ninh binh – pierwsze góry w wietnamie i wyprawa łódką

Ninh Binh jest jednym z moich ulubionych miejsc w Wietnamie. Położone niedaleko miasta Tam Coc na północy Wietnamu, jakieś 100 km od stolicy kraju – Hanoi. Oprócz tego, że miejsce wypełnione jest górami i pięknymi polami ryżowymi, to też jedna z byłych stolic Wietnamu. W Ninh Binh byłem dwa razy, i za każdym razem czułem się tam wspaniale, widoki powalają i jeszcze można dowiedzieć się czegoś o historii tego Azjatyckiego kraju.

Za pierwszym razem podróżowałem na budżecie więc podarowałem sobie spływ rzeką. Dużo osób mówi, że to najlepsza atrakcja tego miejsca, ale przekonałem się na własnej skórze, że droga lądowa też jest przepiękna. Swoją przygodę z Ninh Binh zacząłem na zdezelowanym rowerze, bez hamulców, aby się zatrzymać używałem swoich nóg niczym Fred z popularnej bajki Flintstonowie. Nie patrząc na trudności ruszyłem w nieznane góry. Od pierwszych minut zaczęło mi się tam podobać. Wielkie zielone garby były wszędzie, ustępowały niechętnie miejsca polom ryżowym.  Co jakiś czas można było zobaczyć wietnamskie, małe świątynie, domki farmerów i cmentarze. Błądziłem w tych górach cały dzień w niektórych miejscach zatrzymywałem się na dłużej i cieszyłem się ciszą i spokojem. Wspinałem się na góry, gdzie cały spocony podziwiałem widoki przepięknych dolin. Za pierwszym razem, nie mogłem zobaczyć wszystkiego, w tym samym czasie, kręcone były zdjęcia do nowego filmu KING KONG. Tak właśnie, jeżeli moje zdjęcia i opisy to dla was za mało zobaczcie film.

Za drugim razem wybrałem się z moim dobrym przyjacielem Sachą. Tym razem mogłem podziwiać to piękne miejsce z małej łódki, naszym „kapitanem” była stara wietnamka, która wiosłowała stopami. Płynęliśmy rzeką, wraz z innymi łódkami, otaczały nas kwitnące pola ryżowe, okrążeni byliśmy przez góry, wpływaliśmy do jaskiń, gdzie cieszyliśmy się chłodem, słońce tego dnia dawało o sobie znać. Podróż trwała ponad godzinę i na samym końcu w jednej z jaskiń, wietnamki na łódkach sprzedawały zimne napoje, oczywiście, po cenach z kosmosu i namawiały nas na kupno napoju i owoców dla naszego „kapitana”. Skończyło się na tym, że kupiliśmy po zimnym piwie, co było genialnym pomysłem, bo ciało poczuło się o wiele lepiej – jak po zażyciu lekarstwa. Przy porcie, kiedy wysiadaliśmy, pani zaczęła krzyczeć NAPIWEK, NAPIWEK !!! (Ja już byłem wkurzony) Jak zapytaliśmy się, ile napiwku pani sobie życzy to krzyczała 120 tys. dongów ( napiwek 80%), daliśmy 30 i cieszyliśmy się, że na pożegnanie nie dostaliśmy wiosłem po głowach.

Jak dla mnie Ninh Binh to jedno z najpiękniejszych miejsc, jakie natura obdarzyła naszą planetę. Każdy, kto przyjeżdża do Wietnamu powinien odwiedzić to miejsce.

mui ne – niebo pełne latawców i wioska rybacka

Do Mui ne wybrałem się sam, pożegnałem znajomych i ruszyłem na północ. Muszę przyznać, że byłem spragniony wody i ochłody, po gorącym Sajgonie i brązowych wodach Mekongu. Podróż minęła szybko, niestety na miejscu było ciężko. Nie zarezerwowałem noclegu, więc, włóczyłem się od hostelu do hostelu i nie mogłem znaleźć miejsca, a miasto, w zasadzie miasteczko, nie jest duże. Udało się po 1,5 godzinie. Zrzuciłem plecak i poszedłem coś zjeść. Ku mojemu zaskoczeniu, większość napisów i menu były po rosyjsku – spoko. Nie ciężko, było zamówić ryż z warzywami. Posiłek był tani i smaczny, kiedy zaspokoiłem swój głód, wskoczyłem w spodenki i udałem się na plaże.

Słońce już zachodziło, ale była to najlepsza pora na kąpiel. Plaża była super, ciepły, złocisty piasek, przedzierał się przez moje palce, a nadchodząca zimna fala wszystko zmywała. Pomarańczowe niebo, ustępowało miejsca niebieskiemu. Nad wodą unosiły się latawce kitesurfingów, widok były niesamowity. Nie mogłem dłużej czekać i wskoczyłem do wody o perfekcyjnej temperaturze. Kurcze, muszę przyznać, że nie chciało mi się wychodzi z tej wody. No ale zmęczenie dało o sobie znać i wróciłem do hostelu.

Następnego dnia wstałem, wcześnie rano, wsiadłem na skuter, który wypożyczyłem dzień wcześniej i pojechałem zwiedzać okolice. Na pierwszym planie była pustynia, piasek był zimy, słońce jeszcze nie wstało, więc rozkoszowałem się chłodem przed nadchodzącym skwarem. Turyści zaczęli się zjeżdżać i pustynia pokryła się małymi quadami, nie mogę powiedzieć, że nie chciałem się przejechać ,po pustynnych wydmach, ale niestety budżet nie pozwalał. Słońce wyrzuciło księżyc z horyzontu, niebo zrobiło się pomarańczowe, a piasek złocisty. Wietnamczycy zaczęli się zjeżdżać, wspinali się na wydmy i zjeżdżali na plastikowych płytach z wydm, też spróbowałem no i skończyłem z piaskiem w paszczy.

Przystankiem numer dwa, była wioska rybacka. Po prostu SUPER!!! Zaparkowałem skuter, na horyzoncie rozciągało się morze, wypełnione łódkami i czymś co przypominało miski do prania. Zszedłem na dół, gdzie znajdował się stragan, zapach, cóż chyba sami wiecie – rybny smród. Plaża była pełna Wietnamek w kapeluszach, sprzedających, owoce morza i ryby. Jedna z Wietnamek była tak przejęta prezentacją swoich produktów, że dostałem jednym z nich w twarz.

Na koniec, zostawiłem sobie kanion. Przy wejściu zostawiło się buty i trzeba było zapłacić. Oczywiście chciałem zaoszczędzić i wrzuciłem swoje buty do torby. Kanion może nie imponował rozmiarami ale był ładny i pomarańczowy, kolor piasku był przyjemny dla oka. Całą podróż przez kanion maszerowałem w małym strumyku, co było świetnym uczuciem, kiedy to diabelskie słońce rzucało promieniami w moje ciało. To była moja ostatnia wycieczka w Mui ne. Chciałem zostać dłużej, niestety miałem termin i trzeba było się spieszyć. Mui ne na pewno spodoba się każdemu, a jeżeli jesteś kitesurferem to kierunek obowiązkowy.

