. Budowle maja po trzy piętra, prowadzą do nich czasami wąskie zawieszone mosty. W środku znajdują się posągi buddy i sakralne artefakty. Po kilku chińskich muzeach, nie powalają. Mimo wszystko miejsce jest położone w ciekawym miejscu i jest czym nacieszyć oczy. Poszliśmy jeszcze raz do starego miasta i chodziliśmy małymi uliczkami, podziwialiśmy małe domki, koloru szarego z dużą ilością lampionów. Na ulicach ludzie grali w chińskie gry, i obiadali się śmierdzącym tofu. Z tofu jest jak z serem (dla mnie) im bardziej śmierdzące tym lepsze. Kiedy ja zajadałem kolejne tofu Nija rozkoszowała się herbacianymi lodami, których ja nie nawidzę.

Datong jako miasto mi się nie podobało.  Uważam jednak, że warto poświęcić na to miasto 3 dni, myślę, że można wszystko zobaczyć nawet w dwa. Zjeść dobry makaron, zobaczyć zabytki nieopodal miasta.

 

xi’an – terakotowa armia i pierwsza podróż chińskim pociągiem

Przyszedł czas, żeby wyrwać się na chwilę z Pekinu, wybrałem kierunek Xi’an, żeby zobaczyć terakotową armię. Moim pierwszym błędem było rezerwowanie biletu na ostatnią chwilę i to jeszcze w okresie, kiedy Chińczycy mają przedłużony weekend. Wierzcie mi, bolało.

No więc, pierwsze przykazanie w Chinach. Zawsze, sprawdź wcześniej wszystkie informacje na temat swojego pociągu w intrenecie (czas, klasę, numer pociągu itp.), bo jak nie, to przy kasie dla obcokrajowców, nie zawsze będzie pani, która gada po angielsku i później, mogę tylko powiedzieć, powodzenia, jeżeli nie znasz chińskiego. Jeżeli, nie zarezerwujesz biletu wcześniej, to możesz pożegnać się z miejscem siedzącym. Kiedy, już masz bilet, to masz kolejny problem, bo jest „zaszyfrowany” chińskimi krzaczkami (sprawdź opis biletu w intrenecie). No więc, wszystko to mi się przytrafiło. Na szczęście, jakoś z tego wybrnąłem, wsiadłem do właściwego pociągu i przygoda się zaczęła. Ludzi mnóstwo, a myślałem, że w Indiach już wszystko widziałem. Ludzie zajęli swoje miejsca siedzące, a ja dołączyłem do ekipy stojącej. Czułem się jak sardynka w puszcze. Nie wiem jakim cudem pani z wózkiem z jedzeniem znalazła miejsce w tej puszcze. Wszyscy zaczęli wyciągać jedzenie (zupki chińskie, kurze nóżki itp.). W chińskich pociągach można palić i wszyscy z tego korzystają i pociągi są wypełnione dymem. Byłem tam jedynym białasem, więc większość oczu było skierowanych na mnie i co jakiś czas miałem jakieś towarzystwo, więc gadałem sobie na migi, sytuacja się trochę uprościła jak ktoś wyciągnął flaszkę. Zaczęły się śpiewy, a na twarzach pojawiły się uśmiechy. Kiedy część ludzi powysiadało z pociągu, udało mi się trochę zdrzemnąć na podłodze. Po 17 godzinach dotarłem na miejsce.

