inle – birmańska wenecja

Nareszcie opuściliśmy Yangon. Ratunkiem dla nas był pociąg państwowych kolei, który dowiózł nas do jeziora Inle. Nasz niebiesko beżowy, stary waż  na samym początku nas zachwycił, obracane fotele, które można było rozłożyć w wygodniej pozycji do spania, wyznaczone miejsce do palenia między wagonami. Wszystko pięknie, prześpimy całą podróż i będziemy mieć siły na zwiedzanie nowego miejsca. BUM,  siedząc sobie wygodnie w fotelu, mój tyłek podskoczył o 20 cm do góry i tak później jeszcze kilka razy. Stwierdziliśmy, że długo nie pośpimy, rzucało nami na wszystkie strony. Musieliśmy poradzić sobie z tym problemem, jedynym rozwiązaniem na przywrócenie równowagi w pociągu była pomoc przyjaciela Changa. Te małe puszeczki piwa nas uratowały, z naszych twarz zniknął grymas i zawitał uśmiech. Oczywiście nie robiliśmy tego tylko z myślą o nas, wspomagaliśmy przy tym tubylców, którzy latali z wiklinowymi koszyczkami, wypełnionymi napojami chłodzącymi i jedzeniem. My białe człowieki cieszyliśmy się z piwa, dzieląc się z nimi naszymi uśmiechami, a oni nie byli nam dłużni.

Yangon-50  DSC_0317 DSC_0296

Po paru godzinach mieliśmy przesiadkę, niestety ,ja nie pamiętam z tej stacji za dużo. Byłem tak „zmęczony”, że pomogłem tylko jakiejś birmańskiej dziewczynie wrzucać ciężkie worki do samochodu (za co dostałem mango), a później udałem się na spoczynek w śpiworze na posadce dworca kolejowego. Kiedy otworzyłem oczy zobaczyłem wysokie, zielone góry i błękitne niebo nad nimi, jeden z najpiękniejszych widoków jakie widziałem po przebudzeniu, oczywiście nie równa się porankowi przy pięknej kobiecie. Wygramoliłem się szybko ze swojego śpiwora, rzuciłem się w kierunku okna aby nie przegapić tych widoków.

20140801_040327 DSC_0333  DSC_0309

Tuk, tuk, tuk, tuk  jedziemy i jedziemy z prędkością 20-30 km/h. Parę razy musieliśmy zwalniać do 10 km,  bo tory były okupowane przez  stada białych, garbatych krów. W ten sposób mijały godziny – tylko się zastrzelić. Po 24 godzinach nareszcie, stacja docelowa, już przez okna do pociągu wpadały głowy taksiarzy, krzyczących my friend where are you going. Kiedy wysiedliśmy we czwórkę na peronie obskoczyło nas dziesięciu facetów w spódnicach, przekrzykujących się nawzajem.  Wybraliśmy jednego z nich. Od jeziora dzieliło nas 7 km na piechotę z plecakami –  raczej rady nie damy. Dojeżdżaliśmy już do miasta, a tu nagle bramka, gdzie każą zapłacić 10 dolarów od osoby za wjazd. Długo się zastanawialiśmy, czy to nie jakiś przekręt, sprawdziliśmy legitymację wraz tablicą informacyjną , wszystko wyglądało legalnie, niestety jeden gnojek był bardzo wkurzony na nas  i powiedział, że jak nie chcemy zapłacić to mamy stąd odjechać  w trybie natychmiastowym (w bardziej wulgarnym stylu). Każdy z nas miał na twarzy wyraz niesmaku, a w głowie (zaraz zaje..e gnojowi ). Zapłaciliśmy ten haracz, pojechaliśmy szukać hostelu. Kiedy znaleźliśmy nocleg zrzuciliśmy graty i poszliśmy spać.

20140801_120102  DSC_0073  DSC_0065

Następnego dnia wynajęliśmy łódkę i popłynęliśmy zwiedzać największą atrakcję Inle. Całe jezioro otaczały góry, których wierzchołki pokryte były mleczną mgłą, niebo wydało się być strasznie nisko, myślałem, że zaraz spadnie nam na głowy. Na wodzie pływało dużo rybaków, którzy łowili ryby w dziwaczne siatki w kształcie stożka, stojąc na dziobie łodzi i trzymając wiosło owinięte noga. Nie jestem jakimś wielkim znawcą wędkowania ale czegoś takiego jeszcze nie widziałem. Na jeziorze pływało wiele motorowych łodzi podobnej do naszej, spiętrzająca woda wydobywająca się spod silników dawała efekt małych fontann, co wyglądało fantastycznie na całym jeziorze.