 

 

delta mekongu – wodne tunele i wino ryżowe

Nad Deltę Mekongu wybrałem się ze znajomym Szwajcarem Simonem, nasze drogi, krzyżowały się już wcześniej. Poznaliśmy się w Laosie, później imprezowaliśmy razem na Kambodżańskiej wyspie Koh rong i nasze drogi skrzyżowały się po raz kolejny w Ho Chi Minh (stary Sajgon, Ho Chi Minh to ojciec współczesnego Wietnamu). Stwierdziliśmy, że trzeba to oblać i razem z innymi ludźmi z hostelu ruszyliśmy w rozświetlone, pełne zabawy ulice wielkiej metropolii. W czasie imprezowania , zrodził się pomysł wspólnej wycieczki nad Deltę Mekongu.

Ooooo…… gorąco, strasznie gorąco, w ustach sahara, koszula potem zalana, w głowę wbijają się igły. Wczorajsza dobra impreza dawała o sobie znać. Spojrzałem na zegarek, zerwałem się z łóżka, które wyglądało raczej jak prycza i obudziłem Simona. Po szybkim prysznicu, wrzuciliśmy plecaki na plecy i biegiem przez pełne skuterów ulice ruszyliśmy w stronę dworca. Okazało się, że nie musieliśmy się spieszyć, bo autobus miał opóźnienie. Sterczeliśmy, jak te kołki i prażyliśmy się na rozgrzanym asfalcie, patrzą jak młodzi Wietnamczycy grają w lotkę i tańczą break dance. Po dość długiej podróży, która całkowicie udało mi się przespać, przerzuciliśmy się rozklekotaną łajbę, gdzie dołączyliśmy do innych turystów.

Po 1,5 godzinie dopłynęliśmy do celu. Z wielkiej łajby, przerzuciliśmy się na małe łódki, których „kapitanami” były starsze, wprawione w wiośle Wietnamki, w stożkowych kapeluszach (Non la). Przygoda się zaczęła!!! Otaczały nas ściany z bambusów i palm, kanały zakręcały, można było poczuć się jak w labiryncie, co jakiś czas z zielonych „sufitów”przedzierało się słońce. Woda koloru brąz, nie zachęcała do kąpieli, nawet do schłodzenia nóg. Nie płynęliśmy dość długo i czułem się nieusatysfakcjonowany. Kiedy dobiliśmy do brzegu i chcieliśmy ruszyć w drogę starsza Wietnamka, z uśmiechem na twarzy zaczęła krzyczeć I’M GOOD TIP TIP, bardzo nie chciałem tego robić, bo podróż była bardzo krótka, no ale jak mogłem się oprzeć temu szczeremu, szczerbatemu uśmiechowi starszej damy. Daliśmy kobiecie 30 tys. wietnamskich dongów, czyli około 1,5 USD, kobieta nie wyglądała na szczęśliwą. Na miejscu mogliśmy zobaczyć farmę krokodyli, zrobić sobie zdjęcie z wężem, ale dla mnie i Simona ważniejszy był posiłek. Udaliśmy się do restauracji, gdzie zjedliśmy coś świeżego – ryby i żaby. Po posiłku, zobaczyłem hamaki, po prostu mnie przyciągały, położyłem się i zasnąłem. Ktoś mnie szturcha i szturcha, nie oddam swojego miejsca – myślę, ale ten ktoś nie przestaje, otwieram oczy, a przede mną stoi Wietnamczyk, który pokazuje palcem na zegarek. Ok, wstałem obudziłem swojego szwajcarskiego druha i udaliśmy się do łódki. Okazało się, że byliśmy częścią jakiejś grupy i wszyscy na nas czekali, dawno nie widziałem tylu zdenerwowanych ludzi, ale muszę przyznać, że nic mnie to nie obchodziło, bo po dobrej drzemce, kaca już nie było. HURRAAA!!!!

Popłynęliśmy łódką na kolejną wyspę gdzie, mogliśmy zobaczyć jak lokalni mieszkańcy robią tutejsze naleśniki i piją dużo ryżowego wina. Na łódce, gadałem z jednym starszym Niemcem, który zdecydował się kupić jedną butelkę. Wino ryżowe, było w plastikowej butelce po wodzie mineralnej. Sąsiad z drugiej strony Odry zaproponował picie:

– Hej, Bartosz napij się ze mną

– Nie, dziękuje

– No co ty, przecież ty Polak

– Ja wiem ale ja właśnie wyleczyłem kaca (w mojej głowie szatan zaczął szeptać- czym się strułeś tym się lecz). No dobra rzekłem.

Oczywiście nie mieliśmy szklanek i mieliśmy tylko wodę, a wino było ciepłe. (wino ryżowe to nie normalne wino, to wysoko procentowy samogon) Trzeba było pić z butelki

-PROST!!!

-PROST!!!

O Jezu jak mnie przekręciło, nie spodziewałem się czegoś takiego, to była diabelsko mocna wietnamska mikstura. Tych PROSTÓW (na zdrowie po niemiecku) było trochę, ale na szczęście butelka była mała.

Po małym napitku wybraliśmy się w kilka osób na wycieczkę rowerową po wyspie. Rowery były stare i rozklekotane, czekałem, tylko jak zaraz, komuś koło odpadnie. Jechaliśmy małymi ścieżkami i mijaliśmy pola ryżowe, stare chaty, które wyglądały jakby miały się wkrótce zawalić, drzewa były pełne owoców, wycieczka była przyjemna i bardzo kolorowa. Nie mieliśmy zbyt dużo czasu i musieliśmy wracać na łódkę, którą dopłynęliśmy do miasta. Szybko znaleźliśmy hotel i poszliśmy spać, chcieliśmy zobaczyć wodny market, który odbywa się tylko z rana.