Hallo Xi’an. Był ranek ruszyłem z ludźmi do wyjścia. Na zewnątrz, było szaro, zimno i na dodatek padał deszcz. Musiałem jakoś zapełnić swój czas bo do mojej rezerwacji zostało trochę czasu. Zatrzymałem się w Mc Donaldzie, żeby załadować mapę miasta i sprawdzić, gdzie znajduje się mój hostel. Kiedy deszcz zamienił się w mżawkę, udałem się na wycieczkę po mieście. Pierwsze wrażenie nie było najlepsze, stare, szare zaniedbane budynki, brzydkie wiadukty wszystko to wyglądało jak PRL, który znam ze zdjęć. Kiedy jednak zagłębiałem się bardziej, mogłem podziwiać stare typowe chińskie budynki, wielki mur miejski i kolejne pagody. W centralnej części miasta wyrastały wieżowce. Udałem się do muzeum, które głównie skupiał się na dynastii Qing. Później udałem się do dzielnicy muzułmańskiej, po drodze zobaczyłem wieże dzwonu. Muzułmańska dzielnica była świetna dobre jedzenie, lampiony i przesympatyczni ludzie. Do tej pory nie wiedziałem, że w chinach żyje tylu muzułmanów. Po zwiedzaniu miasta i jeździe chińskimi autobusami dotarłem do hostelu. W hostelu czekała mnie niemiła niespodzianka. Najpierw okazało się, że obsługa nie mówi po angielsku i porozumiewaliśmy się przy użyciu komputerowego tłumacza i wymienialiśmy uśmiechy. Okazało się, że nie mają mojej rezerwacji ale za 5zł mogę się przekimać na kanapie w lobby u boku wielkiego psa. Wieczór spędziłem z ludźmi z hostelu i zbierałem informacje jak się dostać do terakotowej armii. Nie tylko mnie przypadła do gustu muzułmańska kuchnia, więc ekipa wybraliśmy się na kolację do muzułmańskiej dzielnicy. Szybko poszedłem spać, bo chciałem z samego rana zobaczyć terakotową armie bez tłumu ludzi.

Tak jak postanowiłem tak zrobiłem. Następnego dnia wstałem wcześnie rano, znalazłem autobus i ruszyłem do oddalonego 20 km od miasta Muzeum, gdzie znajduje się Terakotowa Armia, która była głównym celem mojej podróży. Mimo iż, dotarłem na miejsce jednym z pierwszych autobusów to   turystów było dużo. Kupiłem bilet i udałem się do grobowca, gdzie spoczywała armia. Wszedłem do wielkiego budynku, który przypominał hangar i u moich stup pojawiło się kilka tuneli w których stali gliniani żołnierze. Każdy z nich ma inną twarz, w rękach dzierżą broń, są też wojownicy na rydwanach. Miejsce robi na mnie ogromne wrażenie i nie mogłem uwierzyć, że te figury się zachowały w tak dobrej kondycji przez wieki. Nie wiem ile czasu spędziłem w hangarze ale trochę czasu minęło. Kiedy wyszedłem, poszwendałem się po okolicznych ogrodach i muzeach, a później ruszyłem do miasta. Kiedy dotarłem do Xi’an, zwiedziłem resztę miasta, kupiłem bilet powrotny na następny dzień (tym razem bez problemów) i następnego dnia ruszyłem z powrotem do Pekinu.

Terakotowa armia rządzi, jedzenie jest przepyszne, co do samego miasta. No cóż jest dużo do zobaczenia, ale mnie jakoś nie powaliło. Może to przez pogodę i długa męczącą podróż. Na pewno jednak warto.

beijing – witajcie chiny i wielki mur

Po długi staraniach o wizę, w końcu udało mi się dotrzeć do Chin. Pierwszym przystankiem był Pekin, pojechałem odwiedzić swoją byłą dziewczynę Niję i przy okazji zobaczyć trochę zabytków. Stolica państwa środka tak mi się spodobała, że zostałem tam 3 miesiące. Oczywiście nie tylko przez dziewczynę ale także, przez kulturę, klimat (ludzi, nie klimat pogodowy) i atmosferę miasta. Pekin to ogromne miasto, ale nie ma się czemu dziwić, bo żyje tam ponad 21 milionów ludzi. Każde znane miejsce, zabytki, place, stacje metra przypominają mrowiska. Na stacjach metra, pracują ludzie, którzy upychają pasażerów w pociągach metra. Na stacjach, w turystycznych miejscach trzeba przechodzić przez bramki jak na lotniskach, przez co robią się naprawdę duże kolejki. Chińczycy są bardzo „pomocni” ,jak się jakiegoś zapytasz o drogę, to nawet jak nie wie to i tak jakiś kierunek tobie wskaże. W Pekinie nie ma mowy o nudzie, bo do zobaczenia jest wiele……

Zacznijmy jednak od początku, jak każdy turysta postanowiłem zobaczyć jeden z cudów, które zbudowali homosapiens. Tuż za granicami stolicy Chin, znajdują się góry, po których rozciąga się Wielki Mur. Widok jest niesamowity, ciężko jest uwierzyć, że ludziom chciało się coś takiego zbudować, ale na nasze szczęście, jest na co popatrzeć. Kiedy dotarliśmy z Niją na miejsce, ludzi było od groma, nie odstraszyło mnie to nawet przez moment. Przedzieraliśmy się przez wszystkich ludzi, pokonywaliśmy kolejne schody. Było warto, widok był niesamowity, musze przyznać, że wyglądał jak naprawdę duża gąsienica. Nie, serio, przepiękny widok. Jak, ktoś nie jest fanem schodów to może wjechać na górę gondolą.