DSC_0460  DSC_0455  Inle-30

Po przedostaniu się na drugi koniec jeziora, wypłynęliśmy do wiosek. Otaczały nas domy wzniesione na drewnianych palach, co jakiś czas nad naszymi głowami pojawiał się prymitywne małe mosty, znaleźliśmy się w birmańskiej Wenecji. Krążyliśmy małymi kanałami, których strony były porośnięte wodną zielenią, co jakiś czas zawijaliśmy do sklepów i małych fabryk (oczywiście jeżeli coś kupiliśmy nasz sternik dostawał bonus). Pierwsze miejsce,  które odwiedziliśmy było fabryką biżuterii i figurek, musze przyznać, że niektóre wyroby wyglądały na prawdę nieźle, w przeciwieństwie do cen, które były to nich przypięte. Dookoła nas skały dziewczynki opisujące cały proces produkcji, zachęcając nas przy tym do zakupów, this is good pirce kiedy odpowiadałem, że nie mam na to pieniędzy z ust wychodziły słowa you are my friend i give you discout. Kolejnym przystankiem był dom z wyrobami włókienniczymi:  torby, dywany, chusty, ubrania, gdzie Asia z Michałem kupili trochę rzeczy. Mnie i Olka nic nie zachwyciło ale kiedy dotarliśmy do fabryki tutejszych papierosów, postanowiłem, że trochę kupię. Kiedy weszliśmy do domostwa, na bambusowej podłodze siedziały młode dziewczyny, które skręcały papierosy. Oczywiście, każdy z nas mógł sobie takiego zapalić, słuchając przy tym chłopca opowiadającego o pozyskiwaniu składników do ów papierosów. Na sam koniec nasz „kapitan” woził nas po miejscowych świątyniach, które nie zrobiły na nas większego wrażenia.  W drodze powrotnej widzieliśmy dzieci kąpiące się w rzece, dziewczyny, które myły w tej samej wodzie naczynia, a kilka kanałów dalej kobiety robiące pranie, co wzbudziło u mnie smutek, a chwile później śmiech (przypomniały mi się teksty z liceum twoja stara … – twoja stara pierze w rzece).

DSC_0425 DSC_0383 DSC_0412

Spędziliśmy w Inle trzy dni, kosztowaliśmy różnych kuchni (birmańskiej, chińskiej, indyjskiej), pewnego dnia dostaliśmy zaproszenie na kolację od jednego z tubylców do jego rodzinnej restauracji na typowe birmańskie jadło (oczywiście musieliśmy za jedzenie zapłacić), najedliśmy się do syta, plus panująca rodzinna atmosfera sprawiły, że wieczór był bardzo udany. Mieliśmy wybrać się na wycieczkę rowerową, niestety deszczowa pogoda pokrzyżowała nasze plany.

DSC_0429  DSC_0346 DSC_0384

Inle na pewno na długi czas pozostanie w mojej pamięci, piękne widoki, dobre jedzenie, uśmiechający się ludzie, całkiem niezłe pokoje za przystępną cenę. To miejsce zmyło mój niesmak po Yangonie.  Ja Kazimierz Wielki zastałem Inle drewniane i takim je zostawiłem –  bo takie jest piękne.

yangon – krew na ulicach i naftalina

Załatwiliśmy wizy do Birmy w ambasadzie w Bangkoku i ruszyliśmy w kierunku granicy. Po całonocnej podróży wylądowaliśmy w Myawaddy ,gdzie wypełniliśmy niezbędne dokumenty,  następnie złapaliśmy transport do Yangonu (jedno z największych miast w kraju). Przy przekroczeniu granicy ciarki pojawiły się na mojej skórze. Widziałem już biedne dzielnice w Azji , lecz w tym przygranicznym miasteczku było jeszcze gorzej: stare zniszczone budynki, smutni ludzie, śmieci mieszające się z błotem na dziurawych ulicach. Do tego wszystkiego dziwne czerwone plamy na chodnikach przypominające krew, było ich tak dużo jak po jakiejś  niezłej bijatyce. Później okazało się, że to przez tutejszy specyfik, bardzo popularny wśród męskiej społeczności zwany Betelem. Zero napisów w języku angielskim i widok samych googlowych napisów (tak nazwaliśmy alfabet Birmański, w którym znajduje się wiele okrągłych liter i towarzyszących im ogonków), sprawiało, że czułem się bardziej nieswojo.