Muszę przyznać, że wstałem jak nowo narodzony, nie wiem czy było to wino ryżowe czy ,wreszcie, dobre łóżko w dobrym hotelu. Poszliśmy na przystań i złapaliśmy pierwszą łódkę. Po obu brzegach rzeki można było zobaczyć domy stojące na palach, masę śmieci i pełno łódeczek. Na miejscu cała rzeka była pełna duży, małych łodzi, sprzedawano tam głównie owoce i warzywa ale robiło to wrażenie. Jak dziki rzuciłem się na panią, która podpłynęła do nas i sprzedawała ananasy – MMMMM niebo w gębie. Nie to, że w życiu nie jadłem ananasa ale on naprawdę smakował niesamowicie. Po markecie udaliśmy się do miasta i wsiedliśmy do autobusu, którym wróciliśmy do Ho ci minh. Wszystkim gorąco polecam to miejsce!!!

sajgon (ho chi minh) – welcome vietnam i tunele cu chi

Nareszczcie, po długiej podróży z Shinoukville, dotrałem do Sajgonu. Ania, Klaudia (polki, które poznałem w Kambodży) i ja ruszyliśmy szukać hostelu, niestety, wcześniej nie zdobyliśmy żadnych informacji na temat hosteli lub dzielnicy w, której najlepiej się zatrzymać. Żar lał się z nieba, na próżno było szukać schronienia w cieniu, koszulka ząłczyła się z plecakiem i moimi plecami lepiej niż za pomocą superglu. Po dwóch godzinach poszukiwań znaleźliśmy odpowiadający nam hostel za 3,5 dolara, co wszystkich nas bardzo cieszyło, jednak najbardziej, ucieszył mnie widok zimnego piwa z lodówki ze sklepu naprzeciwko. Zanim, jednak go otworzyłem, przejechałem puszką po swoim rozgrzanym , brudnym, spoconym ciele, a później uraczyłem swój organizm wypijając piwo jednym duszkiem.

Następnego dnia wybrałem się na spacer po mieście. Ulice Sajgonu nie różnią  się bardzo od reszty Azjatyckich metropolii. Żeby przejść na druga stronę ulicy, nie ma co czekać na zielone światło, i trzeba wejść na ulicę pełną samochodów, skuterów i zrobić sobie uliczny slalom gigant. Główne ulice przepełnione były restauracjami przeplatającymi się z biurami turystycznymi. Przy mniejszych uliczkach i placach znajdują się stragany z owocami, warzywami, rybami i innymi turystycznymi pierdułkami, oczywiście ludzi mnóstwo, co chwila ktoś mnie szturcha, łapie i oferuje swoje produkty. Na każdym rogu siedzi koleś na skuterze i oferuje podwózkę NIE DZIEKUJE !!! Architektonicznie miasto wygląda super!!! W centrum, stare budynki są poodnawiane i wyglądają super przy wyrastających jak grzyby po deszczu, szklanych, nowoczesnych wieżowcach. Najbardziej jednak podoba mi się to miasto po zapadnięciu zmroku. Kolorowe światła neonów (czerwone, zielone, pomarańczowe, żółte, niebieskie) oświetlają ulicę, wieżowce świecą niczym choinki na boże narodzenie. Miejskie parki i skwery ożywają, ludzie wychodzą na ulicę grać w badmintona, piłkę nożna, jakaś grę, w której kopie się lotkę przez siatkę i ćwiczyć na miejskich otwartych siłowniach. Wieczorem umówiłem się z Simonem (Szwajcarem, którego poznałem w Laosie i spotkaliśmy się również w Kambodży). Siedziałem sobie na schodach przez placu, kiedy podeszło do mnie dwóch młodych Wietnamczyków, zapytali się czy mogą się dosiąść i porozmawiać (bo uczą się angielskiego i chcą poćwiczyć mowę), oczywiście zgodziłem się. 5 min. później dosiadło się do nas 11 kolejnych osób i miałem małą klasę słuchaczy. Kiedy przyszedł Simon, pożegnałem swoją wietnamską grupę i poszliśmy do pobliskiego baru pogadać o planach na kilka kolejnych dni.

Jednego dnia pojechałem z Klaudią i Anka do tuneli cu chi. Byłem tego bardzo ciekawy. Jeżeli można tak to powiedzieć, jestem wielkim fanem wojny w Wietnamie i nie mogłem się doczekać, żeby zobaczyć tunele, które odgrywały w tej wojnie dużą rolę . Filmy o wojnie w Wietnamie widziałem chyba wszystkie „Plooton” Olivera Stona, Czas Apokalipsy Francisa Forda Coppola i wiele, wiele innych.  Wszystkie te filmy pokazywały jak wojna w Wietnamie wyglądała oczami Amerykanów, byłem ciekawy jak widzieli to Wietnamczycy. Wycieczka z przewodnikiem, zaczęła się od pokazania małych osad, w których mieściły się bazy Wietkongu, mogliśmy zobaczyć tam broń używaną w czasie wojny, został nam puszczony film, który pokazywał zwycięstwa żołnierzy komunistycznego wietnamu nad Amerykaninami. Dalej można było, oczywiście za opłata postrzelać ze starej broni do celu. Zjedliśmy dzienną porcję jedzenia, która przysługiwała żołnierzowi (trochę ryżu i coś co przypominało w smaku posłodzonego ziemniaka). Oglądaliśmy pułapki, zastawiane na wroga, które były bardzo okrutne (aż mnie w kroczu rwało, jak sobie wyobraziłem, gdybym to ja miał być ofiarą). Na pytanie, co się działo z ciałami, przewodnik nie chciał odpowiedzieć (albo nie mógł – kanibalizm, był znany na wojnach, kiedy ludzie nie mieli czego jeść). Na sam koniec, wchodziliśmy do tuneli, które miejscami były naprawdę ciasne, ponoć i tak zostały powiększone dla celów turystycznych. Ciągnęły się one kilometrami, nawet do Kambodży i Laosu. Wypad bardzo mi się podobał, następnego dnia zdecydowałem zrobić sobie wycieczkę po sajgońskich muzeach.

Tak jak pomyślałem, tak zrobiłem i następnego dnia wybrałem się w edukacyjną podróż po miejskich muzeach i musze powiedzieć, że było super (jeżeli można tak to ująć). Zdjęcia ukazujące bombardowania, zniszczone wioski i miasta, ofiary ludzi, stary sprzęt wojskowy itp. Łza się w oku kręci. Fajnie było usłyszeć to wszystko  z ust człowieka, który, żył w tamtych czasach i poznać historię z „drugiej strony”.  Po powrocie pożegnałem się z dziewczynami, które ruszały w dalszą podróż. Wieczorem spotkałem się z Simonem, który, przyprowadził dwójkę niemieckich znajomych i wraz z Wietnamczykiem z mojego hostelu udaliśmy się na Sajgońskie imprezy, które trwały do rana, tańce hulance – Sajgon posiada najwięcej knajp, które są otwarte przez cała noc i jest chyba najlepszym miejscem do imprezowania w Wietnamie.