Nocą, no cóż, trzeba się pobawić. Uwierzcie mi Chińczycy to uwielbiają. Pekin w nocy wygląda przepięknie, wieżowce świecą i reklamy na budynkach rozświetlają miasto. Na ulicach nie ma już takiego ruchu jak za dnia i spacery są naprawdę przyjemne. Nie będę was jednak ściemniał, nie spacerowaliśmy za długo, nie licząc kilku romantycznych wyjść. Wieczory Chińczycy spędzają w barach karaoke. Bary karaoke wyglądają niesamowicie. Grupy dostają własny pokój, który jest bardzo komfortowy. Na stole ląduje wielki talerz z owocami i duże ilości alkoholu. Kiedy ludzie śpiewają inni tańczą impreza na całego, niektórzy potrzebują pomocy, żeby stamtąd wyjść. Alternatywą są kluby, które są jednymi z najlepszych jakie, w życiu widziałem, nie ściemniam ani trochę. Ogromne, na parkietach są przedstawienia rodem z karnawałów z Rio de Janeiro. Ludzie bawią się do upadłego, a dziewczyny…. Jak jesteś obcokrajowcem to możesz się napić za darmo i poznać dużo, ale to dużo ludzi bo wielu z tubylców chce się z tobą napić.

Nie myślcie, że cały czas imprezowałem w tym mieście. Odwiedziłem narodowe muzeum, gdzie dowiedziałem się wiele na temat historii jednego z najstarszych narodów na tej planecie i muszę przyznać, że jest niesamowita. Świątynia Nieba, zrobiła na mnie duże wrażenie, poprzez przepiękne budowle i zagospodarowanie terenu. Teraz jest tam wielu turystów, ale kiedyś była ona dostępna tylko dla niewielu. Zakazane Miasto, cóż powiedzieć, przepiękna, starożytna architektura chińska, lwów i demonów jest tyle samom co gargulców we Francuskich katedrach. Plac Tianamen, który jest naprzeciwko Zakazanego Miasta, jest pełen turystów, często protestują tam ludzie, miałem okazje zobaczyć dziadka, który biegła nago i rzuciło się na niego pięciu policjantów, kiedy jeden z nich zorientował się, że kręcę film, podszedł do mnie i poprosił ładnie o mój telefon i wykasował film.

Po zwiedzaniu najważniejszych miejsc poznawałem, kuchnie (którą bardzo polubiłem-ostra), gry (często grają w kości) i życie obywateli Chin, musze przyznać, że są to naprawdę w porządku ludzie. W supermarketach znajdziesz zawsze coś ciekawego do jedzenie np. żółwia. No i oczywiście musiałem zobaczyć Pandę. Pekin gorąco wszystkim polecam.  

 

hong kong – dżungla wieżowców i nocna tęcza

AAAAAA Hong Kong!!! Nareszcie to miasto chciałem zobaczyć, chyba od zawsze. Nie wiem, ile razy widziałem to miasto na filmach i mówiłem sobie, że pewnego dnia zobaczę to miasto. Nie zawiodłem się i spodobało mi się jeszcze bardziej. Tak, się zachwyciłem tą metropolią, że odwiedziłem ją trzy razy. Hong Kong to dżungla starych zaniedbanych i nowoczesnych o dziwnych kształtach wieżowców. Przez cały czas wyobrażałem sobie, że to miasto jest całkowicie zurbanizowane, jak się okazało to tylko w 30 procentach, a kolejne 70 to zielone wzgórza i plaże.