DSC_0165   DSC_0168

W oka mgnieniu otoczyła nas zgraja wampirów z czerwonymi zębami w spódnicach (Lungi) proponując transport. Kiedy dotarliśmy na stację autobusową (podwórko z autokarem), przy pomocy jednego z tubylców (oczywiście za opłatą) zostaliśmy poinformowani, że musimy zrobić kilka kopii paszportów, które będą potrzebne przy punktach kontrolnych w głębi kraju. Gdy ruszyliśmy, poczułem się dużo lepiej opuszczając to miasto.  Kiedy wjechaliśmy na krętą górzystą drogę, widok pól ryżowych u stóp zielonych gór cieszył moje oczy. Uroku dodawały niewielkie wodospady, które powstawały po intensywnych opadach deszczu. Oczywiście wszystko co piękne nie może trwać wiecznie, gdy zjechaliśmy z gór znów pojawiły się zniszczone domy, watahy bezpańskich, pogryzionych psów, bieda i punkty kontrolne, na których stały wychudzone dzieci w obdartych ciuchach z karabinami na plecach. W głowie zrodził mi się pomysł sfotografowania czternastolatka (nie wyglądał na więcej) ale wizja ciężej kontroli lub kulki w moim ciele –  powiedziałem sobie nie.

DSC_0251   DSC_0292

Yangon, złapaliśmy taksówkę, przemierzaliśmy ulice miasta, które powoli kładło się spać. Pokoje i cena w naszym hotelu dobiły nas, chcieliśmy znaleźć coś innego, wiec z Olkiem wybraliśmy się na spacer, po bezowocnych poszukiwaniach stwierdziliśmy, że nie mamy innego wyjścia i zostaliśmy w beznadziejnym hostelu, gdzie wszędzie było czuć naftaliną (ten zapach nie chciał nas opuścić do końca pobytu w Birmie). Następnego dnia znaleźliśmy inne lokum gdzie cena do jakości była przystępna. Pokój był obskurny, zapadające się łóżko, ściany koloru wyblakłej zieleni, w niektórych miejscach grzyb i gratisowy współlokator w postaci karalucha. Po zrzuceniu plecaków, zaczęliśmy podbijać miasto. Odwiedziliśmy parę świątyń, pojeździliśmy miejscowymi autobusami, gdzie ludzie śmiali się z Michała bo biedny biały chłopak był za duży do autobusu. Świątynie były bardzo piękne złociste pagody, które otaczały mury z chroniącymi ich lwami i innymi, zwierzętami. Czasami można się poczuć jak w ZOO figur gipsowych. Zmęczeni zwiedzaniem, dotarliśmy do dworca kolejowego gdzie kupiliśmy bilety do Inle, które było następne na naszej liście.

DSC_0201   DSC_0228  DSC_0225

Yangon jest miastem bez uczuć. Rzadko widać uśmiechniętych ludzi, wszyscy trzymają głowy spuszczone w dół, mężczyźni wyglądają jak Tom Cruz ze wścieklizną z „Wywiadu z wampirem” przez rzucie Betelu. Nie widać par chodzących pod rękę, za rękę, całujących się, przynajmniej wśród par damsko męskich. Chłopcy w spódnicach okazują sobie dość bliską przyjaźń obejmując, trzymając się blisko siebie. Miasto jest szare, smutne, wszystkie budynki są stare i zniszczone, ulice zaśmiecone pokryte czerwonymi harami. Nie poleciłbym nikomu tego miasta, jeżeli ktoś się tam znajdzie i nie chce popaść w depresję, niech szybko  stamtąd  ucieka.

DSC_0266   DSC_0191