Sajgon zrobił na mnie duże wrażenie, jest bardzo przyjazny i łatwy  w poruszaniu się. Ludzie, którzy lubią historię pokochają to miasto. Osoby, które chcą poimprezować i wypić co nie co, na pewno znajdą coś dla ciebie w tym mieście.

shinoukville i koh rong – „utopia” i plankton

Do Shinoukville przyjechałem ze stolicy. Miałem zostać, jeden max dwa dni i wybrać się na jedną z pobliskich wysp. Zostałem jednak koło tygodnia. Mój plan pokrzyżował Chiński nowy rok, w samym Shinoukville, była masa turystów. Hostelu szukałem ponad godzinę z ciężkim plecakiem na plecach i z rozgrzanym do czerwoności słońcem na niebie, którego promienie paliły moją skórę, a pot zalewał moje ciuchy. W końcu udało mi się znaleźć hostel „Utopia”, gdzie za noc zapłaciłem 2 dolce. Hostel nie należał do tych czystych, ale nadrabiał klimatem i ludźmi. Do dyspozycji był basen z liną, po której wszyscy starali się przejść ale nikt nie dotarł do końca. Świetny bar z kolorowymi światłami, małymi szczeniakami, które skakały między nogami i piwem za 20 centów. Poznałem tutaj niesamowitych ludzi z Rosji, Chile, Niemiec, Anglii i dwie świetne dziewczyny z Polski Anie i Klaudie, z którymi świetnie się bawiłem (pozdrowienia dziewczyny).

Shinoukville nie ma dużo do zaoferowania, plaże może są piaszczyste, niestety przepełnione turystami (żeby pobyć samemu trzeba się trochę przejść), woda też nie należy do najczystszych. Kiedy zapadał zmrok, ludzie ustawiali się na plaży i puszczali fajerwerki i w knajpach zaczynało się ostre picie i tańce, a następnego ranka nadchodził poranek z kacem. Na najtańsze posiłki chodziłem na bazar koło ronda z wielkim, złotym lwem. W tym miejscu policja łapała najwięcej turystów na skuterach. Jeżeli zostałeś zatrzymany, policjanci przeszukiwali skuter w poszukiwaniu narkotyków, sprawdzanie prawa jazdy i posiadania kasku (jeżeli się popełniło jeden z tych grzeszków, trzeba było sięgnąć do kieszeni). Najlepsze było to, że żaden tubylec, nigdy, nie zostawał zatrzymany. To miejsce uratowali również moi starzy znajomi, którzy przyjechali na wakacje Karolina (znajoma z ogólniaka) i jej chłopak Paweł. Razem spędziliśmy miłe chwile, wspominając stare czasy i ciesząc się wspólnie spędzonym czasem razem tak daleko od domu. Na dodatek przywieźli mi trochę Polskiego smaku KABANOSY I ŻUBRÓWKĘ!!! ( bardzo wam dziękuje).

W końcu turystów ubyło i ruszyłem na Koh Rong jedna z pobliskich wysp wraz z Simonem, chłopakiem ze Szwajcarii, którego poznałem w Laosie i spotkaliśmy się ponownie w „Utopi”. Wyspa była cudowna, z pięknym gorącym, białym pisakiem i lazurową, czystą wodą w której spędzałem godziny. Wieczory to imprezy, imprezy na pięknych plażach z dziewczynami w bikini, gorącymi tańcami wokoło ogniska i otaczających nas pochodni SUPER!!! W nocy, kiedy księżyc nie świeci i na plażach, gdzie nie ma dużo światła z pobliskich barów, mogłem wreszcie zobaczyć świecący w wodzie plankton (niesamowity widok, gorąco polecam), tak mi się podobało, że jednego razu wybrałem się ze znajomymi łódką żeby popływać na środku oceanu, gdzie plankton przyczepiał się do naszych ciał. Pewnej nocy poznałem dziewczynę, która jak się później okazało była kierowniczką jednego z barów i zaproponowała mi pracę za nocleg, dwa posiłki i niezliczoną ilość piwa. Tego typu prac na tej wyspie jest mnóstwo, oferta była bardzo kusząca, ale gdybym ją przyjął zostałbym na tej wyspie na dłużej i wyglądałbym jak niektóry ludzie, którzy tam żyją (zniszczeni przez alkohol i narkotyki), grzecznie odmówiłem. Po 3 nocach spędzonych na wyspie, z żalem wróciłem do Shinoukville i czekałem na wizę do Wietnamu.

Shinoukville nie powala, ale jest jednym z portów z którego odpływają statki na wyspy więc chcąc nie chcąc trzeba tam pojechać. Dla ludzi, którzy chcą poszaleć w klubach, barach miejsce bardzo polecam. Jest to również dobry przystanek na wyrobienie wizy do Wietnamu. Co do Koh Rong to trzeba zobaczyć. Plankton obowiązkowo!!!

 

 

phnom penh – stolica kambodży i killing filds

Przybyłem do stolicy Kambodży, żeby nabyć wiedzę, o tym rozsławionym kraju i wyrobić sobie wizę do Wietnamu. Pozwiedzać kilka świątyń i zobaczyć miejsca, w których odbywały się okrucieństwa na skalę podobną do nazistowskiej, na ziemiach mojej ojczyzny. Muszę przyznać, że zrobiło to na mnie duże wrażenie, a w moim środku zapanował smutek i przerażenie, jak ludzie, mogli dopuszczać się takich czynów.

Pierwszy dzień, nie należał do najlepszych okazało się, że jest sobota i ambasada Wietnamska jest zamknięta. Takie sytuacje się zdarzają, kiedy jest się w podróży od dłuższego czasu i każdy dzień jest dla ciebie weekendem. Nie to było najgorsze, oczywiście mogłem przeczekać weekend i złożyć podanie o wizę, niestety zapomniałem, że nadchodzi CHIŃSKI NOWY ROK!!! Wietnamczycy również świętują w tym czasie, więc ambasada będzie nieczynna na dłużej. LUCKY ME, FUCK!!! Po tych nieprzyjemnych informacjach, szwędałem się po zatłoczonym mieście, zwiedzałem świątynie i inne atrakcje. Jedną z najlepszych, ale po całej Azji, nie powalający okazał się Royal Palace. Na zachód słońca udałem się na promenadę, nad Mekongiem, gdzie znajduje się wiele knajp dla obcokrajowców. Miejscowi, głównie kobiety ćwiczą tam wspólnie aerobik, znajdziesz dzieciaki grające w piłkę, ping ponga itp. W nocy warto zobaczyć nocny market, ale tylko dla tych, którzy są w Azji pierwszy raz lub dla ludzi, którzy po prostu lubią szlajać się po bazarach, kupować pamiątki, próbować ulicznego jedzenia i unikania kieszonkowców.