Ulice w Hong Kongu wydają się bardzo wąskie, może to dla tego, że wszystko wydaje się tutaj małe przy ogromnych wieżowcach.Kiedy patrzy się w górę, ciężko jest dostrzec niebo. Na chodnikach, pełno ludzi na ulicach, mnóstwo samochodów, dwupoziomowych tramwajów i przeciskających się przez wielki korek czerwono-czarnych taksówek. Mimom, że ma się wrażenie, ze są tam same budynki i nic więcej, można przysiąść w kilku bardzo przyjemnych parkach. W niektórych z nich, natknąć się można na pomniki znanych postaci ze świata filmów i kreskówek. Nie ma co mówić, Hong Kong jest drogim miastem. Na ulicach miasta mijałem sklepy Louis Vuitton, Prada, salony Porsche itp. Jeżeli chodzi o jedzenie to można znaleźć jedzenie tanio ale też takie, gdzie strasznie zaboli to twój portfel. Oczywiście ja zawsze znajdę coś tanio i zjem coś dobrego w towarzystwie miłych ludzi w mniejszych uliczkach. Jeżeli chodzi o noclegi, no cóż, jak chcesz nocować w hotelu to trochę popłyniesz ,chyba, że znajdziesz promocję na booking.com lub podobnej. Ja mieszkałem w hostelach, ceny jak w Europie, ale trzeba pamiętać, że ceny od piątku do niedzieli skaczą o 100%.

Dobra, teraz wam opowiem, jak wygląda niezurbanizowany Hong Kong. Jak wcześniej wspomniałem, to miasto, na prawdę posiada dużo zielonych terenów i innych miejsc gdzie możesz uciec od zgiełku ulicy, niestety, może nie od turystów. Ja postanowiłem odwiedzić te miejsca z ludzmi poznanymi w hostelu. Była to śmieszna drużyna, która składała się z dwóch chłopaków mnie, Carlosa z Brazyli i czterech dziewczyn ze stanów(Anny, Rachel, Deannam Judith). Robiliśmy wycieczki, każdego dnia, a wieczorami bawiliśmy się. Zaliczyliśmy grzbiet smoka, który nie był ciężki, ale widok na zatokę był przepiękny (byłby lepszy gdyby nie mgła). Zobaczyliśmy wielkiego Buddę, który jest jednym z symboli Hong Kongu, wioskę rybacką,która ucieka daleko, od zamożnego serca miasta. Mieliśmy dużo zabawy i pięknych widoków.

Hong Kong jednak ożywa nocą. Wszystkie budynki zaczynają świecić, neony również, czasami masz wrażenie, że w nocy, jest jaśniej niż za dnia.Światła budynków tworzą tęczę na rzece, widok jest niesamowity. Wraz z moją dziewczyną Niyą podziwialiśmy piękną panoramę miasta z Victoria Peak i wyspę Hong Kong. Najlepsze imprezy są na wyspie Hong Kong i tam radziłbym też wybrać hostel. Niestety ceny w klubach są dość wysokie ale nie odstrasza do ludzi ze skromniejszym budżetem, bo przy knajpach znajduje się 7eleven, gdzie ludzie kupują alkohol i cieszą się muzyką na ulicach, gdzie dociera muzyka z pobliskich klubów.

 

Hong Kong jest niesamowity, jak dla mnie chyba drugie najlepsze miasto po Barcelonie. Kierunek obowiązkowy dla każdego turysty. Jeżeli jesteś w Azji i wybierasz się do Chin to jest  najlepsze miejsce, żeby wyrobić sobie wizę do Państwa Środka (WIERZ MI, JA WIEM!!!).

 

 

 

 

hoi an – kolorowe miasto i zniszczone sanktuarium

Hoi an to małe i bardzo malownicze miasteczko położone na wybrzeżu Wietnamu. Po wcześniejszych imprezach w Wietnamie do Hoi an przyjechałem wypocząć i w spokoju podziwiać zabytki. To miasteczko okazało się to tego idealne. Spędziłem tam cztery dni, przez które oczyściłem swój organizm.

Przez pierwsze dwa dni chodziłem sobie po mieście i cieszyłem się spokojem. Kolorowe domy ozdobione były lampionami, ulice wypełnione sklepami z odzieżą w bardzo dobrej cenie, małe klimatyczne restauracje i długie stargany z kolorowymi owocami oraz warzywami dodawały uroku temu miejscu. Rzeka wypełnioina była małymi i dużymi łodziami, gdzie ludzie handlowali rybami lub wozili turystów kanałami. Wieczory w tym mieście są magiczne, żałowałem, że nie mam dziewczyny, która mógłbym zabrać na spacer (nie jestem romantykiem, ale myślę, że każdemu taki pomysł by do głowy przyszedł jak by to miejsce zobaczył). Ulice rozświetlają kolorowe lampiony, stare wietnamki, puszczają wieńce na wodzie i rzeka płonie.