Kolejne dni były znacznie ciekawsze i bogatsze w wiedzę. Odwiedziłem „Killing filds” i Tuol Sleng (więzienie w byłej szkole), a przy okazji zobaczyłem biedne dzielnice stolicy, które miejscami przypominały slumsy w Mumbaju. Domy zrobione ze wszystkiego, co ludzie znajdywali dookoła, dzieci bawiące się rozrzuconymi śmieciami, żal serce lub dupę ściska, niestety, taka jest rzeczywistość. Więzienie Tuol Sleng na pierwszy rzut oka, nie wygląda strasznie, biały budynek, dookoła zielona trawa, piękne palmy, ale kilka lat temu Czerwoni Khmerzy, zdecydowali się przemienić szkołę w jedno z więzień, w którym torturowano ludzi. Pokoje z poobdrapywanymi ścianami, z jednym, metalowym łóżkiem, które nie służyło do spania, przyprawiało ciarki. Na ścianach szkoły, porozwieszane były zdjęcia ludzi, którzy zginęli w tym okrutnym miejscu, w innych pokojach narzędzia do tortur . Później – bo oczywiście, mało mi było smutnych, tragicznych i obrzydliwych historii udałem się zobaczyć „Killing filds”. Jest to jedno z obozów, gdzie dokonywano egzekucji ludności Kambodży i innych nacji, które w czasach panowania Czerwonych Khmerów znajdowały się w kraju. Kogo zabijali? – wszystkich, ludzi wykształconych (Pol Pot – był przywódcą i kształcił się we Francji), matki, dzieci, obcokrajowców – głównie Chińczyków. „Killing filds” wygląda jak polana, większość z budynków gdzie przetrzymywano ludzi została, rozkradziona przez mieszkańców, którzy potrzebowali materiałów do budowy domów. Na polu są tabliczki, ze zdjęciami i opisami miejsc, które się tutaj znajdywały, w szklanych skrzyniach umieszczone są kości, ubrania itp. Zbiorowe mogiły są ogrodzone i ludzie wrzucają tam materiałowe bransoletki, aby okazać szacunek. Dla mnie najgorsze było drzewo, które służyło do zabijania dzieci (oprawcy, łapali dzieciaki za kostki u nóg i biorąc obrót roztrzaskiwali ich czaszki na tym drzewie), które mogły chcieć zemsty za zabicie ich rodziców. Ludzi zabijano tam pałkami, maczetami, wszystkim byle nie kulami, bo te kosztowały i były potrzebne do walki z wrogiem. Na sam koniec „wycieczki” poszedłem zobaczyć pomnik, gdzie w szklanych szkatułach znajdywały się czaski ofiar, tej straszliwej zbrodni. Jak ludzie mogą robić sobie coś takiego? Zwłaszcza swoim własnym rodakom. Historia tego kraju jest tragiczna. Po zwiedzaniu i zdobytej wiedzy postanowiłem uciekać z tego miejsca.

Phnom Penh jest warto zobaczyć, może nie ze względu na imprezy czy widoki, zabytki też nie są jakieś powalające ale dla ludzi głodnych historii WARTO!!! Jeżeli chcesz dostać się z Kambodży do Wietnamu, możesz wyrobić sobie tam wizę, każda podróż do granicy zaczyna się właśnie z tego miasta, no i co tu dużo mówić, wszystkie drogi w Kambodży prowadzą właśnie tutaj.

 

 

siem reap – ankor wat i węże z pająkami

Na Siem Reap czekałem już dostatecznie długo, było na mojej top liście w Azji. Zanim jednak tam dotarłem, czekała mnie nie długa podróż z Laosu, która trwała około 23 godzin. Podczas tej wycieczki podskakiwałem w autobusie, który jechał po wyboistych drogach, gdzie zgubiliśmy jedno koło. Mijałem po drodze wielki pożar (elektryczny), który strażacy gasili wodą i całkiem niezły karambol. Muszę przyznać, że tak nieprzyjemna przygoda, nie zniechęciła mnie do Kambodży.  W podziurawionym, ciasnym autobusie poznałem kilku ludzi, zaprzyjaźniłem się jednak z dwoma chłopakami z Anglii Sholto i Mika.

Na miejscu znaleźliśmy hostel, który musze przyznać był niezły. Za 4 dolce czyste łóżko w dormie 10 osobowym i hostel posiadał basen, w którym w wolnych chwilach graliśmy w piłkę wodną z innymi lokatorami. Po drzemce, umówiliśmy się na wieczorny posiłek i gromadą ruszyliśmy na podbój miasta. Musze przyznać, że w nocy miasto ożywa, tłumy osób wychodzą na ulice, odwiedzają nocny market, na którym roi się od stoisk z pamiątkami. Ulice rozświetlone są kolorowymi latarniami i porozwieszanymi lampionami oraz innymi świecidełkami. Żadne z tych rzeczy, nie interesowały na nadto, więc ruszyliśmy dalej. Doszliśmy do „Pub Street”, jak sama nazwa wskazuje, pubów było w cholerę, każdy z nich posiadał naganiaczy, którzy kusili cenami 20 centów za piwo ( w Kambodży używa się dolarów amerykańskich). Nie trzeba było nas długo namawiać i zrobiliśmy sobie drogę piwną od baru do baru. Na ulicach pełno było straganów z „ulicznym jedzeniem”, Tajlandzkie robactwo i skorpiony zmieniły się na Kambodżańskie robactwo, węże, wije i pająki na patyku. Ludzie tańczyli nawet na ulicy, bo w klubach nie było miejsca. Działo się tak, każdego wieczora. Ja jednak po szalonym Laosie zdecydowałem się odpuścić co nie co i dać odpocząć wątrobie.

Nastał długo upragniony dzień i wraz z chłopakami pojechaliśmy tuk-tukiem zobaczyć kompleks świątyń Ankor Wat (tak jest, to nie tylko jedna świątynia). Wstaliśmy o 5 rano, nie pamiętam, kiedy ostatni raz, podniosłem ciało z wyra tak wcześnie. Nasz kierowca przez całą drogę oferował nam trawę, chłopaki się skusili ja odmówiłem – co za dużo to nie zdrowo, a musze przyznać, że nie było łatwo powiedzieć NIE!!! Kiedy wszyscy mówią tak. Giedy dotarliśmy na miejsce, ludzi było od groma, wyglądało to jak wielkie mrowisko, kolejki wyglądały jak długie leniwe węże. Kiedy dotarliśmy do kasy, pozowaliśmy do zdjęcia, które znajduje się później na bilecie (możecie sobie tylko wyobrazić, jak ludzie wychodzą na tych zdjęciach, kiedy większość z nich wstaje o 5 rano na kacu). Zaczęliśmy zwiedzanie, ciężko było zrobić dobre zdjęcia  gdy dookoła tłumy „człowieków”. Zabytki mnie zachwyciły, jest to jeden z tych zabytków, które robią wrażenie. Przepiękne budowle, w wielu miejscach zawalone, zniszczone  ale nie zabiera im to ich piękna, budzą respekt i szacunek dla ludzi, którzy to budowali. Strzeliste wieże, przejrzyste tunele, komnaty z surowego kamienia, a wszystko to otaczają lasy. KURAWA jakie to musiało być piękne, kiedy to wybudowali i wszystko było jeszcze dziewicze – pomyślałem. Jak już wcześniej wspomniałem jest to cały kompleks świątyń, także przejeżdżaliśmy przez mosty, których „broniły” kamienne posągi, otaczały nas parki i lasy, ludzie jeździli na słoniach, a każda następna świątynia miała coś innego do zaoferowania. Ze ścian świątyń wystawały twarze, niektóre przyjazne, inne budzące grozę, drzewa obejmujące mury, wyglądały niesamowicie. W czasie naszej podróży, stwierdziłem, że rząd Kambodży musi na tej atrakcji robić duże pieniądze, nasz kierowca, szybko wytłumaczył mi, że wszystkie pieniądze idą do Wietnamu (napiszę w innym artykule). Mike stwierdził, że byłoby super zobaczyć to miejsce w nocy, po zażyciu grzybków,  Sholto i ja nie mogliśmy się z tym nie zgodzić, lecz znów do akcji wkroczył kierowca, wylał nam na głowy kubeł zimnej wody ,powiedział, że w nocy ochroniarze strzelają tutaj do wszystkiego co się rusza. Nie chce mi się nawet myśleć ile producenci „Tomb raidera” musieli zapłacić kasy, za kręcenie tutaj filmu.

Drogi czytelniku, to miejsce musisz odwiedzić!!! Zobacz na własne oczy te przepiękne budowle, które są ….. sam się przekonasz. Wieczorem albo w dzień napijesz się zimnego, taniego piwa, którym nacieszysz swoje rozgrzane ciało po gorącym dniu lub rozgrzanym w czasie imprezowania w jednym z klubów. Fani seks turystyki, znajdą tutaj coś dla siebie, smakosze no cóż –n czeka na was wyzwanie.

don det – 4 tys. wysp i ribbentrop-mołotow

Po długiej, krętej, wyboistej drodze, dotarłem do Don Det. Przepiękne miejsce położone na rzece Mekong wraz z 4 tysiącami innych wysp.

Dzień był gorący, pot lał się ze mnie strumieniami, kiedy wysiadłem z łodzi, przepełnionej turystami i tubylcami, którzy przewozili ze sobą świnie oraz kury, myślałem tylko o zimnym piwie. Szybko wszedłem do sklepu, złapałem co chciałem i usiadłem na żółtym, ciepłym piasku, a nogi zanurzyłem w rzece. Psssss…(magiczny dźwięk otwartego piwa!!!) ten złocisty napój, ochłodził moje gorące ciało – w takich momentach piwo smakuje najlepiej. Okazało się, że nie tylko ja wpadłem na ten cudowny pomysł, dosiadła się do mnie para ze Szwajcarii, którza  jak się okazało podróżowali tym samym autobusem co ja. Miejsce do spania znalazłem dość szybko, byłem bardzo miło zaskoczony ceną i warunkami w jakich przyszło mi spać. Za budkę z wielkim łóżkiem, klimatyzacją, czystą łazienką, tarasem z hamakiem zapłaciłem 5 dolarów z noc. Wieczorem, poszedłem spotkać się ze znajomymi Szwajcarami na kolację. Wybraliśmy bar ze skocznią do rzeki, który przyciągał miłośników skakania do wody. Muszę przyznać, że ludzie skaczący do wody robili niesamowite salta, piruety itp. Nawet my, zdecydowaliśmy się tą rozrywkę. Ja jednak nie odważyłem się skoczyć na główkę, skocznia miała ponad 4 metry wysokości (filmy ostrzegawcze przed skokami do wody, zrobiły swoje)i skakało się do rzeki z niewiadomym poziomem wody.

Następnego dnia odsypiałem podróż, a później poszedłem pozwiedzać wyspę, która jak się okazało, jest całkiem nudna, nie ma tam zupełnie nic, oprócz barów, restauracji i biur turystycznych. Kiedy zgłodniałem, wybrałem bar na zachodniej części wyspy i czekałem na zachód słońca, jedząc kanapkę i popijając zimne piwko. Nagle dosiadł się do mnie Siergeij, zaczęliśmy gadać, jak się okazało chłopak pochodził z Rosji. Musze przyznać, że poznawanie Rosjan po drodze jest dosyć zabawne. Kiedy pada pytanie skąd jesteś i ja odpowiadam z Polski, a strona przeciwna, że pochodzi z Rosji na twarzach pojawia się coś w rodzaju dziwnego grymasu. Na przełamanie lodów, zawszę mówię „Słowiański bracie (lub siostro) odstawmy politykę na bok i napijmy się czegoś mocniejszego, grymas na twarzy zamienia się w uśmiech. Tak też było z Siergejem, który później mnie zaskoczył i przyniósł ze swojego pokoju Żubrówkę (padłem) impreza się zaczęła, dołączyły do nas dwie dziewczyny Lenna i Hanna(Niemki), żeby tego było mało dziewczyny wyciągnęły jonta. Nie będę wam mówił jak skończyła się ta noc ale było super. Gdyby pakt Ribbentrop-Mołotow wyglądał tak samo, wojna skończyła by się znacznie przyjemniej dla wszystkich.

Kolejne dni były bardzo udane. Pojechaliśmy na wycieczkę rowerową na sąsiednią wyspę, podziwiać wodospady. Za przejazd na wyspę musieliśmy zapłacić 35 tys, kip, a rowery kosztowały nas jakieś 10 tys. Nie był to duży wydatek za fajny dzień (no prawie fajny). W czasie wycieczki mieliśmy kilka problemów. Łańcuchy spadały z naszych rowerów dość często, a ja na dodatek złapałem po drodze gumę ale było to tylko pół kilometra przed oddaniem rowerów. Kiedy jechaliśmy na południową część wyspy, przemierzając dziurawe, kamienne drogi nagle w powietrzu zaczął się unosić dość specyficzny zapach, wszyscy spojrzeliśmy na siebie i z naszych ust wypłynęło pytanie „czujecie to” wszyscy odpowiedzieliśmy „TAK!!!”.  Jak się pewnie domyślacie był to zapach MARYCHY, nie to, że dziewczyny miały ze sobą więcej niż 5 gram suszu, zeskoczyły z rowerów i ruszyły w głąb lasu, w poszukiwaniu zielonych krzaków. Nic nie znalazły, więc mogę stwierdzić, że gdzieś tam była niezła plantacja. Zobaczyliśmy wodospady, które były ok, ale dupy nie urywały. Resztę dnia spędziliśmy taplając się w rzece nieopodal naszego baru, w którym się poznaliśmy. Muszę przyznać, że nie pamiętam, kiedy ostatnim razem kąpałem się w rzece (nie licząc spływu na dentkach w Vang Vieng).

Don Det jest super miejscem na relaks. Nie ma tu głośnych klubów, dla fanów filmów, polecam kino na otwartym powietrzu, fani „trawki” polubią to miejsce na 100%, wycieczki rowerowe (tylko rozluźnij swój tyłek)- są przyjemne, dla romantyków polecam zachody słońca w dentce na rzece. Ja przeżyłem tutaj dobre chwile i poznałem fajnych ludzi, życzę tobie tego samego czytelniku. P.S nie bój się zaszaleć w Don Det, możesz zamówić zestaw śniadaniowy z pigułkami.