Po dwóch dniach byczenia się, postanowiłem wybrać się na wycieczkę i zaobaczyć sanktuarium My son. Był to strzał w dziesiątkę, nie było to Ankor Wat z Kambodży, no może kiedyś, ale wyglądało całkiem imponująco. Niestety przez te wszystkie lata, doliczając do tego wojny, miejsce to zostało zniszczone. Mimo to położone w dżungli miejsce bardzo mi się podobało. Brązowo, pomarańczowo, szare ruiny przepięknie komponowały się w otaczającą je zieleń pobliskiej Dżungli. Dodatkowo spotkałem tam bardzo fajną grupę ludzi z Argentyny. Szybko się zaprzyjaźniliśmy i zdecydowaliśmy się zjeść kolację i następnego dnia wybrać się na plażę. Następnego dnia wypożyszczyłem rower i wraz z nowymi znajomymi pojechaliśmy na plażę. Musze przyznać, że pogoda nam dopisała, a piaszczysta plaża pomogła się zrelaksować, niestety woda nie była za ciepła, ale miło było się schłodzić w upalny dzień.

Hoi an bardzo mi się podobało i jest idealnym miejscem, żeby sobie odpocząć od tłocznych miast Wietnamu i nie ma tutaj smogu.

 

 

 

hanoi – stoilca i chińska wiza

Hanoi było moim ostatnim przystankiem w Wietnamie, przyjechałem tam odwiedzić znajomą Wiktorię i wyrobić sobie wizę do Chin. Kiedy wjeżdżaliśmy do Hanoim, korek był ogormny. Ulice wypełnione były skuterami i przebiegającymi między nimi ludzmi. Od granicy miasta do centrum jechaliśmy około 1,5 godzinym, nie wspiminając, że cała podróż w rozklekotanym minibusie, gdzie wszyscy byliśmy ściśnięci trwała 7,5 godziny. Kiedy wysiadłem z autobusu, moje zmęczone pośladki i powiginane nogi były bardzo szczęsliwe.

Do spotkania z Wiktorią zostało mi jeszcze trochę czasu, wiec szwędałem się po Old Quater – dzielnicy w centrum miasta. Na ulicach było pełno ludzi, tubylców jak i turystów, nie wiem kogo było więcej. Otaczały mnie małe kolorowe, niezadbane budynki, porośnięte roślinami, a czasami wrastającymi wnie drzewami. Na ulicach, było pełno starganów z podrobioną odzieżą, obuwiem, zegarkami i innymi gadżetami MADE IN VIETNAM. Kiedy zbliżał się czas do mojego spotkaniam wszedłem na ulice Ma May, jest to jedna z głównych ulic Old Quater, na której pełno jest hoteli, hosteli, barów, klubów i oczywiście biur podróży. Wkońcu spotkałem się z Wiktorią w małej knajpie Glamour. Pogadaliśmy, napiliśmy się i pojechaliśmy do mieszkania Wiktori gdzie miejszkałem przez 1,5 tygodnia.

Najważniesza była wiza, więc następnego dnia udałem się do Chińskiej ambasady, która znajdowała przy parku Lanina – jak dla mnie, lepszej lokalizacji, nie można było wybrać – „wielki” wódz patrzy. Nie wiem czemu, ale miałem dziwne przeczucie, że nie bedzie łatwo. Moje uczucia mnie nie zawiodły, już przy wejściu widziałem zdenerwowanych, klnących ludzi, którzy wychodzili z kwitkiem. Ze mną nie było inaczej, mimo iż, miałem ze sobą wszystkie niezbędne dokumenty, to pani w okienku powiedziała, że brakuje jeszcze kilku dokumentów i o wizie na 3 miesiące moge zapomnieć. Wyszedłem wkurzony, bo miałem najdzieje, że szybko to załatwię i będzie z głowy, a tutaj pojawiły się następne problemy. Musiałem zmienić plany podroży i zarezerwować dodatkowe bilety lotnicze. No cóż, nie były to pierwsze problemy na mojej drodze, wziąłem głęboki wdech i powiedziałem sobie, że dam radę, bez paniki, wszystko będzie dobrze (pierwsza zasada – nie panikuj, wyluzuj i coś wymyślisz), uśmiechnąłem się do słońca i pierwszego napotkanego przechodnia i poszedłem do „domu” zostawić papiery, a poźniej ruszyłem na miasto.