 

 

 

luang prabang – utopia i lazurowe oczka

Do Luang Prabang pojechaliśmy większą drużyną: Lisa, Nina, Oskar i Ja. Miasto znajduje się na liście Unesco, słynie gównie z wielu świątyń i wodospadu z lazurowymi oczkami wodnymi. Dla mnie świątynie to już nuda, ale chciałem bardzo zobaczyć największy wodospad w Laosie, no i muszę przyznać, że uwielbiam wodę lejącą się wielkim strumieniem ze skał. Dużo turystów, wybiera to miejsce jako start lub metę poprzez spływ łodzią  po Mekongu.

Kiedy znaleźliśmy hostel, z pięknym widokiem na brązową, wielką rzekę (strzegł go wielki, piękny ptak), wybraliśmy się na spacer po mieście. Małe budynki, ozdobione lampionami, ciągnęły się wzdłuż głównej ulicy, wszędzie porozkładane były ogródki piwne, pełne spragnionych turystów. Przez większość dnia chodziliśmy i zwiedzaliśmy świątyniach, które można znaleźć ,w tym mieście wszędzie. Ja zdecydowałem się wejść tylko do jednej, a to tylko z tego powodu, że znajdowała się na wzgórzu w środku miasta(nie to, że mnie nie interesują ale widziałem ich już setki). Świątynia, nie należała do najpiękniejszych, nawet do tych średnich, jednak rozciągającym się na dole miastem i krętą rzeką można było nacieszyć oczy. Wieczorem, poszliśmy zjeść coś na nocnym markecie. Na stołach znajdywały się przeróżne potrawy, kolorowe warzywa i owoce, wyglądało to jak biesiadowa tęcza. Musze przyznać, że było to najlepsze jedzenie jakie jadłem w Laosie i do tego tanie, za cały talerz, trzeba było zapłacić jakieś 6 zł, wszystkie nasze talerze wyglądały jak „kopce kreta”. Po obfitym posiłku wybraliśmy się na spacer po markecie z pamiątkami. Tłoczno, duszno i te same duperele, gdzie wszędzie, nie wiem czemu, ludzie się tak zachwycają tym miejscem, stoisko, które przyciągnęło moją uwagę, wypełnione było butelkami z alkoholem i skąpanymi w nich wężami, skorpionami i innymi strasznymi zwierzakami. Podekscytowany Oskar, zdecydował się kupić jedną butelkę, którą wypiliśmy przed snem i muszę przyznać, że była to jedna z najobrzydliwszych rzeczy jakie w życiu nie miałem przyjemności pić (ponoć bardzo dobra dla penisa).

Następnego ranka wstałem  wcześnie rano, żeby odprowadzić Lisę na łódkę, którą miała dopłynąć do Tajlandii. Było chwilę po piątej więc poszedłem na spacer na główną ulicę zobaczyć jak miejscowi mnisi, proszą ludzi o jedzenie i pieniądze. Pomarańczowy wąż mnichów wił się po ulicy z domów do restauracji z wyciągniętymi misami. Czasami się zastanawiam, po co ludzie wstają tak wcześnie, żeby ich obdarować, no ale to taka kulturowa tradycja, która ponoć przynosi im szczęście i dostatek. Po widowisku poszedłem obudzić moich towarzyszy, bo tego dnia chcieliśmy zobaczyć wodospad Kuang Si. W tuk-tuku poznaliśmy nowych znajomych z Izraela i Czech, z którymi później spędziliśmy resztę dnia. Kuang Si było niesamowite, przepiękne lazurowe oczka w dużych ilościach, cieszyły oczy wszystkich moich towarzyszy, otaczające je drzewa i rośliny tworzyły niesamowity klimat. Wszyscy chcieliśmy wskoczyć do wody, zgodnie jednak stwierdziliśmy, że zrobimy to w drodze powrotnej w ramach nagrody z ciężki wysiłek. Muszę przyznać, że było trochę chodzenia, leśnymi ścieżkami i wspinaczki ale było warto. Kiedy zeszyliśmy na dół i wskoczyliśmy do tej przepięknej wody było cudownie, czego nie mogą powiedzieć tego moje genitalia bo woda była przeee lodowata. Po kilku godzinnej podróży wróciliśmy do miasta, nasi nowo poznani znajomi zaproponowali wypad na piwo do najsławniejszego baru w mieście „Utopia” – nie trzeba było nas długo namawiać. Utopia, rzeczywiście okazała się fajnym barem o hipissowskim klimacie,z pięknym widokiem i boiskiem do siatkówki, które wykorzystaliśmy. Bawiliśmy się świetnie, niedosyt jednak pozostał, bo o godzinie 00:00 klub został zamknięty i niedopici, spragnieni zabawy ludzie wracali niepocieszeni do swoich hosteli.

Reszta dni w Luang Prabang była dla Oskara i mnie tragiczna. Po pierwsze opuściła nas Lisa, która udała się na północ Laosu. Dwa ciągle padało, wszyscy ludzie siedzieli w sowich hostelach. Trzy i to najgorsze, jedzenie zniszczyło nasze żołądki. Miałem już przeboje po jedzeniu azjatyckim ale czegoś takiego nie jeszcze nie przeżyłem. Nie mogłem się ruszyć z łóżka, no chyba, że do toalety, bo lało się ze mnie wszędzie, skurcze żołądka, przez które ledwo brałem oddech i tak przez 3 dni. Razem z Oskarem zużyliśmy chyba wszystkie lekarstwa z naszych apteczek ale na szczęście puściło i obyło się bez wizyty u lekarza – myślałem, że moje szczęście się skończyło i dopadała mnie jakaś choroba.