Przez kolejne dni zwiedzałem stoilcę. Wiedziałem trochę o wojnie w Wietnamie, po odwiedzeniu muzeów i więzienia, ta wiedza się na pewno poszerzyła. Kiedy skwar lał się z nieba chroniłem się w parkach, przy większości z nich znajdują się jeziora lub oczka wodne. Lokalsi są bardzo miłymi ludzmi, jasne wielu z nich, chce ciebie oszukać i zarobić ekstra kasę, ale jest tak we wszystkich Azjatyckich krajach, ja do tego przywykłem i łatwy w tych sparawach nie jestem. Kilka razy zostałem zaporszony do stołu na poczestunek i kilka szklanek wina ryżowego, po których wychodziłem bardzo szczęśliwy, zwłaszcza, że posiłek i napitka były za darmo. Za dnia za dużo się jednak nie dzieje, nie znaczy to jednak, że będziesz się w tym mieście nudził, bo zaraz za rogiem możesz zobaczyć choćby smażone pyski i tyłki psów. Same ulice są ciekawe, możesz na nich znaleźć wiele „skarbów” buty (głównie klapki), kaski, plecaki. Ulice mogą niektórych przerazić, ze względu na ruch, nie masz jednak wyjścia bo chodniki, jak jakieś się znajdą wypełnione są straganami i czasami cieżko jest przejść, więc chcąc nie chcąc, trzeba się włączyć do ulicznego ruchu. Nie ma jednak obaw, ludzie na skuterach omijają pieszych, jest tak samo z przejściem przez ulicę, ruch jest przez cały czas, nie ma sensu czekać na mniejszy ruch, trzeba na nią wejść i iść z wystawioną ręką.

Wieczory i noce w Hanoi sąmoim znadniem ciekawsze. Miasto jest wielką choinka, świeci się wszystko, metropolia wypełnione jest neonami i kolorowymi światłami. Ze wsząd słychać muzykę bo bawrów, dyskotek i klubów karaoke jest od groma. Wieczorami wychodziłem na miasto z Wiktorią i jej znajomymi. Poznawałem życie lokalnych obcokrajowców, którzy żyją i pracują w Hanoi od jakiegoś czasu. Większosć z nich jest nauczycielami angielskiego, niektórzy mają własne biznesy, grają w zespołach muzycznych albo pracują dla korporacji. Obcokrajowcy, którzy tutaj mieszkają pochcodzą z całego świata: Afryka, Ameryka, Europa, Azja, Australia…Niektóre kluby potrafią tutaj zadziwić, dziewczyny tańczące na barach w bikini, darmowe szoty, piwa i wiele z nich jest na poziomie europeskim. Bardzo popularne w Hanoi są Bia Hoie, bardzo tanie bary gdzie siedzi się na plastikowych małych krzesełkach, od którcyh tyłek pęka, ale piwo kosztuje 7000 dongów, czyli jakieś 25 euro centów. Do stolików często podchodzą lokalsi, którzy chcą wyczyścić lub naprawić buty, pani z jedzeniem i pamiątkami, po jakimś czasie jednak przestajesz zwracać na to uwagę.

W Hanoi spędziłem 1,5 tygodnia, wyrobiłem sobie wizę z małymi problemami, poznałem fajnych ludzi, dobrze pojadłem, nauczyłem się wiele o historii tego kraju i świetnie się bawiłem. Bawiłem się tak dobrze, że wróciłem później do tego miasta i mieszkałem tutaj przez rok, ale to już w innym artykule. Ta stolica była jedną z najlepszych w Azji, gdzie każdy znajdzie coś dla siebie.

 

 

ha long bay – piraci z zatoki i góry wyrastające z wody

Ha Long Bay było jednym z miejsc dla, których przyjechałem do Azji. Widziałem to miejsce na wielu filmach i nie mogłem się doczekać, żeby zobaczyć to na własne oczy. Ciągle jeszcze miałem uśmiech na twarzy po pierwszym razie w Ninh Binh ale nie mogłem się doczekać, żeby wskoczyć na jedną z łodzi i pływać miedzy pięknymi zielonymi górami.