Luang Prabang mnie nie zachwycił, ale uważam, że dla ludzi, którzy w Azji nie byli to może być ciekawe miejsce. Dużo kultury, dobrej zabawy w Utopi i kąpieli w lodowatych lazurowych oczkach pod wodospadem, nikt kto przyjeżdża do Laosu nie może przegapić.

vang vieng – tubing i happy menu

Ohhh Vang Vieng, co to było za miejsce!!! Dużo osób mówiło mi o tym miejscu, że jest to wielka imprezowania i nic poza tym (chyba nie można się bardziej mylić). Miejsce jest przepiękne, rzeka, góry, pola ryżowe, jaskinie, lazurowe oczka. Do Vang Vieng dotarłem po dość długiej podróży, w ciasnym minibusie, chciałem szybko zrzucić graty i zjeść coś w ramach późnego śniadania. Kiedy po długim spacerze znalazłem hostel w rozsądnej cenie, zapoznałem się z innymi mieszkańcami i tak zaczęła się impreza…

Vang Vieng za dnia wygląda jak umarłe, nic się nie dzieje, wiec jest to najlepszy czas na wycieczki, a zwłaszcza wycieczka rowerowa lub skuterowa nad lazurowe oczko wodne (później pełno koreańczków). Ja wybrałem się z Lisą, którą poznałem pierwszego dnia, wypożyczyliśmy rowery i  pojechaliśmy mała żółtą, piaskową ścieżką, która otaczały ze wszystkich stron otaczały zielone wysokie góry. Na miejscu czekało na nas zimne, lazurowe oczko wodne, pluskaliśmy się jak dzieciaki, niestety sielankę przerwał nam najazd Koreańczyków, wskoczyliśmy na rowery i wróciliśmy do wioski i poszliśmy coś zjeść. W 80% restauracji w tej mieścinie puszczają „Przyjaciół” , no więc czekając na jedzenie zdążyliśmy obejrzeć chyba dwa odcinki (nie żartuje, w tutejszych restauracjach na jedzenie można czekać długo). Po posiłku wróciliśmy do hostelu, gdzie zaczęliśmy się integrować z innymi mieszkańcami, grając w bilard, karty i oczywiście spożywając alkohol (vódka Lao Lao, z coca colą świetna ale następnego ranka, kac nie z tej ziemi), który w naszym hostelu był za darmo przez 3 godzinny dziennie. Wieczorem wybraliśmy się do knajpy, niestety, otwarte są one tylko do 00:00, ale cóż ja jestem w czepku urodzony i akurat tego dnia odbywało się „jungle party”. Długo się nie zastanawialiśmy i wsiedliśmy do samochodów na spotkanie z przygodą. Jechaliśmy leśną droga, dookoła nas ciemna dżungla, nad naszymi głowami niebo usłane świecącymi gwiazdami, a gdzieś w oddali słychać było muzykę. Wyskoczyliśmy z pojazdów i dołączyliśmy do bawiących się ludzi, sceneria bardzo mi się podobała dookoła nas paliły się pochodnie, a po całej dżungli latały kolorowe lasery.

Następnego dnia, wraz z Danielem, Szwedem, którego poznałem dzień wcześniej wybrałem się na mała wspinaczkę, góra nie była wysoka ale bardzo stroma z ostrymi kamieniami, musze jednak przyznać, że widok na otaczające nas góry i rozciągające się pola ryżowe był przepiękny. Kiedy zeszliśmy na dół, stwierdziliśmy, że mamy jeszcze trochę czasu do umówionego spotkania z naszymi znajomymi i poszliśmy na spacer po dżungli. Kiedy wróciliśmy do miasta, udaliśmy się do knajpy. Kiedy siedliśmy na naszym stole wylądowały dwa menu jedno zwyczajne (jedzenie i napoje, drugie nazywało się „Happy Menu”, w którym można było znaleźć jonta z trawy, jonta z opium, happy pizza, grzybki, grzybkowy szejk. Oczywiście wszyscy w restauracji wybierali „potrawy” z drugiego menu, w powietrzu unosiły się chmury dymu, z głośników płynęła muzyka reagge, a na twarzach wszystkich ludzi panował uśmiech. Nagle ze stolika obok usłyszałem znajomą polska mowę, tak poznałem Magdę i Maćka, którzy palili opium. Byli oni małżeństwem od 15 lat, i świetnie się bawili w Laosie zadałem im pytanie dlaczego wybrali opium, stwierdzili, że nigdy nie próbowali jakiś mocniejszych narkotyków i chcieli spróbować i nie żałują, poczęstowali mnie, na samym początku chciałem odmówić, ale ciekawość była silniejsza… czułem się trochę sparaliżowany, kanapa mnie wręcz wciągnęła, czułem się bardzo zmęczony (ale w dobrym sensie), zrelaksowany i podniecony. Muszę przyznać, że mimo iż podobało mi się działanie narkotyku, pewnie go nie spróbuje w najbliższej przyszłości – szybko uzależnia. Po nowych doznaniach i aktywnym dniu poszliśmy spać bo następnego dnia zaplanowaliśmy wybrać się naszą grupą na „tubing”.

Tubing to najbardziej popularna impreza w Vang Vieng, polega on na spłynięciu przez rzekę na wielkiej denatce z koła od traktora, spożywając przy tym alkohol i imprezując w barach położonych nad brzegiem rzeki. Właśnie ta impreza rozsławiła to miasto w Laosie. Na ten pomysł wpadła, grupa znudzonych chłopaków. Niestety, kilka lat temu kilka osób się utopiło i większość barów zostało zamkniętych ze względów  bezpieczeństwa, aktualnie na trasie znajdują się dwa bary jeden na początku i drugi gdzieś w połowie drogi. Nasza grupa składała się z dwóch Szwedów, trójki Niemek i mnie. W Pierwszym barze Daniel zaczął grać we wszystkie pijane gry, a my robiliśmy za ekipę dopingową. Po kilku godzinach, DJ rzucił hasło, że zmieniamy bar, wszyscy wzięli swoje dentki i z zapasami piwa płynęliśmy z prądem rzeki do następnego baru, gdzie część ludzi imprezowała w najlepsze, a druga grała w siatkówkę lub koszykówkę.

Następne dni, spędziłem ze znajomymi zwiedzając pobliskie jaskinie, których jest chyba pięć, a może i więcej. Jedną z nich polecam najbardziej, bo można się wykąpać w ciemności w błocie. Dla niektórych może być strasznie i obleśnie mi się jednak podobało. Do jednej jaskini weszliśmy tylko we trójkę Daniel, Johnny i ja. Dziewczyny stwierdziły, że nie wchodzą, bo właśnie tak zaczynają się wszystkie horrory – grupka młodych zjaranych ludzi wchodzi do nieznanego, mrocznego miejsca i zaczynają się dziać złe rzeczy. My jednak nie mogliśmy powstrzymać naszej ciekawości i weszliśmy do środka, ale muszę wam przyznać, że jak światło z wejścia zaczęło znikać, zdecydowaliśmy się na powrót.

Vang Vieng to najbardziej imprezowe miejsce w całym Laosie i każdy, kto tam był na pewno miał dobrą zabawę. Jednak to nie tylko picie i narkotyki ale przepiękne góry, jaskinie, lasy i oczka wodne. Fani sportów również mogą znaleźć coś dla siebie, miejscowi organizują wiele atrakcji, zjazdy na linach, wspinaczki, jazdy kładami, loty balonem. Ja bardzo polecam to miejsce, jeżeli jednak jesteś młodą osobą UWAŻAJ!!! Bo jeżeli lubisz imprezować to możesz z tego miejsca nie wyjechać szybko… narkotyki, alkohol i imprezy zakotwiczyły i wyniszczyły niejedną młodą osobę.