W porcie zimny powiew wiatru, znad morza, rozpieszczał moją rozgrzaną od słońca twarz, siadłem przy grupie ludzi, z którymi czekaliśmy na przydział na łodzie. Przydzielano nas według wieku, co bardzo mnie ucieszyło. Ludzie na pierwszy rzut oka wyglądali na zabawnych i głodnych dobrej zabawy. Z tego czego się nauczyłem przez całe swoje życie, że jak masz nudnych ludzi dookoła siebie to potrafią zniszczyć nawet najlepszą wycieczkę. Kiedy przydzielili nas do łodzi, wszyscy zrzucili plecaki i zakwaterowaliśmy się w naszych kajutach, w mojej pachniało trochę stęchlizną, jak się później okazało, nie tylko w mojej, ale porównując to w jakich miejscach spałem wcześniej to całkiem niezłe warunki i na dodatek jako jedyny byłem sam. Kapitan zaprosił nas do stołu, gdzie zjedliśmy obiad i wypiliśmy pierwszy toast za bezpieczną podróż.

W oddali widać było zielone góry, które wyrastały z morza. Pierwszym przystankiem były jaskinie, które można powiedzieć zostały odkryte całkiem niedawno bo jakieś 100 lat temu, przez jakiegoś rybaka. Oczywiście zrobiono z nich atrakcję turystyczną. Kiedy weszliśmy do środka zrobiło się chłodno i kolorowo. Kolorowo w jaskini ?? Tak bo ściany skał, które nas otaczały zostały oświetlone przez: żółte, zielone, niebieskie i czerwone światła. Wyglądało to ładnie, ja jednak nie jestem fanem tego typu rzeczy (upiększani czegoś co i tak już jest piękne). Po wyjściu z jaskini, która nie była długa , znajdowały się z sklepy z pamiątkami, nikt z naszej ekipy nie był jednak zainteresowany i szybko wróciliśmy na naszą łajbę i popłynęliśmy dalej. Kiedy wpłynęliśmy do zatoki, góry były wszędzie widok był niesamowity, bardzo się cieszyłem, bo nie zawiodłem się, było to na co czekałem, zjedliśmy szybką kolację i cieszyliśmy się darmowymi piwem. Kapitan powiedział, że życzy nam dobrej i bezpiecznej zabawy. Ludzie na mojej łodzi byli super, wszyscy chętni to dzikiej zabawy, najpierw zaczęliśmy skakać do wody z najwyższego pokładu (co teraz, jest już chyba zabronione), woda była lodowata ale nikomu to nie przeszkadzało. Kiedy zapadał zmrok, wróciliśmy na główny pokład i zaczęliśmy grać w pijackie gry. Załoga oznajmiła, że darmowy alkohol się skończył, ale bar jest ciągle otwarty (ceny 250%), wiec stwierdziliśmy, że idziemy do naszych kajut i kontynuujemy imprezę tam, resztę pozostawiam waszej wyobraźni, ale większość z nas wstała bardzo szczęśliwa nie licząc kaca.

Następnego ranka, załoga zaczęła budzić nas na śniadanie, ale 60% z nas nie wstało, później zwodowano dla nas kajaki, którymi pływaliśmy godzinę po zatoce. Ja i Zoe dotarliśmy na najbliższą plaże, ona zaczęła się opalać, ja pływałem w wodach zatoki i rozkoszowałem się widokiem otaczających mnie gór. Kiedy, wróciliśmy na pokład, łódź ruszyła ku wiosce rybackiej. Ludzie, żyją tam w domkach na wodzie, przy, których mają swoje farmy. Przygoda z Ha Long Bay szybko się skończyła, kiedy zacumowaliśmy do portu, pożegnaliśmy się, wymieniliśmy się kontaktami i każdy ruszył w swoją stronę.

Przygoda z Ha Long Bay była super, widoki niesamowite i na dodatek poznałem wspaniałych ludzi. Tego nie można przegapić. Już nie mogę się doczekać, żeby zobaczyć to miejsce w jakimś filmie i powiedzieć HAHAHAHA BYŁEM TAM !!!